Moja wyspa skarbów

Wojciech Mann: Ojciec nie był typem agitatora, który wołał na barykady. Miał wolność w sobie, więc o nic nie musiał walczyć.

Reklama

Moja wyspa skarbów

Moja wyspa skarbów

10.12.2018
Czyta się kilka minut
Wojciech Mann: Ojciec nie był typem agitatora, który wołał na barykady. Miał wolność w sobie, więc o nic nie musiał walczyć.
MARCIN MANN DLA „TP”
K

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Tato Pana namalował?

WOJCIECH MANN: Nie. Właściwie jedyne osoby, które w mojej pamięci zostały przez ojca uwiecznione, to moja siostra, gdy była małą dziewczynką, i siostra mamy.

Zdumiewające, że tylko one.

Często tak jest, że jak jest fotograf w rodzinie, to dopiero zmuszony i na samym końcu fotografuje kogoś z domowników. Widzieliśmy się z ojcem codziennie, to po co jeszcze miał nas malować? Poza tym nie było z naszej strony takiego oczekiwania. Nie traktowałem go jako artysty, on po prostu był moim ojcem, który ładnie malował i za to mu jeszcze, od czasu do czasu, płacili.

Lecz wstęp do tego, co miał w głowie, mieliśmy bardzo ograniczony.

Bo?

Miałem wrażenie, że gdy maluje, wchodzi do innego pokoju. I jednocześnie to nie było tabu: nie podglądajcie dzieci ojca w pracy, bo tego nienawidzi. Jak ojciec miał ochotę coś pokazać – nie nam gówniarzom, tylko mamie – robił to naturalnie, na zasadzie: zobacz, jaki ładny chleb udało mi się kupić.

Mama ojcu doradzała?

Nie mieszała się – była nie tyle krytykiem, co pierwszym widzem. I lubiła jego sztukę.

Czy dla Pana ojciec coś specjalnie namalował?

Gdy mówił, że nie podobają mu się samochody, które jeżdżą po Warszawie, to ja pytałem: „A jakie miałyby być?”. Wtedy brał bibułkę i rysował swój pomysł. Niestety, nie miałem odruchu, by chować.

Pamięta Pan te obrazki?

Ruch ręki bardziej niż konkretny obrazek. Ale pamiętam też, jak kiedyś rozmawialiśmy z ojcem o Szymonie Kobylińskim, który korzystał ze swojej ogromnej umiejętności imitowania stylu graficznego różnych rysowników. W telewizji pan Kobyliński miał program w koncepcji podobny do Wiktora Zina, tylko że Zin rysował architekturę na oczach kamer i widzów, a Kobyliński karykatury. Spytałem ojca, czy to niezwykły talent, że Kobyliński potrafi wyjść poza swój styl. A on powiedział: „To łatwe, tylko nie jest mi potrzebne”. I narysował coś pod jakiegoś rysownika, nawet nie pamiętam którego. Oczy wtedy wybałuszyłem: jakie ojciec potrafi robić różne sztuki!

Opowiadał o Lwowie, gdzie się urodził, dorastał i studiował architekturę?

Z sentymentem, ale w kontekście towarzysko-rodzinnym. Że się dobrze bawił, chodził po knajpach i po dancingach. Był młody i przystojny, z ładnymi dziewczętami się zadawał, m.in. z pannami Niemczewskimi, czyli moją mamą i jej siostrą. Głęboki sentyment odczuwał do Wiednia. Bo on zaczął studiować na Politechnice Lwowskiej, ale potem skończył coś, czego nazwę nauczyłem się wypowiadać: Kunstgewerbeschule. Więc o Wiedniu opowiadał nawet częściej niż o Lwowie. Że był wtedy wyjęty z rodziny i ze swojego środowiska, ale miasto, jego atmosfera i uczelnia były mu przyjazne. I był dumny ze swojej cenzurki, rzeczywiście miał świetne oceny.

Roman, młodszy brat Pańskiego ojca, też studiował na Politechnice Lwowskiej i w Kunstgewerbeschule. Po wojnie związał się z filmem, robił scenografię m.in. do „Ewa chce spać”, „Popiołu i diamentu”, „Matki Joanny od Aniołów”.

