Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Miłość na Sycylii. I śmierć

Miłość na Sycylii. I śmierć

24.10.2016
Czyta się kilka minut
Jak wielka musi być Lampedusa, żeby grzebać uchodźców? – pyta Giusi Nicolini, burmistrz najbardziej wysuniętego skrawka Europy. Wyspy w kształcie trójkąta o podstawie 9 km i wysokości 2 km.
Trumny z ciałami ofiar, wyłowionymi z Morza Śródziemnego. Hangar lotniska na Lampedusie, październik 2013 r. Fot. Alberto Pizzoli / AFP / EAST NEWS
L

Lampedusa jest częścią Sycylii. Administracyjnie i kulturowo. Również językowo. Kiedy tonie łódź, od liczby ofiar zależy, czy ich ciała zostaną pochowane na wyspie małej czy wielkiej. Po katastrofie z 13 października 2013 r. kilkanaście gmin sycylijskich zaoferowało pomoc. Czyli miejsca na swoich cmentarzach.

Nie wszyscy uważają, że oddanie ciał na Sycylię było posunięciem słusznym. – Pomyśl – mówi Antonino Taranto, architekt, twórca lampedusańskiego Archiwum Historycznego – czy nie byłoby lepiej stworzyć odrębny cmentarz na naszej wyspie dla tych 368 ofiar? Mielibyśmy miejsce pamięci związane z naszą tożsamością ludzi, którzy od lat przyjmują żywych i umarłych. A tak...

Antonino opowiada o dźwigach, które zabierały trumny z hangaru. Ci, co przeżyli, uwieszali się trumien swoich bliskich, unosili się nad ziemią, póki starczało im sił. Potem upadali na ziemię. Ich płacz żałobny mieszał się z krzykiem fizycznego bólu.
Architekt zwraca też uwagę na inną konsekwencję rozproszenia grobów. – Rodziny – zauważa – szukają ciał swoich krewnych. Przyjeżdżają z Afryki albo z Europy Północnej, gdzie znaleźli pracę i dom. Nie wiedzą, gdzie są ich zmarli, jeżdżą więc od cmentarza do cmentarza.


Dziady. Recykling – czytaj nasz dodatek specjalny »


Jeśli jest ich niewielu, czasem uchodźców grzebie się na miejscu. – Lecz co znaczy niewielu? – pyta doktor Pietro Bartolo, miejscowy lekarz, który bada wszystkich przybyszów zza morza, i który długo walczył o korektę liczby ofiar z 3 października – z 366 na 368. Bo osobiście tylu się doliczył, i jeśli człowiek staje się liczbą, on upomina się o każdą z tych liczb. O każdą cyferkę. I razem z panią burmistrz próbują powiedzieć o każdej z ofiar tyle, ile się da. Na cmentarzu w Lampedusie znajduję kilkanaście epitafiów takich jak to:

„TU SPOCZYWAJĄ
Mężczyzna około 20 lat
Mężczyzna w wieku od 20 do 25 lat
Mężczyzna w wieku od 25 do 30 lat
Wszyscy pochodzenia prawdopodobnie subsaharyjskiego”.
Tyle co nic, ale więcej powiedzieć się nie da.

▪ ▪ ▪

– Jedź z nami do Mussomeli – mówi któregoś dnia Jarosław Fret, szef Instytutu Grotowskiego. Na początku września ma się tam odbyć spotkanie grup lamentacyjnych. Konfraterni z Sycylii, Sardynii i Korsyki, chór z Gruzji i kierowana przez Jarka wrocławska grupa Zar.

Jadę. Dla tych śpiewów. Dla wnętrza Sycylii, gdzie leży Mussomeli. Może głównie dlatego, że Mussomeli jest jednym z miast, które przyjęły ciała ofiar z 3 października.

▪ ▪ ▪

Jeszcze w samolocie, błyskawicznie, jak na skróconym kursie bliskości, zaprzyjaźniam się z Waldemarem Czechowskim, reżyserem filmów dokumentalnych, który ze spotkania lamentników będzie kręcił film.

Grupę z Korsyki spotykamy już na lotnisku w Katanii. Mamy jechać do Mussomeli tym samym busem, ale jednemu z korsykańczyków ginie walizka, czekamy więc razem kilka godzin, aż bagaż wróci z absurdalnej podróży do Rzymu. Pytają, co robię; mówię, że piszę wiersze. Wyciągam włoskie wydanie. Jean-Charles Adami, ewidentnie przywódca konfraterni, otwiera na „Trumnie z papieru”, mojej osobistej lamentacji po zmarłym ojcu. Czyta głośno, jego przyjaciele skupiają się wokół stolika.
Jean-Charles mówi, że i on stracił ojca.

