Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Mozambik: Dżihadyści maszerują na południe

Mozambik: Dżihadyści maszerują na południe

23.06.2018
Czyta się kilka minut
Islamscy radykałowie, którzy zadomowili się już na Saharze i położonym na południe od niej Sahelu, zaczęli marsz na południe Afryki. Wschodnim wybrzeżem przeszli już do Kenii, na Komory, Zanzibar i dotarli do Mozmabiku.
Imam Aboud Rogo Mohammed (drugi z lewej) przed sądem w Mombasie, 2005 r. / Fot. Khalil Senesi / Associated Press / Fotolink / East News
Imam Aboud Rogo Mohammed (drugi z lewej) przed sądem w Mombasie, 2005 r. / Fot. Khalil Senesi / Associated Press / Fotolink / East News
M

Mozambikańscy talibowie pojawili się na północy kraju już w 2012 r. Prowincja Cabo Delgado, położona na wybrzeżu, przy granicy z Tanzanią, od zawsze uchodzi za najbiedniejszą i najbardziej zacofaną. Spośród jej niespełna trzech milionów mieszkańców, prawie dwie trzecie stanowią muzułmanie (w pozostałej części 30-milionowego kraju wyznawcy islamu stanowią około jednej piątej ludności). W porównaniu z chrześcijańskim południem kraju, muzułmańska północ zawsze była bardziej zacofana i uboższa.

Według badaczy afrykańskiego dżihadyzmu początki ruchu mozambikańskich talibów były bliźniaczo podobne do początków ich starszych stażem i cieszących się już światową sławą imienników z Somalii czy z ruchu Boko Haram, działającego w Nigerii, Kamerunie i na wybrzeżach jeziora Czad. Zaczęło się od poczucia krzywdy i wykluczenia, skarg na nędzę, bezrobocie, pychę i korupcję urzędników państwowych, gniewu na bezradną i pokorną starszyznę wioskową i mułłów, wyznawców cierpliwego, sufickiego islamu.

Buntowała się młodzież i to ona wędrowała za chlebem w świat, do Kenii, Sudanu czy Egiptu, albo jeszcze dalej: do szejkanatów znad Zatoki Perskiej. Na obczyźnie znajdowała zarobek, ale także podpowiedzi, jak zaradzić biedzie i beznadziei, jakie wkradły się w jej życie. Doradcami i nauczycielami okazywali się mułłowie nawołujący do świętej wojny, która raz na zawsze wypleni z ziemi wszelkie zło i niesprawiedliwość, zaprowadzając Boże królestwo. Podobnym kazaniom przysłuchiwali się młodzi Somalijczycy zanim nie skrzyknęli się w partyzanckie wojsko, a także młodzi Nigeryjczycy, którzy założyli armię Boko Haram.

Dla młodych Mozambikańczyków nauczycielami byli muzułmańscy duchowni, np. Aboud Rogo Mohammed, imam z Mombasy. Nauczał on o potrzebie zaprowadzenia praw szarijatu oraz poobalania świeckich państw, zastąpienia ich wspólnotą prawowiernych, wskrzeszenia dawnych, złotych czasów, gdy wschodnim wybrzeżem Afryki i tamtejszymi wyspami władali muzułmańscy sułtani, emirowie i szejkowie. Imam Rogo nawoływał też, by Mombasa odłączyła się od reszty Kenii, a władze z Nairobi podejrzewały go o konszachty z somalijskimi talibami. W 2012 r. imam został zastrzelony na ulicy w Mombasie. Chroniąc się przed prześladowaniami jego zwolennicy i uczniowie uciekli z Kenii do Kibiti na południu Tanzanii, a gdy i tam nie zaznali spokoju, przenieśli się do Mozambiku – właśnie do Cabo Delgado.

Pod wpływem imamów takich jak mułła Rogo, wracający z obczyzny do kraju młodzi Mozambikańczycy buntowali się przeciwko starym porządkom. Jak bojownicy Boko Haram występowali przeciwko instytucjom państwowym (np. nie posyłali dzieci do rządowych szkół) i sufickim mułłom, których teraz uważali za zdrajców i wrogów islamu. Przychodząc do ich meczetów ostentacyjnie nie zzuwali obuwia. Odbierali im świątynie albo zakładali własne, do których wpuszczali tylko swoich. Zaczęli się nosić inaczej niż inni – zapuszczali długie brody, za to golili głowy, ubierali czarne szarawary i białe turbany. Niemal wszyscy wywodzili się z miejscowego ludu Mwani, od lat uskarżającego się na wyzysk ze strony najliczniejszych w kraju Makua, a także Makondów z tanzańsko-mozambikańskiego pogranicza, którzy swoje wpływy zawdzięczają politycznym koneksjom z rodakami – z byłym prezydentem Tanzanii Benjaminem Mkapą (1995-2005) i z panującym od 2015 r. prezydentem Mozambiku Filipem Nyusim. Zepchnięci przez nich w cień Mwani – podobnie jak nigeryjscy Kanuri, z których wyrośli dżihadyści z Boko Haram – narzekają, że nawet na własnej ziemi są obywatelami gorszej kategorii.

