Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Najczarniejszy poniedziałek

Najczarniejszy poniedziałek

02.05.2018
Czyta się kilka minut
Dziesięciu dziennikarzy zginęło jednego dnia w zamachach bombowych i strzelaninach w Afganistanie. Poniedziałek był najczarniejszym dniem dla mediów od 2009 r., gdy na filipińskiej wyspie Mindanao porwano i zamordowano ponad 30 reporterów i fotografów.
Kabul, miejsce zamachu, 30 kwietnia 2018 r. / Fot. Massoud Hossaini / AP Photo / East News
Kabul, miejsce zamachu, 30 kwietnia 2018 r. / Fot. Massoud Hossaini / AP Photo / East News
P

Pierwsza bomba, o ósmej rano, czyli w porze największego tłoku na kabulskich ulicach, wybuchła w dzielnicy Szaszdarak, w śródmieściu, w pobliżu kwatery afgańskiego wywiadu (niedaleko znajduje się też ambasada USA, siedziba NATO i ministerstwo obrony). Zamachowcem był motocyklista-kamikadze. Do drugiej eksplozji w tym samym miejscu, jeszcze silniejszej, doszło pół godziny później, gdy na miejsce tragedii przybyli już lekarze i ratownicy, a także dziennikarze. Zamachowiec też udawał dziennikarza: miał na szyi aparat, a pilnującym porządku policjantom pokazał legitymację prasową. Wysadził się w powietrze, stojąc wśród fotografów i kamerzystów, których upatrzył sobie na cel.

Talibowie afgańscy, zwłaszcza ci, działający do niedawna w Pakistanie, często stosowali taktykę bliźniaczych zamachów. Po pierwszym ataku uderzali ponownie, gdy na ratunek poszkodowanym przybywały ekipy ratunkowe, policja, ochotnicy i dziennikarze.

Zawód śmiertelnie niebezpieczny

Czarny poniedziałek kosztował życie 29 ludzi, drugie tyle zostało rannych. Wśród zabitych było dziewięciu dziennikarzy (pięciu kolejnych zostało rannych). Fotoreporter agencji AFP Szah Marai osierocił sześcioro dzieci. Zginęło trzech pracowników Radia „Azadi” (afgańska filia Radia Wolna Europa/Radio Liberty), w tym Maharram Durrani, która dopiero co skończyła studia i pracę miała zacząć w połowie maja. Na miejscu zamachu znalazła się przypadkiem – szła do redakcji na szkolenie, a słysząc wybuch pobiegła pomagać poszkodowanym. Zginęli też dziennikarze z miejscowych stacji telewizyjnych Tolo, 1TV, Maszal i Dżahan. Zabity kamerzysta z telewizji Tolo w maju miał się żenić. Dziesiąty dziennikarz, Ahmad Szah z afgańskiej sekcji BBC, został zastrzelony tego samego dnia we wschodniej prowincji Chost (w zeszłym tygodniu jeszcze jeden afgański dziennikarz został zabity w Kandaharze).

Wszyscy zabici byli Afgańczykami. Odkąd z końcem 2014 r. z kraju oficjalnie wycofały się zachodnie wojska, a uwaga świata przeniosła się na wojny na Bliskim Wschodzie, większość gazet i stacji telewizyjnych odwołało z Kabulu swoich przedstawicieli, zatrudniając na ich miejsce miejscowych.

Poniedziałek okazał się dla dziennikarzy najkrwawszym dniem, odkąd w listopadzie 2009 r. na filipińskiej wyspie Minadanao jeden z rywalizujących o władzę polityków uprowadził i zamordował ponad 30 miejscowych dziennikarzy, towarzyszących konwojowi jego konkurenta. W 2016 r. w Afganistanie zamachowiec-kamikadze w nafaszerowanym trotylem samochodzie staranował autobus, wiozący dziennikarzy stacji telewizyjnej Tolo – zginęło wówczas siedmiu pracowników mediów. Według obrachunków kabulskiego stowarzyszenia dziennikarskiego od amerykańskiej inwazji i obalenia talibów jesienią 2001 r., w Afganistanie zginęło prawie stu dziennikarzy, z czego aż ponad 20 w zeszłym roku. W 2017 r. Afganistan został uznany za najniebezpieczniejszy po Syrii i Meksyku kraj dla dziennikarzy.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Hamza, ulubiony syn Osamy


Ponurym podsumowaniem czarnego poniedziałku był kolejny samobójczy zamach w południowej prowincji Kandahar, mateczniku talibów. Celem zamachowca był patrol rumuńskich żołnierzy, który zatrzymał się w jednej z wiosek. W wybuchu zginęło jednak jedenaścioro dzieci z przymeczetowej szkoły, które zbiegły się na widok cudzoziemskich żołnierzy. Ośmiu Rumunów zostało rannych. Również w poniedziałek, w północnej prowincji Balch, w zasadzce talibów zginęło 4 policjantów, a we wschodnim Nangarharze – pięciu. Na afgańskim wschodzie zginął też kolejny amerykański żołnierz, a inny został ranny.