A Tadeusz, najstarszy brat ojca, absolwent medycyny, w 1937 r. wyjechał na stypendium i na zawsze utknął w tej Anglii. Bliższy ojcu był Roman. Tadeusz był postacią z innego świata – dosłownie i w przenośni. Przesiąkł mentalnością Cambridge, naukowym życiem, zrobił się bardzo brytyjski. Tadeusz był niezwykle grzeczny, wyważony w opiniach, na każdy temat wypowiadał się kulturalnie. I tęsknił. Mówił, że czuje bliskość z jednym i drugim z braci i ich rodzinami. Ale to było bez naszej emocji – absolutely very proper. Myśmy byli innym gatunkiem ludzi.

Słowiańskim?

Kiedyś zapytałem ojca, czy nie miał okazji wynieść się z Polski, by uniknąć tego całego dziadostwa komunistycznego, którego tak serdecznie nie znosił. Za młodu nie mogłem pojąć jego niechęci do wyjazdu za granicę. Sam byłem cały rozgrzany, by mnie wreszcie wypuścili i żebym gdzieś coś zobaczył...

No i dlaczego nie wyjechał?

Bo wstydził się przed światem, że przestała istnieć przedwojenna Polska, którą uwielbiał i która zawsze była dla niego odniesieniem. Za upokarzające uznawał delegacje zagraniczne z tymi całymi dietami.

Gdy drążyłem temat, dlaczego nie kombinował, by się stąd wydostać i ewentualnie mamę też wywieźć, a w konsekwencji my moglibyśmy urodzić się gdzie indziej, to mówił, że jest Polakiem. Ja: „Ale mamy niemieckie korzenie, nazwisko masz inne”. On na to, że jego rodzina zdecydowała, iż będą mieć polskie papiery.

O wojnie coś opowiadał?

Oboje rodzice nie chcieli o tym mówić. Istnieją tylko strzępy, zasłyszane opowieści. Mamy, która była pielęgniarką i w powstaniu opatrywała rannego ze strasznymi skaleczeniami. Ojca, usiłującego zapewnić byt i bezpieczeństwo bliskim. Babci, która podobno rodzinę wyratowała z jakiejś opresji, bo płynnie mówiła po niemiecku, i na Mokotowie najpierw nakrzyczała, a w rezultacie przegnała oficera niemieckiego. Takie cuda – ale nie wiadomo, ile jest w tym prawdy.

A o stalinowskim więzieniu ojciec opowiadał? W 1951 r. został aresztowany pod zarzutem kolaboracji – jego rysunki zostały wykorzystane za okupacji w niemieckich gazetach.

Miałem trzy lata, gdy go zamknęli. To są sekwencje, które odtwarzam z rozmów – byłem za mały, by to pamiętać. Najpierw miało go w ogóle nie być już po tym więzieniu, bo mama mówiła, że prokurator żądał kary śmierci. Dalej była mowa o dożywociu, a skoro dożywocie, to przynajmniej będzie żył i może się uda skrócić wyrok, a to dość szybko następowało. Potem być może opamiętali się prokuratorzy, że to, co mu zarzucają, nie jest żadną zdradą stanu.

W końcu objęła go amnestia w 1953 r. W latach 60. przyszło pismo o jego uniewinnieniu i zatarciu wyroku. Pamiętam radość w domu – ojciec od tego momentu mógł wpisywać w dokumentach, że nie był karany.

Jedno jedyne widzenie z nim pamiętam w Gęsiówce, bo tak wtedy mówiło się na to więzienie. W środku atmosfera średnio sympatyczna, a dla mnie dodatkowo nakładał się fakt, że mam zobaczyć ojca.

To chyba dobrze?

Pamiętam, że był strasznie zmarnowany i półprzeźroczysty, bo jeszcze gruźlicę złapał, więc nie był okazem zdrowia. Dotąd żyłem w takiej spokojnej świadomości, że mam matkę i prawdopodobnie ojca, ale wyłącznie słyszę o nim – jak marynarz wypłynął na długi rejs, gdzieś zniknął, nie wiadomo, czy będzie, czy nie będzie. Trzymałem się tego, że pod bokiem są dziadkowie i mama.

Pamiętam też troskę matki dokonującej cudów, by przekazać ojcu paczki. To były wyprawy koszmarnymi autobusami gdzieś pod Warszawę, by zdobyć jajko lub pomarańczę.