Mozambikańscy talibowie nazwali się „Wspólnotą Sunny”, ale miejscowa ludność woła na nich z arabska „al-Szabab – młodziaki”. Takie samo imię noszą talibowie z Somalii. Mozambikańczycy utrzymują z nimi kontakty, podobnie jak z muzułmańskimi radykałami z Kenii, Ugandy, Tanzanii czy Konga, a od 2015 r. zaczęli się też od nich uczyć partyzanckiego rzemiosła. Niektórzy wyjeżdżali za granicę, by przeszkolić się w sekretnych bazach, prowadzonych przez instruktorów z Somalii. Innych, w kraju, szkolili na partyzantów wyrzuceni ze służby mozambikańscy wojskowi lub policjanci.

Pieniądze na partyzanckie kursy i broń mozambikańscy talibowie zdobywali kłusując i przemycając przez granicę kość słoniową, wyrąbywane pokątnie drzewa, rubiny z nielegalnych kopalni, a także narkotyki do Europy i Południowej Afryki. Po roku stworzyli liczące około tysiąca bojowników i dowodzone przez Nuro Adremanego partyzanckie wojsko, które – podzielone na małe, 20-30 osobowe oddziały – jesienią uderzyło po raz pierwszy. W październiku partyzancki oddział zaatakował kilka wojskowych i policyjnych posterunków w mieście Mocimboa da Praia. W strzelaninie zginęło dwóch policjantów. Partyzanci stracili dziesięciu ludzi, ale ze zrabowanymi z magazynów broni karabinami i amunicją uciekli do kryjówek w dżungli.


POLECAMY: "Strona świata" - specjalny serwis "TP" z tekstami i analizami Wojciecha Jagielskiego


Przez następne tygodnie talibowie z Mozambiku atakowali wyłącznie wojskowe i policyjne posterunki, a także państwowe urzędy. Wiosną przystąpili do pogromów cywilów. Między marcem a czerwcem napadli na kilkanaście wiosek. Spalili je, a mieszkańców, którzy nie zdążyli uciec, zabili maczetami. Kilkanaście osób ścięli, co nasunęło porównania z celowym okrucieństwem, stosowanym od lat przez partyzantów Boko Haram, by zmusić ludność cywilną do posłuszeństwa. Wiosną, w co najmniej dwudziestu atakach mozambikańskich talibów, zginęło co najmniej 50 osób, a kilka tysięcy straciło dach nad głową.

Wieśniacy uciekają przed talibami, ale także przed wojskiem, które już jesienią przystąpiło do pacyfikowania prowincji Cabo Delgado. Przed żołnierzami uciekają przede wszystkim chłopi Mwani, których wojsko podejrzewa o sprzyjanie partyzantom i rabuje ich wioski. Mozambikańskie wojsko, kiepsko wyszkolone i niezdyscyplinowane, swoją brutalnością zraziło do siebie miejscowych muzułmanów, zamykając i burząc meczety i aresztując wszystkich, którzy wydadzą się podejrzani.

Wojna z talibami toczy się w prowincji, która miała uczynić Mozambik bogaczem. W 2010 r. zachodni poszukiwacze skarbów odkryli w Cabo Delgado pola ropy naftowej i jedne z najbogatszych na świecie złóż gazu ziemnego, których eksploatacja miała przynieść miliardy Mozambikowi, jednemu z najuboższych państw świata, zniszczonemu w dodatku trwającą prawie dwadzieścia lat wojną domową (1975-92). Zachodnie koncerny górnicze z USA, Kanady i Włoch zaczęły już pierwsze odwierty, ale z powodu ataków talibów kazały wstrzymać prace i wycofały z Cabo Delgado swoich inżynierów.

Kłopotom mają zaradzić zachodni żołnierze najemni. Władze z Maputo dobiły niedawno targu ze współczesnym „królem najemników” Erikiem Prince’em, założycielem m.in. cieszącej się złowrogą sławą firmy ochroniarskiej „Blackwater”. Za 750 milionów dolarów Prince zobowiązał się zapewnić w Cabo Delgado święty spokój. Ponieważ mozambikański skarbiec świeci póki co pustką, Prince zgodził się też przyjąć zapłatę w naturze – otrzyma jedno z gazowych pól.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]