Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nasza powieść drogi

Nasza powieść drogi

01.12.2013
Czyta się kilka minut
Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian | Polscy wędrowcy Wschodu szukają niesprecyzowanej przygody...
.

...ale przede wszystkim pragną umocnić się w przekonaniu o narodowej wyższości, podbudować własne ego albo podkarmić historyczne sentymenty.

„Mój Boże, jaki to biedny, a zarazem fascynujący kraj, tak? – mówiła Bożena, a głos miała irytujący... – Z chęcią bym tu pomieszkała chwilę. Ja tu się czuję trochę jak w bajce. Kojąco mi jest, tak? Koi mię to. To zniszczenie, którę tu zaobserwowywujemy, ma w sobie coś schulzowskiego w gruncie rzeczy, tak?”.

Monolog idiotki, polonistki z Warszawy, która wraz z koleżanką przyjechała do Drohobycza „oddać hołd wielkiemu polsko-żydowskiemu pisarzowi, mistrzowi mowy polskiej”, to fragment brawurowego wielogłosu wypełniającego tę książkę. Książkę, która od pierwszej do ostatniej strony nie traci tempa, jest bardzo śmieszna i bardzo straszna, wyzuta z sentymentalizmu i okrutnie samokrytyczna. Bowiem ten portret Ukrainy oglądanej w pijanym widzie i na prochach jest w istocie naszym autoportretem.
„Przyjeżdżacie tutaj – wygarnia bohaterowi piękna Ukrainka, która przysłuchiwała się w pociągu jego rozmowie z polonistkami – bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego można się ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość. (...) Tylko wobec nas możecie sobie pobyć protekcjonalni. Odbić to, że wszędzie indziej podcierają sobie wami dupy”.
Czy to reportaż? Narrator, dziennikarz Łukasz Ponczyński, nie jest przecież tożsamy z autorem. „No i tak się porobiło – opowiada o sobie – że zawodowo zacząłem zajmować się ściemnianiem. Łganiem. Bardziej fachowo ujmując – utrwalaniem stereotypów narodowych. Najczęściej paskudnych. Opłaca się. Bo nic się lepiej w Polsce nie sprzedaje niż Schadenfreude”. Pisał więc podkręcone, hardkorowe teksty gonzo, zacierające granice między dziennikarstwem a kreacją, epatując „ukraińskim rozdupczeniem i rozwłóczeniem”. Co tydzień podsyłał pewnemu portalowi internetowemu „porcję ukraińskiego mięsa”, zmyślone historie, w których Ukraina stawała się „piekłem à la Kusturica”, a polscy czytelnicy czytali i klikali.
Teraz opowiada o swoich wędrówkach od Drohobycza po Odessę i Krym, od Czerniowiec po Dniepropietrowsk. Wędrówkach podlewanych balsamem Wigor zmieszanym z kwasem chlebowym albo porcjami płynu zwanego dżintonik. Że balsam Wigor to w rzeczywistości środek na potencję, dowiaduje się nie od razu... Odwiedza cmentarz Łyczakowski w towarzystwie dwóch znajomych polskich ćpunów z nieco już nadwerężonymi mózgami: w zrujnowanych grobowcach koczuje grupa squatersów, a z mogił powstańców styczniowych wyrastają dorodne krzaki marihuany. Toczy dyskusje z Tarasem, pół Ukraińcem, pół Polakiem, zwolennikiem zachodnioukraińskiego separatyzmu, dla którego nie tylko Rosja, ale i wschodnioukraińskie stepy to już tolkienowski Mordor. Separatystów szuka też na Zakarpaciu, ale niełatwo ich znaleźć. W Izmaile nad brzegiem Kilii, na południowo zachodnim krańcu kraju, spotyka za to parę amerykańskich sześćdziesięciolatków z Korpusu Pokoju.
No i wszędzie napatoczają się jacyś polscy plecakowcy, zwykle mocno już nawaleni, nadal jednak szukający prawdziwego „Ruska” do wspólnego picia. Wrocławscy slawiści, którzy wybierają się w Czarnohorę, ale wciąż nie mogą tam dotrzeć, próbują w Kamieńcu Podolskim upić parę staruszków-gospodarzy, choć ci opierają się ze wszystkich sił i wzywają na pomoc Pana Boga. Goście bezskutecznie domagają się też jakichś hardkorowych anegdot albo przynajmniej odrobiny lokalnego folkloru. Wszyscy ci wędrowcy Wschodu szukają niesprecyzowanej przygody, ale przede wszystkim pragną umocnić się w przekonaniu o narodowej wyższości, podbudować własne ego albo podkarmić historyczne sentymenty. We Lwowie wychodzi im naprzeciw horda żebrzących „polskich dzieci” albo ondulowana na różowo dama ze złotymi zębami, wyglądająca na stereotypową Rosjankę, reprezentująca Stowarzyszenie Polskich Właścicieli Polskich Mieszkań Pod Wynajem Dla Polskich Turystów Przyjeżdżających Na Lwowską Ziemię...
„Zawsze kręciła mnie zabawa rzeczywistością, mitami, stereotypowym spojrzeniem na świat, zniekształcaniem rzeczywistości przez percepcję, w tym medialną – mówił Ziemowit Szczerek w rozmowie z Sebastianem Frąckiewiczem – dlatego książka wyszła, jaka wyszła... sam jestem robalem żerującym na rzeczywistości, bo pracuję w dziale »wydarzenia« dużego portalu informacyjnego. Ale gdy piszę rzetelne artykuły, to wtedy nie podkręcam. Dlatego od podkręcania mam książkę, czyli literaturę”. Prawda miesza się tu ze zmyśleniem, bohaterowie bywają zlepkiem kilku postaci prawdziwych. Balsam Wigor istnieje jednak naprawdę i jest, uważa Szczerek, dobrą metaforą: „Polacy, jako przedstawiciele impotentnego już, byłego imperium, muszą się stymulować, żeby dobrze czuć się na Ukrainie, jak paniska”...
Jest to, owszem, książka o rzeczywistości postsowieckiej, przede wszystkim jednak wiwisekcja naszej mentalności, naszej cokolwiek chorej pamięci historycznej, naszej megalomanii. Pisałem jej recenzję w czasie, gdy milicjanci z formacji Berkut pałowali manifestantów na kijowskim Majdanie, czytałem relacje z Kijowa i rozmaite polskie komentarze. W niektórych pobrzmiewał ten sam ton, który tak mocno punktuje i wykpiwa Szczerek. A na koniec lektury wróciłem do jej początku, do wybranego przez autora motta, czyli słów wypowiedzianych w maju 1921 r. przez Piłsudskiego do Ukraińców wyrolowanych przez Rzeczpospolitą i internowanych w Szczypiornie: „Ja was przepraszam, panowie, ja was bardzo przepraszam. Tak nie miało być”...

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian Kraków 2013, Korporacja Ha!art

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]