W więzieniu ojciec mógł malować?

Siedział z Alfredem Szklarskim, któremu też zarzucono kolaborację, bo niemiecka gadzinówka drukowała w odcinkach jego opowieści przygodowe. I oni dwaj w więzieniu stworzyli dla mnie dwie książki, m.in. były to wierszyki o zwierzątkach. Szklarski zajął się tekstem, ojciec spisaniem i ilustracjami. Oprawili książeczki w więziennej introligatorni; pamiętam fakturę twardego papieru. I nagle te książeczki zniknęły w czasie kolejnej mojej przeprowadzki. To nieprawdopodobna złośliwość losu, bo je chroniłem, wiedziałem, jakie są cenne. Te książeczki były też dowodem na to, że ojciec w więzieniu przejmował się tym, iż ma dziecko.

Żadnych innych artystycznych śladów z więzienia?

Jest jeszcze drewniana papierośnica, którą ojciec zamalował po swojemu.

A jego pracownia? Jak ją Pan zapamiętał?

Jak wyspę skarbów. Miejsce zupełnie różne od pokoju sublokatorskiego, w którym siedzieliśmy na kupie, a potem – od małego mieszkania. Ojciec ze swoimi gratami nie miał szans, by się tam zmieścić, więc przez znajomych znalazł pokój na Powiślu. I tam była cała masa kuszących mnie rzeczy – farby, pędzle, papiery. Pamiętam „Historię Piastów” Pawła Jasienicy. Dużo albumów etnograficznych, szczególnie ze strojami ludowymi oraz malarską sztuką. I książki ze zdjęciami, bo chciał zobaczyć jak najwięcej świata, mimo że nie podróżował. W pracowni ojciec miał lepsze radio od mojego. To mnie wkurzało.

Zrozumiałe!

To jego radio było dla mnie największą zagadką. Wiedziałem, że w pracowni ma radio, ale cała masa ludzi ma radio, które sobie brzęczy, jest tłem i już. A ojciec świadomie z niego korzystał i wiedział, czego w nim szuka. Poza tym był rozeznany w gatunkach muzycznych. Opowiadał też, jak doskonałe były przedwojenne big bandy w Warszawie i w ogóle w całej Polsce. Musiał się przyzwyczaić do ­rock’n’rolla, który mu dawkowałem w sporych porcjach.

Bardzo wierzył w to, co jest napisane na podświetlanej skali. Dawniej radio­odbiorniki, o czym już mało kto wie, miały szybkę, na której były napisane nazwy różnych miast, właściwie stacji radiowych. Gdy kręciło się gałką, a strzałka najeżdżała na nazwę, to powinno się tę stację złapać. To były głównie fale długie, średnie i krótkie, nie było UKF. Były szumy, zakłócenia i pory dnia, kiedy radio było lepiej słyszalne. Na niemieckich stacjach ojciec słuchał swojego ulubionego amerykańskiego jazzu. I, przypuszczalnie, polskich stacji też słuchał, ale nie pamiętam, by się wyrażał entuzjastycznie.

Samym misterium było szukanie stacji. Centralną część radia stanowiło magiczne oko – kółko z zielonym tłem. Kiedy robiło się intensywniejsze i zielone listki składały się w całość, to oznaczało, że był optymalny odbiór. W magiczne oko gapiłem się jak w telewizor.

 Kazimierz Mann (ojciec), Wojciech, Malwina (matka) i Marta (młodsza siostra), lata 50. XX w. / Z ARCHIWUM RODZINY MANNÓW
Od lewej: Kazimierz Mann (ojciec), Wojciech, Malwina (matka) i Marta (młodsza siostra), lata 50. XX w. / Z ARCHIWUM RODZINY MANNÓW

Kiedy opowiada Pan o ojcu, można zrozumieć, dlaczego w jego sztuce jest tyle barw i umowności. To w pewien sposób było dawaniem oporu dosłownej, zgrzebnej i byle jakiej estetyce komunizmu.