– I ja – dodaje Anthony.

– I ja – rzuca Gererd. – Cztery miesiące temu.

– Pomódlmy się za naszych ojców – prosi Jean-Charles, i nikt z nim nie dyskutuje. Wydaje się, że chcą tego wszyscy. Jesteśmy wciąż na lotnisku, mijają nas ludzie z walizkami, torbami. Co chwilę pani z głośników zapowiada, że lot do Mediolanu będzie opóźniony, Rzym kończy odprawę, Paryż właśnie przyleciał. Jean-Charles, Gerard, Anthony, William i Nono obejmują się, śpiewają.

Słychać od razu, że jest to modlitwa. Słychać, że jest to modlitwa za zmarłych. Ich śpiew ma w sobie dostojną ludowość. Antyczną i morską. Kończą jeden śpiew, zaczynają drugi. Każdy z nich na czas jednej pieśni staje się przewodnikiem grupy.

Tym, do którego dostosowuje się reszta. Słowa ich pieśni są dobrze znanymi słowami łacińskich sekwencji, słychać w nich „miserere”, „stabat Mater”, „qui tollis peccata mundi”. Ale nie brzmią twardo, jak w rytuałach naszego Kościoła. Raczej miękko, prawie pieszczotliwe. Pewnie to również przez ich francuski akcent, ale nie tylko. Sposób, w jaki śpiewają, robi z pieśni żałobnych domową kołysankę.

Ludzie na lotnisku są zdezorientowani i wzruszeni. Wzruszeni przez tę dezorientację. Żegnają się, przystają, biją brawo. Jakaś kobieta prosi, żeby pomodlili się za jej zmarłego brata. Chłopcy biorą się za ramiona, śpiewają. Kobieta płacze. Waldek zaczyna filmować. Podchodzi dwoje policjantów. Mówią, że tutaj kręcić nie wolno.

– A czy można nagrywać głosy? – pyta reżyser. Wolno. Waldek pozostawia na stoliku tylko mikrofon.

▪ ▪ ▪
Droga do Mussomeli jest męcząca. Jest ciemno, nie jesteśmy w stanie docenić krajobrazu wnętrza wyspy. Zachłyśniemy się nim dopiero nazajutrz.

Kiedy zjeżdżamy z autostrady Katania-Palermo, wydaje się nam, że jedziemy po zboczu szorstkiej skały. Nie zdziwiłbym się, gdyby samochód zostawił na niej podwozie, a kierowca kazał iść dalej pieszo.

Po dwóch godzinach jazdy w sycylijskich ciemnościach widzimy w oddali dwie fontanny świateł. – Ta mała to Sutera – objaśnia kierowca. – A tamta to Mussomeli.

Korsykanie przysypiają, ale co jakiś czas budzą się do śpiewu. Jedna z pieśni brzmi wyjątkowo smutno. Smutniej niż wszystkie poprzednie. Pytam, dlaczego nie jest po łacinie.
– Bo to o miłości – odpowiada Jean-Charles.

▪ ▪ ▪

Nazajutrz widzimy miasto i pejzaż. Miasto jest wzgórzem usypanym ze starych domów. Pejzaż wygląda jak saraceński biwak w chwili, kiedy pod płaszczami budzą się wojownicy. Niekończące się namioty zielonych i kamienistych wzgórz. Albo kości ogromnego jaszczura. I kilka pojedynczych skał, nierealnie wystrzelonych pod niebo.

Spotykamy się w muzeum, przedstawiają się pieśniarze. Niekwestionowanym przywódcą spotkania jest Jarek Fret. Gościł wszystkie grupy we Wrocławiu, teraz doprowadził do ich spotkania na Sycylii.

Większość grup to bractwa hodowców, rolników, sprzedawców. Ludzi, dla których śpiew jest zajęciem drugim, ale nie ostatnim. Ćwiczonym i wykonywanym w czasie wolnym od pracy, która daje im chleb. Jeden po drugim podchodzą do mikrofonu liderzy konfraterni, mówią, skąd są i co robią. Korsykanie, dwie grupy z Sardynii, pięć z Mussomeli. Tak, pięć. Bo w tym małym miasteczku jest aż pięć konfraterni. Wszystkie mają własne barwy i symbole, własnych patronów i kościoły, przy których są ich oratoria. Najstarsza ma pięćset lat, najmłodsza o dwieście mniej. W moich niewprawnych uszach łączy ich jeszcze jedno – głosy zbliżone do wibracji beczącego kozła. Im bardziej gardłowe, tym bardziej przejmujące i doceniane. Przypomina mi się wiersz Umberto Saby o przywiązanej do drzewa kozie, która skarżyła się na semicki los.

