Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nie wolno się bać

Nie wolno się bać

03.02.2014
Czyta się kilka minut
Zofia Gołubiew, dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie: Nasze Muzeum często pokazuje sztukę artystów żyjących. Ale przecież doskonale mieści się to w naszej misji i tradycji.
Zofia Gołubiew, dyrektor MNK Fot. Pracownia Fotograficzna MNK
A

AGNIESZKA SABOR: Z czystym sumieniem powiedzieć można, że Muzeum Narodowe w Krakowie ubiegły rok uznać może za udany.
ZOFIA GOŁUBIEW: Tak. I to w dwóch aspektach: zarówno inwestycyjnym, jak i wystawienniczym. Udało nam się przywrócić splendor Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, w którym przechowywana jest największa w świecie kolekcja monet polskich, banknotów i medali – nieudostępniana publiczności ze względów finansowych i lokalowych (a także zawieruchy wojennej) przez 70 lat. Dziś, dzięki pomocy Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, funduszom z Unii Europejskiej i Ministerstwa Kultury, pałacyk przy ulicy Piłsudskiego wygląda naprawdę imponująco. W środku zaś perełki numizmatyki, choćby tylko monety bite za Bolesława Chrobrego i Mieszka II. A to jeszcze nie koniec: w ogrodzie na tyłach muzeum zamierzamy zbudować pawilon przypominający twórczość i osobę Józefa Czapskiego.
Drugą zakończoną w 2013 r. inwestycją jest Europeum, czyli Ośrodek Kultury Europejskiej.
Konieczność stworzenia oddziału MNK poświęconego sztuce zachodnioeuropejskiej powstała, gdy utworzona w 1991 r. Fundacja Książąt Czartoryskich zaczęła z czasem dążyć do oddzielenia swoich zasobów od obiektów należących do MNK. Przypomnieć przy tym należy, że od 1959 r. nasze zbiory znacząco uzupełniały ekspozycję Muzeum Czartoryskich oraz sprawowaliśmy opiekę kuratorską i konserwatorską nad całą tą cenną narodową kolekcją, w tym też nad „Damą z gronostajem” Leonarda czy „Pejzażem z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, stanowiącymi część zbiorów Czartoryskich.
Prawdę mówiąc, na pomysł wyremontowania XVII-wiecznego Spichlerza, malowniczo usytuowanego w połowie drogi między Uniwersytetem Jagiellońskim a Gmachem Głównym MNK, wpadł mój mąż. Podczas jakiegoś spaceru zapytał, po co marnować tak piękny budynek na magazyny? To był bodziec, by zacząć działać. Udało się i dziś w zmodernizowanym Europeum umieściliśmy gromadzoną przez Muzeum od 1883 r. sztukę Zachodu. Obejrzeć tam możemy m.in. „Adorację Dzieciątka” Lorenza Lotta czy marmurowego „Merkurego” Bertela Thorvaldsena. Ośrodek ma być jednocześnie forum debaty o przeszłości, tożsamości i przyszłości naszego kontynentu. Miejscem spotkań.
Szkoda tylko, że nie udało się zrewitalizować placu Sikorskiego, przylegającego do Spichlerza. Mam jednak nadzieję, że „sytuacja dojrzeje”. A wtedy służymy odpowiednim projektem. Jest już gotowy.
Muzeum Narodowe w Krakowie odpowiada również za „Atmę”, zakopiańską willę Karola Szymanowskiego.
W maju 2013 r. otwarliśmy ją po remoncie generalnym. Już od dawna zależało nam na tym, by nawiązać współpracę ze Słowacją, zwróciliśmy się więc do Muzeum Orawskiego, którego oddziałem jest oddalony od Zakopanego „o rzut beretem” Zamek Orawski. Wspólnie napisaliśmy projekt „Muzyka pod Tatrami”. Karol Szymanowski – zafascynowany tym regionem – w sposób naturalny łączy Polaków i Słowaków. Koncerty, warsztaty edukacyjne odbywają się po obydwu stronach Tatr.
Rok 2013 to także sporo wystaw... Które uważa Pani za najbardziej udane?
Liczba wystaw czasowych wyróżnia nasze Muzeum Narodowe na tle innych instytucji tego typu w Polsce. Czasem śmiejemy się, że gdy inni robią trzy wystawy w roku, my robimy trzydzieści. Nie jest to zresztą przytyk pod adresem tych muzeów – one po prostu skupiają się na czymś innym.