W tej chwili bym to inaczej nazwał, bo wszystko się zwala na komunę. Ale w dużej mierze chodzi o mentalność rządzących, narzucających społeczeństwu swoje rozwiązania. Istnieje typ ludzi pełnych kompleksów, bojących się otwartości, wyjścia w świat. Właśnie oni uwielbiają chować się w burych materiach, by przypadkiem nie błysnęło żadne światło. Bezpiecznie czują się w otoczeniu, w którym nie ma prawdziwej radości. Ojciec był na to szczególnie wyczulony. Nie chcę dorysowywać mu wizerunku bojownika o wolność... Nie był typem agitatora, który wołał na barykady. Miał wolność w sobie, o nic nie musiał walczyć.

I ten swój świat dzielił z nami. To wielka rzecz, że wychowaliśmy się z siostrą w kontrze do komunistycznego zaduchu.

Głośno narzekał na ten zaduch?

Miał swoich ulubieńców à rebours – nie znosił Władysława Gomułki. Za wszystko: za wizerunek, za mentalność, za decyzje, za język. Wyjątkowo działał mu na nerwy – jak gdzieś w telewizji się pokazał z przemówieniami, to ojca aż nosiło. Ale właśnie tacy ludzie dyktowali w tamtych czasach rozwiązania. Gdyby mu dane było dożyć jeszcze Solidarności, do tego pierwszego tąpnięcia w 1980 r., bardzo by się ucieszył.

Zmarł w połowie lat 70. Miał 65 lat. Gdy o tym myślę, to po prostu mną trzęsie, bo w dużej mierze na własne życzenie skrócił sobie życie. Nie miał żadnych drastycznych dolegliwości, gruźlica uspokoiła się, ale zaniedbał sprawy krążeniowe. Plus papierosy i kompletny brak opieki lekarskiej.

Zawsze podobały się Panu obrazy ojca?

Wśród nich żyłem, były naturalną częścią wystroju, specjalnie się nad tym nie zastanawiałem, wisiały w moim malutkim mieszkaniu. A potem, prozaicznie mówiąc, okazało się, że na ścianach domu, do którego się przeprowadziłem, jest więcej miejsca niż w poprzednim ciasnym mieszkanku. Wtedy uważniej zacząłem przeglądać teczki ojca. On je traktował nie jak kosz, bo to byłoby niewłaściwe, ale na zasadzie: coś tam wrzucę i niech sobie leży. Znalazłem tam zarówno niektóre z jego pięknych obrazów, jak i niedokończone szkice. Wtedy, czyli w końcówce lat 90., dopiero zacząłem sobie uświadamiać nie tylko, ile on potrafił zrobić, ale też ile z tych rzeczy zginęło.

Kazimierz Mann projektował i wykonywał polichromie w salach Muzeum Techniki w Warszawie. Zaprojektował mozaiki dla śląskich kopalń i opracowanie plastyczne dworców kolejowych: Warszawa Gdańska, Terespol, Sandomierz. Tytuły prac Pana ojca widnieją na listach dzieł zniszczonych i zaginionych – jego prace demolowano wraz z każdą zmianą dekoracji.

Pamiętałem projekty, które ojciec nosił do zamawiających instytucji, i prace, których powstawania byłem świadkiem. Dobrze pamiętam mozaiki i dworce.

Z czasem stałem się zachłannym zbieraczem prac ojca. Bardzo pomaga mi w tym żona. A w pewnym momencie włączył się w to wszystko Marcin, mój syn. Wyszukuje plakaty filmowe i kartki pocztowe, które projektował jego dziadek.

I?

I jestem tym niezwykle zbudowany. Zajmuje się rzeczami osoby, której na oczy nie widział. Oczywiście mogliśmy z żoną wykorzystać siłę perswazji rodzicielskiej łącznie z szantażem, by go ­zmuszać do tego typu działań, ale największą przyjemność sprawia, że nasz syn z własnej woli działa, w tym fotografuje dzieła dziadka. Czasem w żartach mówimy, że jak nas zabraknie, to Marcin tego wszystkiego nie wyniesie na śmietnik albo nie sprzeda za 50 zł, tylko będzie czuł wartość, choćby wyłącznie rodzinną. Ale nie rozmawia z nami za bardzo na ten temat, chyba uważa, że nie jesteśmy godni jego spostrzeżeń.

(Przysłuchująca się rozmowie Ewa Mann, żona, dodaje swoje spostrzeżenia.)

