Pisanie o konkretnym człowieku jest ryzykowne. Pisanie dobrze o konkretnym człowieku jest ryzykowne podwójnie. Ale trudno, takim go znam i o takim Bogdanie de Barbaro piszę. Znam go wiele, wiele lat. Kilkadziesiąt. Nigdy nie słyszałem o nim złego zdania, co nie znaczy, że takich zdań nie ma. Pewnie są, jak o każdym. Przecież nie to czyni go wyjątkowym.
W rozmowie z Katarzyną Kubisiowską pt. „Szkoła uczuć” mówi: „Nawet relacje międzynarodowe uwarunkowane są tym, co czujemy, a w każdym razie to, co myślimy, zależy od tego, co czujemy. Pod spodem myśli kryją się nasze urazy, traumy, kompleksy, duma, marzenia”. Cały on.
Jest lekarzem, lecz manifestuje swoją nieznajomość medycyny – oczywiście poza posiadaną specjalizacją, psychiatrią. Na jej z kolei temat w błahych rozmowach (na przykład ze mną) nigdy się nie wypowiada. W niebłahych – co innego. Napisał kilka świetnych książek, cieszy się szacunkiem i uznaniem w swoim środowisku. Chociaż formalnie jest już na emeryturze, dalej praktykuje jako lekarz, wygłasza odczyty i nadal studiuje. Psychiatria go pasjonuje. Nie mądrzy się przy tym, co jest cechą mądrych ludzi. Zapomina się więc, że jest autorytetem, że potrafi powagą swoich sądów przechylić w debatach szalę diagnoz i ocen jednych poglądów nad innymi.
Sądy o lekarzach bywają twarde, czasem bezwzględne, czasem słuszne, często niesłuszne. Taki jest los lekarzy i z tym muszą żyć, pracować, ryzykować… Pracować często ponad miarę. Podziwiam ich wszystkich, wybrali zawód, który w powszechnej opinii jest dużo więcej niż tylko zawodem, więc i wymagania wobec nich są niebotyczne. Mój bohater czuł ten ciężar, lecz nigdy przed nim nie uciekał. Zresztą, co ja wiem o psychiatrach? Mieszanina oddziaływania farmaceutycznego i ludzkiego jest tu dla mnie przedziwna.
Na nas, księży, też mówią „lekarze dusz”. Ciekawe. W moim seminarium w końcu lat 50. zeszłego stulecia takiej formacji nie było. Nikt tak nie myślał, choć oczywiście ksiądz musi umieć rozróżnić, czy ma do czynienia z chorobą, którą trzeba leczyć medycznie, czy z „chorobą duszy”, którą też trzeba leczyć, tylko inaczej. Moje doświadczenie jest takie, że czasem rozpoznam, czasem się pomylę. Może zresztą dziś przyszłych spowiedników tego uczą, tylko że teraz coraz więcej ludzi nie idzie do spowiednika, ale od razu do lekarza. To chyba dobrze, pod warunkiem że lekarz się zorientuje. Zakładamy, że się zorientuje, choć historia – nie tak odległa – pokazuje, jak lekarze się w tych kwestiach mylili. Jak medycyna się myliła…
Czasem potrzebna jest współpraca księdza i psychoterapeuty. Nie jest dobrze, kiedy następuje zamiana ról, kiedy psychoterapeuta chce zastąpić księdza albo ksiądz psychoterapeutę. Kiedyś sam de Barbaro o tym pisał.
Wracam więc do naszego autora i terapeuty: czytajmy go i oglądajmy siebie jak w zwierciadle. Siebie i naszych bliźnich, bliźnich milej niż siebie, ale rozpoczynając od bliźnich w końcu i tak trafimy na siebie, co może okazać się zbawienne. Czytajmy książki de Barbaro – jest wytrawnym znawcą ludzi, naszej prostoty i pokrętności. Więc czytajcie. Jest w tym numerze…
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