Niewątpliwie ważna była duża (150 prac) prezentacja twórczości Edwarda Dwurnika, „żyjącego klasyka”, który przed rokiem obchodził swoje 70-lecie. Znalazły się na niej najbardziej znane cykle malarza, takie jak „Sportowcy” (przypomnijmy, że nie chodzi o pięknych lekkoatletów, ale palaczy popularnych w PRL-u tanich papierosów), „Robotnicy”, „Moi bohaterowie”, „Namiętności”... Po zamknięciu tej wystawy, zatytułowanej „Obłęd”, w naszych zbiorach pozostał jako dar Autora jeden z najciekawszych pokazywanych na niej obrazów – „Klęska urodzaju”.
Bardzo cieszyła mnie spektakularnie zaaranżowana wystawa prac Roberta Matty, wielkiego surrealisty działającego w Europie i Stanach Zjednoczonych, który miał wpływ na twórczość współczesnych mu artystów, w tym na Tadeusza Kantora. Warto zaznaczyć, że malarstwo Matty nieco wcześniej pokazywane było w nowojorskim MoMA i paryskim Pompidou oraz równolegle można było w Warszawie zobaczyć twórczość Marka Rothki. Bardzo staramy się sprowadzać do Krakowa wystawy artystów światowej klasy. Przed Mattą zawitali do nas niedawno Turner czy Rodczenko...
Rok zakończyliśmy kolejną dużą monografią, tym razem Adolfa Szyszko-Bohusza, którego nie bez powodu nazywano „architektem II Rzeczypospolitej” (to on zbudował m.in. Zameczek Prezydencki w Wiśle). Jej kuratorami byli młodzi naukowcy związani z Instytutem Architektury. A wiedzieć trzeba, że środowisko historyków architektury jest w Krakowie bardzo żywotne. Zresztą efekt ich pracy można jeszcze zobaczyć: wystawa potrwa do połowy lutego.
Działalność Muzeum to nie tylko spektakularne otwarcia nowych oddziałów czy wystaw. To także działalność, która raczej nie przebije się do mediów.
Choćby wydawnicza. Popularne katalogi, przewodniki (także adresowane specjalnie do dzieci), ale też literatura stricte fachowa. Proszę spojrzeć: mam przed sobą świetną książkę Bożeny Kostuch o majolice z Ćmielowa i Nieborowa w naszych zbiorach, materiały z konferencji naukowej „Muzeum a zabytek. Konflikt czy harmonia?”, kolejny tom „Rozpraw Muzeum Narodowego w Krakowie”.
Rok 2014 rozpoczynają Państwo m.in. wystawą Zuzy Janin, artystki ważnej dla sztuki polskiej po 1989 r., zaliczającej się jednak do stosunkowo młodego pokolenia.
Czasami zarzuca nam się nawet, że Muzeum Narodowe pokazuje sztukę artystów żyjących (Marcin Maciejowski miał u nas wystawę w 2010 r. jako 39-latek). Ale przecież doskonale mieści się to w tradycji i misji naszej instytucji. Wszak jej początki sięgają 1879 r., kiedy to podczas jubileuszu 50-lecia działalności artystycznej Józefa Ignacego Kraszewskiego jego przyjaciel Henryk Siemiradzki ofiarował miastu swoje „Pochodnie Nerona” jako zaczyn Muzeum. Malarz-ofiarodawca miał wówczas 36 lat, a obraz namalował zaledwie 3 lata wcześniej.
Twórczość Zuzanny Janin pokażemy w ramach cyklu „Galeria Żywa”. To pokazy, które wpisujemy w przestrzeń Galerii Sztuki Polskiej XX wieku. Nie tak może wielkie, jak wspomniane wcześniej wystawy, mają jednak spore znaczenie. Po pierwsze, doskonale uzupełniają ekspozycję stałą. Po drugie, aktualizują i wzbogacają naszą wiedzę o sztuce nowoczesnej.
Przed nami także dwa duże przedsięwzięcia: prezentacje twórczości Maksymiliana Gierymskiego i Olgi Boznańskiej.
W pierwszym wypadku rzecz dotyczy obydwu braci Gierymskich. My pokażemy Maksymiliana, natomiast Muzeum Narodowe w Warszawie jego młodszego brata, Aleksandra. To wspólny projekt, z którego bardzo się cieszę. Jestem przekonana, że to początek bliskiej współpracy między naszymi instytucjami. Agnieszka Morawińska, dyrektor MNW, również jest na nią bardzo otwarta. Myślę, że wartość tego projektu bierze się także stąd, iż chcemy pokazać twórczość Gierymskich w międzynarodowym kontekście.
Podobny charakter będzie miała prezentacja twórczości Olgi Boznańskiej. Właśnie wróciłyśmy z Paryża, dokąd udałyśmy się wraz z jedną z kuratorek tej wystawy, aby rozmawiać o wypożyczeniu obrazów z Luwru i z Centrum Pompidou. Nie miałam większych nadziei na sukces. Tymczasem... uzyskaliśmy zgodę na wypożyczenie tego, czego sobie zażyczyliśmy, np. édouarda Vuillarda, Marie Bracquemond, Eugene’a Carriere’a, édouarda Maneta, Diego Velázqueza, Jean-Auguste-Dominique Ingresa... Kiedy zakończyłyśmy rozmowy, nie wiedziałam, czy zamawiać dobre wino, czy raczej szampana...