EWA MANN Marcin ma wyostrzony zmysł krytyczny. Czasami to się przydaje. Gdy wykonuje fotograficzną reprodukcję, poprawia niektóre zdjęcia po 15 razy. Ma być zrobione tak, by kolor był dobry.

Rozglądam się po ścianach Państwa domu i zastanawiam, czy wiszą tu inne obrazy niż te, które namalował Kazimierz Mann.

Może jakieś pojedyncze typu prezent lub pamiątka. To, co pani widzi, to dzieła mojego ojca.

Ma Pan ulubiony obraz?

O ten, proszę spojrzeć, nazywamy go ,,Smutny”.

EWA MANN: A ramiarz, do którego przywiozłam „Smutnego” prosząc, by go oprawił, powiedział mi, że on tu widzi starą kobietę. Ja też jestem skłonna ją zobaczyć w „Smutnym”. A ponieważ pod „Smutnym” stoi stoliczek i kładziemy tam różne rzeczy, więc się mówi: „Gdzie są klucze? A pod »Smutnym«”.

Kazimierz Mann „Smutny”. Własność Marty Mann i Wojciecha Manna
Kazimierz Mann „Smutny”. Własność Marty Mann i Wojciecha Manna

Dla mnie „Smutny” jest bardziej sceptyczny niż smutny. I wygląda, jakby chciał zapalić papierosa.

Może „Smutny” jest smutny, bo przestał palić... Drugi obraz, który bardzo lubię, to jest ta duża pani w kapeluszu kolorowym i ze skrzydłami. Jest jeszcze jeden ulubiony, a Ewa nie rozumie dlaczego – jej się nie podoba. Proszę zobaczyć, wisi w holu – ta pani z parasolką. Uwielbiam ją, bo ona najwyraźniej mnie lubi też. Na pewno to jest bardzo miła kobieta.

Ta miła kobieta wygląda jak z obrazów Renoira. Ale ta pani w kapeluszu i ze skrzydłami jest surrealistycznie zjawiskowa.

Jedną z bolączek ojca jako malarza, bo de facto był grafikiem, było to, że jego obrazki powstawały na papierze. Częściej używał plakatówek, rzadziej olejnej farby. Mama go czasem pytała: „Kaziu, dlaczego ty tak lekceważysz takie rozwiązanie jak malowanie na płótnie?”. Zbywał ją zwykle. I tę panią w kapeluszu też namalował na dykcie cholernej, która wyginała się od wilgoci. Trzeba było ją prostować, ramki, w które obraz teraz jest włożony, są przyzwoite, ale wcześniej okalały ją listewki na cienkich gwoździkach, zrobione przez jakiegoś amatora. Dostawałem szału, bo ten obraz niszczał na moich oczach, w końcu zająłem się jego renowacją. Właśnie taki był ojciec: miał ochotę namalować panią w kapeluszu, pod ręką była dykta, więc zabrał się do dzieła. W ogóle nie kombinował, jak archiwizować swoje prace. Do końca życia miał niesamowity potencjał – świadomość, że jak się coś zepsuło i połamało, to namaluje drugi raz.

Nie ułatwił Panu zadania w kompletowaniu jego prac.

Tu z pomocą przychodzi internet. To narzędzie nieporównywalne do czegokolwiek. Kłopot w tym, że ojciec nie wszystko podpisywał, wiele jego obrazków nie ma sygnatury. A kto będzie sobie zawracał głowę, czy to coś, co stoi pod szafą, namalował Kazimierz Mann...

A ja niemal bezbłędnie rozpoznaję każdy okres ojca.

Nigdy nie ma Pan wątpliwości?

Jest tajemniczy „Don Kichot”, obraz ojca najpóźniej przeze mnie zlokalizowany. Tu nie mam pewności, istniało podejrzenie, że namalował go brat ojca, Roman. Przyjąłem to za dobrą monetę, tym bardziej że obecny właściciel obrazu od razu powiedział, że nie ma mowy, by mi go sprzedał, i że jego ojciec dostał obraz osobiście od Kazimierza Manna.

