MAŁGORZATA NOCUŃ: Kiedy odprowadzasz swoją córkę do szkoły w śródmieściu Krakowa, przed gmachem mówisz: „No to pa”, ona się uśmiecha, uwalnia Twoją dłoń i znika za drzwiami, a Ciebie Porter – pies przewodnik – prowadzi dalej. Wyglądacie na bardzo szczęśliwych. W młodości czułeś, że chcesz mieć dziecko?
Jakub Stefańczyk: Tak, ale uważałem, że do siódmego roku życia wychowywać je będzie jego mama. Kasia, moja narzeczona, wytłumaczyła mi, że od początku wspólnie będziemy się o nie troszczyć. Niewiele brakowało, a z tego powodu uciekłbym sprzed ołtarza.
Bałeś się?
Bardzo. W pokoleniu moich dziadków, a także rodziców, znam niewielu dobrych ojców. Mało który jest zaangażowany w relacje ze swoimi dziećmi. Czułem, że i ja temu wyzwaniu mogę nie sprostać. Szczególnie przerażała mnie opieka nad niemowlęciem.
Pochodzę z Radomia, w moich okolicach żywy był zabobon mówiący o „schynięciu” dziecka. Niemowlę traktowane bez należytej delikatności – której brak objawiać się może np. nieodpowiednim sposobem ułożenia na rękach, a nawet nieodpowiednim spojrzeniem – stanie się płaczliwe, straci apetyt, zacznie chorować. Będzie po prostu „schnąć”. Nie wierzę w przesądy, jednak z domu wyniosłem przekonanie, że dzieci są niczym porcelana. Dotkniesz i rozsypią się w drobny mak.
Twoja córeczka urodziła się przez cesarskie cięcie. W czasie operacji siedziałeś pod salą, czekałeś, aż lekarz do Ciebie wyjdzie i powie, że Ewa jest już na świecie.
Kiedy to się stało, zapytałem, czy mogę się z nią przywitać. Usłyszałem, że oczywiście. Przyniesiono mi ją i ułożono na rękach. Była taka maleńka: jej główka opierała się o mój łokieć, a stópki sięgały nadgarstka. Wszystko, co teraz powiem, będzie truizmem i nie odda tego, co w tamtej chwili czułem. Świat się zatrzymał, a ja nagle przekonałem się, że mam w sobie niewyczerpane pokłady miłości do tego dziecka, i że jest ona absolutnie bezwarunkowa.
W kobiecie mężczyzna się zakochuje, bo uwodzi go jej piękno, charakter, intelekt, a dziecko kocha się, ponieważ pojawiło się na świecie. Poczułem – wręcz fizycznie, w mięśniach, kościach – że jestem odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo i użyję wszelkich swych sił, by ją obronić przed złem.
Z wykształcenia jestem historykiem, kiedy tuliłem Ewkę, zrozumiałem, dlaczego w starożytnym Rzymie istniał rytuał „uznania dziecka” – polegał on na podniesieniu wysoko noworodka przez ojca i pokazaniu go zgromadzonemu tłumowi. W tej chwili mężczyzna stawał się ojcem.
Poznając ją, słuchałeś jej oddechu, czułeś jej zapach?
Tak, ale byłem też przekonany, że takie maleństwo głośno krzyczy. A Ewa nie płakała, rozległo się ledwie kwilenie, takie cichutkie: „pi, pi, pi”. Wrzasnąłem na całą salę: „Niech ktoś do mnie przyjdzie!”. Usłyszałem kroki położnej, która po chwili zapytała, w czym może mi pomóc. Wytłumaczyła, że dziecko, które przed chwilą przyszło na świat, nie ma siły głośno płakać. Poza tym operacja cięcia cesarskiego nie była łatwa. Ewa nie chciała opuścić macicy – wychłodziła się i miała za chwilę trafić do inkubatora.
Sam urodziłeś się jako skrajny wcześniak, ważyłeś kilkaset gramów i mieściłeś się na dłoni, długo walczyłeś o życie w inkubatorze. Retinopatia wcześniacza – choroba wywołana tlenoterapią – odebrała Ci wzrok.
Kiedy przyszedłem na świat, lekarz powiedział mojej mamie: „Proszę się nie martwić, jest pani młoda, urodzi pani jeszcze”. Mama modliła się, żebym przeżył. Tłumaczono jej, że konsekwencją wcześniactwa może być czterokończynowe mózgowe porażenie dziecięce – choroba, która odbiera człowiekowi władzę nad ciałem – nie siedzi, nie porusza rękoma, nogami. Może także dojść do utraty słuchu i wzroku. Ale mama wciąż powtarzała: „Oby tylko nie umarł”.