Afgańska codzienność

Zamachy bombowe w Kabulu znów stają się codziennością. W zeszłym tygodniu przed urzędem, rejestrującym wyborców (w październiku afgańskie władze zamierzają w końcu przeprowadzić opóźnione od dwa lata wybory parlamentarne) zamachowiec-kamikadze zabił 60 osób i ranił prawie 150. W marcu w zamachu dokonanym podczas obchodzonego przez szyitów święta Nowego Roku, Nouruz, w Kabulu zginęło 31 osób, a 65 zostało rannych.

Do kabulskich zamachów przyznaje się Welajat Chorasański, afgańska filia tzw. Państwa Islamskiego. Utworzona w 2015 r., zyskuje z każdym rokiem na znaczeniu (jej szeregi zasilają dżihadyści z rozbitego w Iraku i Syrii kalifatu) i rywalizuje z talibami o wpływy w kraju. W ostatnim czasie partyzanci Chorasanu upodobali sobie zamachy w Kabulu, podważając resztki zaufania Afgańczyków do prozachodniego rządu prezydenta Aszrafa Ghaniego. Kabulscy dziennikarze podejrzewają, że w przeprowadzaniu ataków partyzantom Chorasanu pomagają komendanci z prywatnej armii rodu Haqqanich. Weterani partyzanckich wojen są panami i władcami w rodzinnych prowincjach Paktia, Paktika i Chost, a także położonym po pakistańskiej stronie granicy Północnym Waziristanie, pozostają formalnie częścią armii talibów, ale od lat współpracują także z Al-Kaidą (uważani są też za głównego w Afganistanie protegowanego pakistańskiego wywiadu wojskowego ISI). Wykorzystując polityczne wpływy w Kabulu, a także przekupując policjantów i żołnierzy, Haqqani od lat dokonują najkrwawszych zamachów bombowych w afgańskiej stolicy.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Donald Trump, syn Assadullaha


Talibowie, wciąż najpotężniejsza z afgańskich partyzanckich armii, nie przyznają się do zamachów. Pod koniec kwietnia ogłosili za to początek dorocznej, wiosennej ofensywy, co uznano za odrzucenie przez nich najhojniejszej, jak dotąd, oferty pokojowych rozmów, jaką złożył w lutym Aszraf Ghani. Afgański prezydent zaproponował talibom m.in. zawieszenie broni, rozmowy bez żadnych warunków wstępnych, wykreślenie ich z list zbrodniarzy i terrorystów, uznanie ich za legalną partię polityczną, która otworzyłaby swoje biura w Kabulu i wzięła udział w wolnych wyborach.

Najdłuższa wojna Ameryki

Na pokojową ofertę talibowie nie odpowiedzieli, za to ogłosili, że ich wiosenne natarcie będzie odpowiedzią na zeszłoroczną, nową strategię, dzięki której amerykański prezydent Donald Trump zamierzał wygrać wojnę w Afganistanie.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Afganistan, wojna bez końca


Trump, który walcząc o prezydenturę obiecywał wyplątać Amerykę z afgańskiej wojny, latem zeszłego roku wysłał pod Hindukusz dodatkowe trzy tysiące żołnierzy (dziś Amerykanie utrzymują w Afganistanie prawie 15 tys. żołnierzy, których wspiera kilka tysięcy żołnierzy z państw Zachodu i krajów z Zachodem sprzymierzonych, a także ogromna, idąca w tysiące, armia żołnierzy najemnych z prywatnych organizacji zajmujących się sprawami bezpieczeństwa i ochrony), pozwolił im uczestniczyć w operacjach zaczepnych, a także dał wolną rękę lotnictwu, wspierającemu afgańskiej wojsko i zwalczające partyzantkę na własną rękę.

Póki co, strategia Trumpa, podobnie jak strategie jego poprzedników, nie przyniosła żadnych rezultatów. Afgańskie wojsko nie jest w stanie samodzielnie stawiać czoła partyzantom, mnożą się dezercje, a przekupni oficerowie i żołnierze wysługują się talibom i komendantom z Welajatu Chorasańskiego. W powietrznych rajdach Amerykanów giną partyzanci, ale także cywile, a talibowie, zamiast cofać się i kryć, z każdym miesiącem rozszerzają i umacniają swoje panowanie. Według jednych amerykańskich wojskowych partyzanci kontrolują już połowę kraju, według innych – nawet trzy czwarte. Zamiast zmierzać do zwycięskiego końca, najkosztowniejsza (pochłonęła setki miliardów dolarów) i najdłuższa wojna Ameryki trwa osiemnasty rok.

POLECAMY: STRONA ŚWIATA: SPECJALNY SERWIS Z ANALIZAMI i REPORTAŻAMI WOJCIECHA JAGIELSKIEGO

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]