Wielka szkoda, że Pana ojcu nie udało się pracować w filmie, w którym odnosił sukcesy jego młodszy brat. Kazimierzowi Mannowi odrzucono koncepcję kostiumów do „Faraona” Jerzego Kawalerowicza według powieści Bolesława Prusa.

Ojciec to bardzo przeżył. Nie mam pojęcia, czy Kawalerowicz, czy ludzie z nim współdziałający przy przygotowaniach do ekranizacji wystraszyli się wizji ojca. Ona nie była werystycznie przyklejona do rycin i obrazków egipskich. Tu się nie dogadali. Ojciec miał o to żal, był przekonany, że proponuje nową wartość. Do tego stopnia był zaawansowany w rozmowach z twórcami „Faraona”, że opowiadał mi nakręcony już początek filmu. Sądziłem, że mi bajer wstawia, a potem w kinie patrzę: było dokładnie tak, jak mówił. Więc spotkanie przy „Faraonie” nie ograniczyło się do tego, że ojciec narysował coś na serwetce. Powstało sporo egipskich przymiarek. I też wszystko zginęło.

Rozmawialiście o kinie?

Gdy byłem mniejszy, to raczej ja zabierałem ojca do kina, bo nie wiem, czy on koniecznie chciał obejrzeć film o przygodach Aladyna. Zmuszałem go również do tego, by chodził ze mną do teatrów kukiełkowych. Ale potem obaj bardzo lubiliśmy kino, tylko że to się zaczęło dziać w moim nastoletnim okresie. Na co mi był stary ojciec, kiedy miałem kolegów i mogłem z nimi na tym samym poziomie emocjonować się kryminałem czy westernem... Ojciec zaś mnie zaskakiwał, że go to też interesuje. A może nawet równolegle był na takim samym filmie co ja. Chyba do kina chodził sam. Więcej o kinie rozmawialiśmy, niż w nim wspólnie bywaliśmy.

Czego Pan dowiedział się o ojcu po napisaniu o nim książki?

Najpierw przestraszyłem się trochę, bo sam sobie zadałem pytanie: co on by powiedział, jakby to przeczytał? Ojciec swoje opinie wyrażał nie w sensie obwieszczenia, że tak ma być i już, tylko mówił, jak on myśli. To nie było brutalne, lecz bardzo logiczne. Nie był gościem, który coś picuje i poudaje. Był kulturalny i niezakłamany. Ale chyba dzięki temu, że w końcu zebrałem i to wszystko poskładałem, co mi w głowie chodziło na jego temat, przypomniałem go sobie lepiej i napisałem wedle najlepszej wiary mojej, nie koloryzując i miejscami nawet wyzłośliwiając się na jakieś przypadki z jego życia.

Z rybek w akwarium śmiałam się na głos. Pana ojciec był chyba bardzo uparty.

Gdybym wyrzucił rybki i jeszcze parę innych fragmentów o ojcu, to nadal by to była o nim prawda, ale niepełna. To nie był nieskazitelny artysta w berecie i z głową w chmurach. Był zwykłym człowiekiem, tyle że trochę niezwykłym. Po napisaniu tej książki zatęskniłem za nim bardziej niż kiedykolwiek. ©

WOJCIECH MANN (ur. 1948) jest dziennikarzem muzycznym, didżejem, żywą legendą Programu III Polskiego Radia (m.in. audycje „Zapraszamy do Trójki”, „W tonacji Trójki”, „Radio Mann”, „Bielszy odcień bluesa”), jest związany z tą stacją od końca lat 60. Jedna z najważniejszych osobowości telewizyjnych. Laureat wielu nagród (m.in. Superwiktora, AuTORytetu w plebiscycie MediaTory). W latach 80. był redaktorem naczelnym miesięcznika muzycznego „Non Stop”. Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się właśnie jego książka „Artysta. Opowieść o moim ojcu”.


CZYTAJ TAKŻE: 

JESZCZE NIE DRĘ SZAT. ROZMOWA Z WOJCIECHEM MANNEM Z 2016 ROKU >>>

Galeria zdjęć
  • Od lewej: Kazimierz Mann (ojciec), Wojciech, Malwina (matka) i Marta (młodsza siostra), lata 50. XX w. / Z ARCHIWUM RODZINY MANNÓW
  • Kazimierz Mann „Smutny”. Własność Marty Mann i Wojciecha Manna

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]