Wzrok straciłem w pierwszych miesiącach życia, wcześniej lekarze zauważyli, że nie wodzę wzrokiem za przedmiotami. To był cios dla mojej mamy, a lęk o mnie zdominował jej życie. W wieku szesnastu lat byłem bardzo dobrze rozwinięty intelektualnie – mama dużo mi czytała, dbała, bym poznawał świat, ale nie umiałem posmarować kanapki masłem czy złożyć ubrań. We wszystkim byłem wyręczany. Kiedy poznałem Kasię, siedziałem zaszyty w czterech ścianach akademika i czytałem książki, od wielkiego dzwonu wychodziłem z białą laską na dwór. Od swojej przyszłej żony usłyszałem, że muszę się usamodzielnić.
Poznaliście się w krakowskim technikum dla osób niewidomych i niedowidzących.
Tak, Kasia jest osobą niedowidzącą. Nasza znajomość zaczęła się na potańcówce, nazajutrz umówiliśmy się na wspólne śniadanie. Dobrze nam się rozmawiało, lubiliśmy wspólnie spędzać czas, np. czytając książki.
Dokładnie pamiętam chwilę, w której się w niej zakochałem. Staliśmy naprzeciw siebie na dworcu i kupowaliśmy bilety na wspólną podróż, powiał wiatr, poczułem jej zapach. To było jak uderzenie „sycylijskim piorunem”, o którym pisał Mario Puzo w „Ojcu chrzestnym”. Pomyślałem: „To będzie moja dziewczyna”.
Po urodzeniu Ewy, kiedy położna wypowiedziała słowo „inkubator” – podobnie jak ponad ćwierć wieku wcześniej Twoją matkę – zdjął Cię lęk.
Zapytałem, gdzie znajdują się drzwi prowadzące do sali Ewci. Pokazano mi je, równocześnie instruując, że rodzicom nie wolno przekroczyć progu. Nie wahałem się ani chwili, nacisnąłem klamkę. Za plecami słyszałem krzyk położnej: „Proszę nie wchodzić!”, ale udałem, że nie słyszę. W końcu ktoś stwierdził: „Zostaw go, przecież widzisz, że wariat”. Zaprowadzono mnie do inkubatora, pozwolono dotknąć córeczki. Zapytałem nawet, czy jej oczy zostały odpowiednio zabezpieczone.
Później odwiedzałem Kasię i Ewkę na sali poporodowej. Dotykałem córeczki centymetr po centymetrze: główka, rączki, brzuszek, nóżki. Wtulałem w nią nos.
Nie miałeś obaw, że przez przypadek zrobisz Ewie coś złego?
Kupiłem specjalny leżaczek, by ją kąpać, niestety pewnego razu namydlona zsunęła mi się z rąk; od tamtej pory kąpała ją Kasia. Nauczyłem się przygotowywać mleko modyfikowane – żona wykonała specjalne nacięcia w strzykawce, dzięki którym odmierzałem odpowiednią ilość płynu. Uwielbiałem karmić Ewkę: siadałem w bujanym fotelu, zakładałem słuchawki i włączałem kryminał. Kiedy malutka zjadała mleko i zasypiała mi na klatce piersiowej, rozpinałem koszulę, a ona wtulała się we mnie. Przewijałem ją, przebierałem, usypiałem. Czasem Kasia się śmiała: „No jak te śpioszki ubrałeś? Przecież są tyłem do przodu!”. Czasem źle zapiąłem pampersa i mała się posikała. Ale ze wszystkim sobie w końcu radziłem.
Kiedy Ewa miała pół roku, moja żona poszła spotkać się z koleżankami. Zapytały, kto opiekuje się Ewką. Nie mogły uwierzyć, że została ze mną. Z facetem? W dodatku niewidomym?
Czy wiesz, jak wygląda Ewa?
Oczywiście. Ewa ma dziś osiem lat. Ma ładny, proporcjonalny nos, który odziedziczyła po mamie, regularne rysy twarzy. Kiedy się uśmiecha, w jej policzkach powstają małe dołeczki. Jest wysoka, ma długie smukłe nogi, lubi wiązać włosy w dwa kucyki. Jej dłoni nie pomyliłbym z dłonią nikogo innego. Kiedy milcząc, podaje mi ją, od razu mówię: „Cześć, Ewka”.
Niedługo zacznie dorastać.
