Tak, też byłem ministrantem. Z początku niezbyt typowym. Nauczyłem się ministrantury, oczywiście po łacinie. Było to bardziej skomplikowane niż dziś, po reformie liturgii. Służyliśmy do mszy św. z bratem, w ładnych, uszytych w domu komżach – ale służyliśmy tylko jednemu księdzu, który wtedy był także moim domowym nauczycielem. To był czas okupacji, „nasz” ksiądz z diecezji włocławskiej chował się przed okupantami w rodzinnym domu, na wsi. My byliśmy mieszkańcami pałacu.
Mój ojciec umiał służyć do mszy, raz byłem tego świadkiem. Doskonale pamiętam, jak wyszedł z kolatorskiej ławki, z rzymskim mszałem (po łacinie i po polsku), bez komży. Z tym grubym mszałem miał sporo chodzenia, przenosił go, podawał ampułki, odpowiadał po łacinie na wezwania księdza. Byłem poruszony. Jedyny raz widziałem tatę jako ministranta. Wkrótce potem zginął rozstrzelany przez Niemców.
Ostatnia msza, do której z bratem służyliśmy, odprawiana była w domu. Duży pokój dziecinny przerobiono na kaplicę, a za oknem, w ciemnościach, miała się zacząć ostatnia bitwa Niemców z armią radziecką. Była to jedyna msza św. w naszym domu. Niegdyś mieściła się w nim wprawdzie domowa kaplica, ale już nie za naszych czasów.
Potem nowa epoka, zamiast pałacu bardzo małe mieszkanko w niewielkim miasteczku. Sympatyczny ksiądz, ministranci... Wspomnienia się zatarły. Wracają dopiero te z okresu, kiedy minęła zima i przenieśliśmy się na przepisową odległość od naszego dawnego domu. Kościół był ważnym miejscem, a ks. Eugeniusz Żelazowski, wikary miejscowej parafii, stał się przyjacielem naszej rodziny. Cotygodniowe zbiórki ministrantów poświęcał na zabawy. Miały one głęboki sens wychowawczy – to był czas zaraz po wojnie i ten sposób prowadzenia kółka ministrantów był dobry i ważny dla nas, na różne sposoby jakoś przez wojnę dotkniętych.
O ministrantach pisze w tym numerze Stanisław Zasada, pytając, co młodych ludzi – dziś coraz częściej także dziewczęta – ciągnie do ołtarza. Mnie bycie ministrantem dawało wtedy poczucie przynależności do czegoś bardzo konkretnego. Gdzieś w głębi miałem zamiar zostać księdzem, ale nie było to decyzją ani nawet pewnością.
Dziś nikogo bym do bycia ministrantem nie namawiał (mnie też nikt nie namawiał), ale ministrantami bym się zajmował tak jak nasz ks. Żelazowski. Ani więcej, ani też mniej. Jedno jest dla mnie pewne: prowadzenie koła ministrantów nie powinno służyć łowieniu kandydatów do stanu duchownego. Dobrze, by było to miejsce wychowujące człowieka, ale bez przedwczesnego namaszczania go. W ogóle nie wiem, czy droga przez bycie ministrantem jest najlepszą drogą do kapłaństwa. Zresztą myślę dziś, że droga ta powinna prowadzić przez przynajmniej kawałek dorosłego życia.
Myślę o nowym pokoleniu księży. Niezależnie od tempa przemian w samej instytucji Kościoła, przewielebne duchowieństwo będzie inne niż dziś. Nie orzekam, czy lepsze, czy gorsze. Inne. Jeszcze kilka lat, a znikną awantaże materialne, zniknie – już zanika – odruchowy szacunek dla sukni duchownej. Księża będą świadkami wiary, wszyscy i wszędzie, nie przez kazania, ale przez swój sposób życia. Zawsze byli tacy, lecz nieliczni i uchodzący za dziwaków. Przyszłość będzie ich pełna. I Kościół dzięki nim znów się rozwinie.
Bo nadzieja przetrwania i rozwoju opiera się na wierze w Boga. Kościół będzie ulepszany ludzkimi metodami, ale w końcu Bóg straci cierpliwość, a przynajmniej uzna, że czas na taką ingerencję, byśmy ją wyraźnie poczuli. Przypomni o sobie. Bo chwilami zachowujemy się tak, jakbyśmy zapomnieli.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