▪ ▪ ▪

Grupami szczególnymi są Gruzini i Zar. Nie ma w ich śpiewie zwierzęcego pogłosu. Jest echo Boga wydestylowanego z bieżącego życia.

„Nasze poszukiwania – mówił Jarek Fret w wywiadzie dla „Teatru” – od początku kierowały się w stronę chrześcijaństwa wschodniego. Kościoły ormiański czy gruziński należą do najstarszych na świecie. Przetrwało tam wiele niezwykłych form muzycznych i nawet jadąc na Kaukaz pierwszy raz nie mieliśmy pojęcia o bogactwie tradycji swańskiej. Przedchrześcijańskie pieśni pogrzebowe Swanów od ponad dwóch tysięcy lat stanowią wyjątkowe narzędzie dla tej społeczności, formę odprowadzania duszy zmarłego, praktyki duchowej”.

W tym samym wywiadzie znajduję też próbę definicji śpiewu określanego jako zar: „Kolumna dźwięku – mówi szef Instytutu Grotowskiego. – Kolumna oddechów. Kolumna przeszłych i przyszłych pokoleń. Uwspólnione dźwięki w niezwykłej przyległości wibracyjnej, które koncentrycznie spajają społeczność na wielu poziomach, jak kręgi rozszerzającej się ludzkiej obecności – od śpiewaków aż po górskie szczyty. Tradycja tak stara, że praktykuje się ją w języku glosolalii, w darze języków”.
I dalej: „Kiedy dzielę się przekonaniem, że w teatrze muzyka może zmienić kolor palącej się świecy lub ostrość cienia aktora – to właśnie zar przynosi takie doświadczenie”.

Takie rzeczy mniej więcej mówi Jarek o Gruzinach, którymi się inspiruje, i o własnej grupie. To wiedza duchowa i laboratoryjna. Mistyczna. Wspieram się słowami z wywiadu Tomasza Kubikowskiego, żeby nie poplątać. Szef Instytutu Grotowskiego, pieśniarz, mówi precyzyjnie i jasno, w sposób, który wprowadza w rozumienie transowe, pozasłowne. Już niedługo przełożą mi się te słowa na śpiew. Tymczasem, kiedy opowiada o formie, którą nasze ciała są dla dźwięku i ciszy, słuchacze – praktycy pieśni żałobnej – dostają moment rozumienia własnego powołania. Tego, co robią w tradycji i w natchnieniu. W natchnionym przeżywaniu tradycji.

▪ ▪ ▪

Po prezentacjach i po obiedzie wszyscy chcą tego samego. Iść na cmentarz, gdzie leżą uchodźcy. Musimy jechać, bo cmentarz jest poza miastem, w cieniu jednej z wielkich skał.

Nowy cmentarz Mussomeli tworzą wysokie ściany, do których wsuwa się trumny albo urny. Alejki noszą nazwy nadziei: aleja Wieczności, aleja Raju, aleja Zbawienia. Płyty niewiele różnią się między sobą. Powtarzają się nazwiska i imiona zmarłych. Aż wreszcie nasz przewodnik w połowie jednej z cmentarnych uliczek pokazuje ręką na szczyt grzebalnego muru. Trudno z dołu doczytać się napisów, więc wspinam się na wysoką drabinę umocowaną na ruchomej platformie:

„Przyjaciołom z Afryki,
którzy utonęli przy Lampedusie
3 października 2013
i którzy tu spoczywają
Mussomeli 13-10-2013”.

Nie ma nazwisk. Są numery: 180, 215... Nie mogę się dowiedzieć, czemu odpowiadają. Ktoś sugeruje, że są to numery z listy ofiar tamtej katastrofy. Że pod tymi liczbami przechowywane są w zakładzie medycyny sądowej ich kody genetyczne. Tak, żeby rodziny, które odnajdą rodzinne DNA, mogły odnaleźć ich miejsce spoczynku.

Na kilku płytach są fotografie. Jak do legitymacji szkolnej czy pracowniczej. Na dwóch uśmiechają się twarze absolwentów college’u, w licencjackich czapkach.

– Te fotografie – mówi przewodnik – znaleziono przy nich. Porównano z twarzami zmarłych, ktoś stwierdził, że to właśnie ich zdjęcia. Twarze więc się zachowały, imiona i nazwiska nie.