Te wystawy wydają się dość naturalne w Muzeum Narodowym. Ale Stanley Kubrick?! Tymczasem na maj planują Państwo wielką wystawę poświęconą temu artyście.
A cóż w tym dziwnego? Film jest przecież przynajmniej w połowie sztuką wizualną. Z kolei sztuki plastyczne w ostatnich latach bardzo mocno korzystają z doświadczeń filmowców, np. Wilhelm i Anna Sasnalowie nakręcili całkiem niedawno fabułę pokazywaną w kinach („Z daleka widok jest piękny”), recenzowaną przez krytyków filmowych. To z pewnością będzie świetna wystawa: 1000 eksponatów, materiały audiowizualne. Każdy odbiorca będzie mógł wybrać własną ścieżkę wprowadzającą w działalność reżysera „Mechanicznej pomarańczy”: biograficzną, wojny, technologii, szaleństwa. Liczymy bardzo na wizytę uczestników Krakowskiego Festiwalu Filmowego...
Wystawę z tych materiałów pokazano w największych metropoliach świata. Kraków, gdzie zostanie na nowo zaaranżowana, to jedyne miasto w naszej części Europy, w którym będzie można ją zobaczyć, uzupełnioną zresztą o małą ekspozycję plakatów, które promowały w świecie filmy Andrzeja Wajdy.
W tym roku otworzymy się zresztą nie tylko na film, ale i na operę. W związku z 60-leciem Opery Krakowskiej pokażemy twórczość scenograficzną i kostiumy projektowane przez najważniejszych polskich reprezentantów tej sztuki – od Karola Frycza po Borisa Kudličkę.
W tym roku przypada bardzo ważna rocznica: stulecie wybuchu I wojny światowej.
Tak, a Gmach Główny znajduje się o kilkadziesiąt metrów od miejsca, z którego 6 sierpnia 1914 r., przed świtem, wyruszyła Pierwsza Kadrowa, by w okolicy Miechowa zburzyć rosyjskie słupy graniczne i zająć Kielce... Nic dziwnego, że władze państwowe zadecydowały, że Kraków będzie centrum ogólnopolskich obchodów ważnej dla całej Europy rocznicy.
Niedawno znalazłam się w składzie krakowskiej delegacji zaproszonej przez Pana Prezydenta Bronisława Komorowskiego do Belwederu na spotkanie dotyczące organizacji tych uroczystości. My przygotowaliśmy z tej okazji wystawę rocznicową. Nowoczesną, a równocześnie ukierunkowaną wyraźnie na edukację. Proszę zrobić sondę uliczną i zapytać o Legiony Piłsudskiego. Obawiam się, że wyniki okażą się katastrofalne. To musi się zmienić.
Rozmawiamy o sukcesach i planach. A co się nie udaje?
Może powiem nie tyle o tym, co się nie udaje, ale co powinniśmy – i chcemy! – jeszcze zrobić. Z całą pewnością musimy powrócić do mądrych wystaw problemowych, które były kiedyś specjalnością naszego Muzeum.
Chyba po raz pierwszy – jako dziecko – weszłam do Muzeum Narodowego w Krakowie na „Polaków portret własny”. Dobrze to pamiętam...
Właśnie. Problemem do rozwiązania jest również Gmach Główny naszego Muzeum, fatalnie przebudowany w latach 60. XX w. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy montujemy wystawę, obiekty trzeba wnosić po gigantycznych schodach tym samym wejściem, którym wchodzą zwiedzający.
Marzy mi się dobudowanie nowego skrzydła na pustej działce, która do nas należy. Już teraz poprosiłam współpracowników, by przedstawili pomysły na jego przyszłą funkcję, co właśnie uczynili. Ale chcemy zdobyć się na większą odwagę i zastanowić nad tym, jak przeorganizować całe Muzeum. Może do Gmachu Głównego należy przenieść sztukę średniowieczną prezentowaną w Pałacu Biskupa Erazma Ciołka i sztukę wieku XIX z Sukiennic? Dziś brzmi to jak intelektualna prowokacja, ale może kiedyś takie „muzeum w kompakcie” okaże się rozwiązaniem najsensowniejszym? Nie wolno bać się myśleć. Muzeum to „zmienna niezmienność”.

ZOFIA GOŁUBIEW kieruje MNK od 2000 r. Wcześniej pełniła funkcję kierownika działu współczesnego polskiego malarstwa i rzeźby oraz wicedyrektora ds. naukowych w tej instytucji.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]