Na śmierć królowej

Królowa bez kraju - jak to ładnie, choć niesłusznie ujęła jej przyjaciółka Annette Innsdorf w obszernym pośmiertnym wspomnieniu o Elżbiecie Czyżewskiej w "New York Timesie".
Czyta się kilka minut

"Bez kraju", ale nie bez miasta. Ela była jedną z królowych Nowego Jorku - to wiedział i widział każdy, kto ­kiedykolwiek spotkał Elę w dole Manhattanu (gdzie byłem jej sąsiadem w latach 80.) spacerującą nocą w szpilkach, kapeluszu i rękawiczkach. Smycz jej czarnej suczki w jednej dłoni, a srebrna papierośnica z nigdy niegasnącym papierosem w drugiej. Jak przystało na damę, Ela zawsze nosiła ze sobą własną małą popielniczkę, aby nie śmiecić w naszej brudnej dzielnicy.

Ela była zarazem dzieckiem Domu Dziecka, podrzutkiem, jak jej czarna kulawa suczka (wściekle mądra) - o wiele za inteligentna na monarchinię, cała "zbudowana z ran", ale jakimś cudem bez cienia ksenofobii i najgorszych uprzedzeń polskich, poza pogardą dla własnego zdrowia. Piła, paliła - ideowo przeciwna gimnastyce, poza nocnymi spacerami. Była dobra dla małych, słabych zwierząt i bezdomnych, okrutna - dla dużych, a głupich. Nawet kiedy piła, a nie piła od lat, była zawsze przeraźliwie trzeźwa w swoich osądach.

Nowy Jork traci jeden ze skarbów tego miasta - jeden ze skarbów 60. Ulicy, 7. Ulicy i Times Square - miejsc, gdzie mieszkała. A polska kultura traci jedną z najwybitniejszych przedstawicieli jej generacji - Królową Nowego Jorku - do szpiku kości polską.

hhh

Eli życie i osobowość były niewątpliwie jej najważniejszą kreacją - nie była jednak mitomanką - nie pozowała, jak to czynił Jerzy Kosiński. Jak przystało na wielką aktorkę, postać Eli była zbudowana na prawdzie.

Jej małe mieszkanka na poddaszach Manhattanu (ostatnie w okolicach Times Square) to najmniejsze muzea świata - przepełnione były w stylu dekadenckim bezcennymi obrazami, meblami, książkami i popielniczkami. Lepiej oczytana niż większość profesorów w kraju, gdzie się osiedliła - Ela stworzyła postać ujmującą jak dziewczynka z zapałkami Andersena. Złośliwie inteligentna jak Lady ­Mackbeth (choć Mackbeci w ogóle jej nie interesowali,), metafizycznie poplątana jak studenci Dostojewskiego, monstrualnie kapryśna jak kobiety Witkacego, uparta jak Antygona, a dowcipna jak Mary Poppins, nikt wśród jej wielu przyjaciółek - poza Agnieszką Osiecką - nie miał jej daru narracji.

Ela nigdy nie (za)grała siebie. Ani w filmie "Anna", ani w "Białej bluzce" Osieckiej, ani w "Karaluchach" Głowackiego. Poza Joanną d’Arc, która jednak zawodową aktorką nie była - żadna aktorka nie była prototypem tak wielu różnorodnych postaci.

Jadąc do Nowego Jorku, tydzień temu zadzwoniłem, aby ją zaprosić na obiad. Wiedziałem, że jest chora, nie widziałem jej już od roku. Automatyczna sekretarka odpowiedziała. Ela nie oddzwoniła i już nie oddzwoni.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 27/2010