– Kiedy Lampedusa zwróciła się z apelem do gmin sycylijskich – mówi Filippo, nasz gospodarz z najstarszej konfraterni – postanowiliśmy przyjąć ponad dwadzieścia ciał. Bo mamy własne groby, własne miejsca. To jedna z naszych podstawowych działalności: dawać groby tym, którzy nie mogą sobie na nie pozwolić. Zginęli 3 października, pochowaliśmy ich 13 października. Dziesięć dni różnicy. Jak widać, nie zastanawialiśmy się. Kto potrzebuje miłosierdzia bardziej niż ci biedacy...

– My, którzy żyjemy – wtrąca Jean-Charles, intonując „Miserere”. Ci, co są z nami, stają w luźnym kręgu i przyłączają się do śpiewu. To samo przy kolejnych grobach uchodźczych. To samo przy następnych.

– A teraz – szepce Anthony, ogromny hodowca o sercu baranka – zaśpiewajmy dla zmarłych braci z Mussomeli.

„Gdzie na krzyżu syn jej konał,
Stała matka zrozpaczona,
Zapłakana i bez sił.
A w jej sercu udręczonym,
Obolałym, zatrwożonym
Miecz nieubłagany tkwił.
Jakim bólem była spięta
Ta niewiasta, Matka święta,
Gdy jedyny konał syn...”

Po trzeciej zwrotce słyszymy szloch. Dopiero wtedy zauważamy dziewczynę, która siedzi na stopniu pod ścianą grobową.

Ujmuje dłonią swoje długie włosy, opadające na jej prawy policzek, i zaczyna wycierać sobie nimi łzy. Łzy i żałobny katar.

Wstaje, wyciera mokrymi włosami medalion na tablicy naprzeciw. – To moja siostra – mówi z płaczem. – Dziękuję.

„Jak truchlała, jak martwiała
Cicha matka, gdy widziała...”
– odpowiadają śpiewem chłopcy z Korsyki i Sardynii. Jeden z nich obejmuje dziewczynę lewym ramieniem i patrzy na zdjęcie.
– Była młodziutka – westchnął. – Powinna kochać, zamiast leżeć martwa w tej ścianie. I znowu intonuje. Inaczej:
„Idę szukać na niebie i ziemi,
Dniem i nocą mojego drogocennego
skarbu. Mój ból jest tak gorzki,
Że nawet śpiąc nie umiem wypocząć.
Przyjdź i wybacz mi, Kochająca
i Piękna, Przyjdź i ulecz moje nieszczęśliwe
serce...”. Hodowcy, rolnicy, sprzedawcy. Konfratrzy w miłości i śmierci śpiewają przez kilka minut zmarłej, pięknej dziewczynie z fotografii i jej siostrze, która tonie z żalu we własnych włosach mokrych od łez i żałobnego kataru.

▪ ▪ ▪

Nazajutrz, kiedy wspinamy się na szczyt Mussomeli ścieżką konfraterni, od najniższej Santa Maria delle Vanelle, do górnej Chiesa Matrice, mówię do Biagia Guerrery, sycylijskiego przyjaciela-poety: – Ja coś wiem o tych uchodźcach z cmentarza. Wiem, że kiedy leżeli martwi na pomoście Lampedusy, doktor Bartolo głaskał ich po policzku i chrzcił. Bo tak zawsze robi, kiedy niczego innego już zrobić nie może.

Biagio intonuje swój przepiękny wiersz „Idda”. O kobiecie, może o śmierci.

– Wiecie – odezwał się za naszymi plecami Jean-Charles – że kiedy umarł mój ojciec, byliśmy wszyscy przy nim. Słyszeliśmy jego oddech. Następnego dnia umyliśmy go, ubraliśmy. Przyszło do nas do domu chyba dwa tysiące ludzi. Tata leżał w otwartej trumnie, a ludzie stali i rozmawiali. O nim, o kimś, komu się urodziło dziecko, o tym, kto ma podagrę, kto grypę. Wychodzili, wchodzili, wracali. Kiedy kilka miesięcy temu umarł w Paryżu mój teść, nie mogliśmy do niego się zbliżyć. Umarł sam, bo nikogo nie dopuścili do konającego. Potem patrzyliśmy na niego przez szybę. Do dziś nie wiemy, czy umarł naprawdę, czy może to był tylko jakiś pokaz. Jakaś telewizja. Spektakl. ©

Autor jest dziennikarzem, poetą i publicystą. Jego książka o Lampedusie „Wielki przypływ” otrzymała właśnie Nagrodę im. Beaty Pawlak.


Dziady. Recykling – czytaj nasz dodatek specjalny »

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]