Tak, już robi się dziewczęca. Staje przed lustrem, przymierza sukienkę za sukienką. Jest łobuziarą, ma też twardy charakter, więc ciężko jest jej w czymś ustąpić. Szanuję jej zdanie i nie mówię, że skoro jest dzieckiem, ma siedzieć cicho. Robi się teraz coraz bardziej samodzielna – należy do harcerstwa, jeździ na obozy.
Pewnie jak każdy ojciec czujesz niepokój o nią?
Boję się, że kiedyś będzie zagrażać jej jakieś niebezpieczeństwo, a ja jej przed nim nie obronię. Stanie się ofiarą hejtu w internecie, ktoś zaproponuje jej narkotyki albo wyrządzi inną krzywdę. Czasem myślę też, że źle się stanie, jeśli zatrzymam się w poznawaniu Ewki, utrwalę sobie jej obraz w głowie i przestanę postrzegać ją jako zmieniającą się osobę.

W jaki sposób opowiadasz Ewie o otaczającym ją świecie?
W wieku dwóch lat Ewa zaczęła mówić, wtedy też pojawiło się pytanie: „Tata, a cio to?”. Odpowiadałem: „Ewko, twój tata nie widzi”. „Wiem” – odpowiadała. „A cio to?”. Wówczas prosiłem ją, by dany przedmiot opisała. Czasem ktoś obecny w pobliżu – czy to w tramwaju, czy w parku – pomógł mi, odpowiadając córce w moim imieniu. Bywało też, że konfabulowałem.
Czy Ewa buntuje się przeciwko Twojej niepełnosprawności?
Kilka lat temu wybraliśmy się z przyjaciółmi na wakacje. W pensjonacie był szwedzki stół, poprosiłem więc Ewę, by nałożyła nam jedzenie na talerze. W pewnym momencie się zniecierpliwiła, powiedziała, że denerwuje ją, iż musi obsługiwać niewidomego ojca; inne dzieci nie mają takiego obowiązku.
Bardzo mnie to zabolało, ale pomyślałem sobie, że ona jest jeszcze małą dziewczynką, a ja obarczam ją być może zbyt wieloma obowiązkami. Powiedziałem: „Ewciu, rozumiem. Trochę mi przykro, ale sobie poradzę”. Przy następnym posiłku poprosiłem przyjaciół o pomoc, a nazajutrz Ewa powiedziała: „Tatusiu, przepraszam cię. Lubię ci pomagać, wczoraj byłam zmęczona. Nie fatyguj już cioci, to moje zadanie”.
Dawniej pytała, czy nie można przywrócić mi wzroku. Spokojnie odpowiadałem, że medycyna wciąż jest w tej kwestii bezradna. Chyba już pogodziła się, że jestem osobą niewidzącą.
Co najbardziej lubisz robić z Ewą?
Kąpać się w morzu. Mocno ją obejmuję, by nie porwał jej przypływ, albo trzymam ją w kole ratunkowym i podskakujemy, kiedy nadchodzi fala. Jesienią i zimą pływamy w basenie. Ewa biegle czyta i coraz chętniej sięga po książki. Ponieważ sam jestem molem książkowym, planuję wprowadzenie w domu „czasu wspólnego czytania”. Siądziemy obok siebie – ona po cichutku odda się swojej lekturze, a ja swojej, w alfabecie Braille’a.
Ewa bardzo kocha też konie i uczy się na nich jeździć, więc moim obowiązkiem jest zawożenie córki do stadniny.
Pewnie niepełnosprawność nie pozwala Ci towarzyszyć córce w niektórych czynnościach?
Wówczas proszę kogoś o pomoc albo za nią płacę. Marzę, by pojechać z Ewą na leśny biwak. Nie poradzę sobie jednak z rozbiciem namiotu i rozpaleniem ogniska. Może poproszę o wsparcie kolegę, który za mnie te czynności wykona, a ja będę gotować – jestem dobrym kucharzem.
Ewa czasem pyta: „Tata, mogę wejść na drzewo?”. Pozwalam na to, starając się ją asekurować, choć wiem, że sam powinienem na to drzewo z nią wejść. Bo takie rzeczy córki robią ze swoimi ojcami.
Niekiedy Ewa musi być bardziej zdyscyplinowana niż inne dzieci. Kiedy idziemy na plac zabaw, umawiam się z nią, że jeśli trzy razy krzyknę: „Ewcia”, a ona nie zjawi się przy mnie, to wracamy do domu. Rozmyślam, czy aby nie jestem zbyt surowy, czy nie trzymam się wyznaczonych zasad zbyt sztywno, po czym mówię sobie: „Trudno. Jesteś niewidomy. Nie masz alternatywy”. Brak zdecydowania może sprawić, że córce stanie się coś złego.
Niektórzy mówią, że dziecka nie da się upilnować. Tobie zawsze się udaje?
Ależ skąd. Kiedy Ewka była mała, wyczułem palcem, że w zabawce, którą przed chwilą miała w rączce, brakuje małej, okrągłej bateryjki. Zapytałem, gdzie jest, a ona odpowiedziała: „Tu”. Pomyślałem, że chodzi o usta, i strach mnie sparaliżował, ale na szczęście znalazłem ją w jej łóżeczku.
Innym razem szukałem skarpetek w szufladzie, spieszyłem się do pracy. Ewa siedziała zabezpieczona w łóżeczku: materacyk na najniższym poziomie, szczebelki. Nagle usłyszałem hałas, podbiegam do łóżeczka, było w nim pusto. Schylam się, a Ewka leży na podłodze i się nie rusza. Podniosłem ją, była jak lalka – sztywno zastygła w jednej pozie. Ale kiedy ją przytuliłem, z całych sił wydarła mi się do ucha.
Pewnego razu – wspinając się po półkach – weszła na szafę i znalazła się pod samym sufitem. Bała się, więc wtuliła się między ułożone tam plecaki i czekała, aż ktoś ją zdejmie. Wszedłem na drabinę, powiedziałem, by się we mnie wtuliła, i zeszliśmy razem.
Czy zdarza Ci się – w kontekście ojcostwa – przeklinać swoją niepełnosprawność? Czy też jesteś z nią pogodzony?
Niepełnosprawność przeszkadza mi w byciu tatą, bywa, że mnie irytuje, że z jej powodu jest mi bardzo przykro. Sprzeciwiam się narracji, którą czasem słyszę, że oto fakt, iż nie widzę, ubogaca moją rodzinę, że jest niemal czymś dobrym, że stanowi dar. Niestety, tak nie jest. Moja niepełnosprawność wiele odbiera mojemu dziecku i mojej żonie. Dlatego w obszarach, w których sobie radzę, staram się robić jak najwięcej. Zawsze mogę liczyć na wsparcie mojej żony i jej pomysłowość.
Niedawno Kasia i Ewa wybrały się na rowerową wyprawę, wróciły zmęczone, ale przeszczęśliwe. Trochę im tego pozazdrościłem. Kolejną wycieczkę spróbujemy odbyć wspólnie – ja z Kasią wsiądziemy na tandem, a Ewka pojedzie za nami.
Chyba niewielu rzeczy odmawiasz Ewie.
Kiedy sama opowiada o naszych przygodach, nie tylko dzieci, ale i dorośli jej nie wierzą. W przedszkolu nauczycielka wezwała mnie na dywanik i poprosiła, bym porozmawiał z Ewą, bo córka konfabuluje. Mówi, że w wakacje jedzie z tatą za granicę, nad morze i do dziadka w góry. „No wie pan…” – z zażenowaniem zawiesiła głos. Kiedy odrzekłem, że wszystko, co mówi Ewcia, jest prawdą, pani ze zdumieniem zapytała: „Pan tak sam z nią jeździ? Naprawdę?”. Zresztą, także w szkole chłopcy nie dawali jej wiary, powiedzieli, by „nie ściemniała”. Stwierdzili, że ze mną „nie da się tych wszystkich rzeczy robić”. Było jej przykro.
Dokąd wyjeżdżacie?
Kilka razy byliśmy w Holandii. Z żoną i znajomymi na Cyprze, niedługo jedziemy do Włoch. Kiedy lecimy za granicę, Ewa jest moimi oczami, trzyma mnie za rękę i mówi, co znajduje się w naszym otoczeniu; ja wtedy zajmuję się prowadzeniem rozmów w obcych językach. Na szczęście świat staje się coraz przychylniejszy wobec osób z niepełnosprawnościami: na lotniskach czy dworcach można poprosić o asystenta.
Czego nauczyła Cię Ewa?
Na pewno wyrabia we mnie dużo cierpliwości. Poza tym nauczyła mnie objaśniania trudnych rzeczy w prosty sposób. Pokazała mi również, że czasem nie wszystko musi wyjść dobrze i trzeba sobie dać prawo do błędu.
JAKUB STEFAŃCZYK z wykształcenia jest historykiem, nauczycielem i pedagogiem specjalnym. Pracuje jako przewodnik w Centrum Nauki i Zmysłów w Krakowie, pisze teksty publicystyczne i naukowe na tematy historyczne.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










