Reklama

Milczeliśmy...

Milczeliśmy...

05.06.2005
Czyta się kilka minut
W latach 1951-1953 na Węgrzech rządzonych przez reżim Rákosiego miała miejsce - unikatowa nawet w warunkach komunistycznych dyktatur - akcja wysiedleńcza.
Wysiedleni we wsi Kekfalu, 29 września 1951
W

Wysiedlano rodziny związane z przedwojennym rządem Horthy’ego, arystokratów, fabrykantów, bankierów, byłych wojskowych, urzędników, policjantów, właścicieli drobnych przedsiębiorstw, a także chłopów sprzeciwiających się przymusowej kolektywizacji.

József Saád w monografii “Wyrzuceni" pisze: “W latach powojennych - i później - akcje internowania wynikały albo z przyczyn ekonomicznych, albo były retorsją polityczną. (...) Główne formy wykluczania »reakcji« z życia obywatelskiego, pozbawienia jej statusu społecznego, takie jak legitymowanie czy sądy ludowe, przynajmniej formalnie spełniały wymogi praworządnych procedur. Internowanie, wyrzucanie z pracy, wysiedlenie okazały się jednak sposobem o wiele skuteczniejszym".

Mówi wysiedlony z okolic miasta Pécs, Pál Brauer: “Wszyscy wokół wiedzieli, że byliśmy praktykującymi katolikami, a to nie mogło się podobać. W dodatku mój ojciec był zawodowym oficerem. Po I wojnie światowej pracował dla wywiadu na terenie Rumunii, informacje o tej działalności znajdowały się w jego dokumentach. Policja i wojsko przyjrzały się jego przeszłości. Aha, no to mamy szpiega...".

Opracowań historycznych poświęconych temu fragmentowi najnowszej historii Węgier jest niewiele. Potwierdzają to Tibor Dessewffy i András Szantó w książce “Wybuch czujności": “Nadzwyczaj mało wiemy o rzeczywistych motywacjach Centralnego Kierownictwa partii Rákosiego. Żądza władzy, potrzeba uzależnienia od siebie, uległość - którymi tłumaczono działania politycznych przywódców - wydają się wyobrażeniem wyolbrzymionym i uproszczonym".

Zniszczyć miasto

Zaskakuje fakt, że wśród wysiedlonych z Budapesztu znalazło się wiele osób, które nie były właścicielami zajmowanych mieszkań. Głównym celem akcji nie było więc odebranie własności, ale zmiana społecznej struktury miasta - jedynego po regulacjach traktatu w Trianon dużego ośrodka miejskiego Węgier.

Mówi András Dabóczy, wysiedlony z Budapesztu: “Podczas oblężenia pocisk trafił w dom i kiedy w 1946 r. wróciliśmy na Węgry, większość uratowanych mieszkań była już zajęta i musieliśmy się wprowadzić do maleńkiej kawalerki na parterze. (...) Jedynym powodem wysiedlenia musiała być wojskowa przeszłość mojego ojca. (...) Był zawodowym oficerem, ukończył akademię wojskową, ale nigdy nie był na froncie. Podczas wojny pracował w ministerstwie. Kiedy po I wojnie światowej zredukowano armię węgierską, ukończył Akademię Sztuk Pięknych i pracował jako nauczyciel w szkole wojskowej w Sopron. W 1945 r. przeszedł na emeryturę jako oficer. (...) Kiedy nas wysiedlano, miał 53 lata i od 1947 r. przebywał w obozie pracy przymusowej w Recsk. (...) Wrócił stamtąd dopiero w 1953 r., kiedy na mocy ustawy zlikwidowano obozy pracy".

Wysiedlano nie tylko głównych najemców, ale także ich sublokatorów - a więc nie tylko najbogatszych. Sublokatorzy, o ile władze uznały ich za odpowiednich kandydatów, otrzymywali pokoje w innym miejscu. Albo szli na ulicę jako element nieodpowiedni. Nie figurowali w statystykach wysiedleń: byli jedynie ich “produktem ubocznym". Podobnie działo się ze służbą, której pracodawców wysiedlono. Choć znany jest mi przypadek, kiedy służba pozostała w mieszkaniu, a właściciele po powrocie z wysiedlenia dzięki “dobrotliwości" byłej służącej i jej nowego męża zajęli służbówkę.

Nadal nie są dokładnie ustalone dane liczbowe dotyczące deportacji. Według serwisów agencyjnych RWE z lat 1951-53 wysiedlono z Budapesztu ok. 40 tys. osób. Dane z poufnych raportów sporządzanych przez urzędników węgierskiego MSW mówią o kilkunastu tysiącach. Rozbieżności dotyczą również zawodowego przekroju wysiedlanych grup. Poufne raporty nie obejmują np. pracowników wymiaru sprawiedliwości, podczas gdy takie osoby znajdują się na listach wysiedleńczych sporządzonych przez Urząd Miasta.

Dokumenty pochodzące z lata 1951 r. mówią o pozyskiwaniu przez władze około tysiąca budapeszteńskich mieszkań dziennie. Te, które znajdowały się w eleganckich dzielnicach, przydzielano wysokim rangą członkom partii komunistycznej. Mieszkania o niskim standardzie dostawały rodziny biedne, co miało służyć akcji propagandowej.

Wiele świadczy o próbie utajnienia całego przedsięwzięcia (np. wewnętrzna instrukcja MSW, nakazująca taką procedurę wymeldowywania wysiedlanych, która nie ujawniałaby faktu deportacji).

Mówi Mária Schultz, wysiedlona z okolic miasta Pécs: “Kiedy we wrześniu 1953 r. weszło w życie rozporządzenie o zwolnieniu wysiedlonych, wszyscy wysiedleni musieli podpisać zobowiązanie, że świadomi odpowiedzialności karnej nigdy nie powiedzą nikomu o pobycie na wysiedleniu. Ja np. napisałam w życiorysie, że pracowałam w państwowym gospodarstwie rolnym, by zarobić na dalszą naukę. (...) Milczeliśmy o tym, aż do 1990 r.".

Wystarczy nakaz

Tempo, w jakim odbywały się wywózki, najczęściej nie pozwalało wysiedlanym na zagospodarowanie posiadanych ruchomości. Jeśli pozwalał na to czas, wysiedlani zostawiali je u rodziny lub przyjaciół. Władze najczęściej znały miejsca, w których przechowywana była własność deportowanych. Powstał też łańcuch państwowych punktów skupu, które za grosze skupowały wynoszone z mieszkań rzeczy.

Opuszczone mieszkania odwiedzały komisje złożone z pracownika Państwowych Komisów, zajmującego się wyceną pozostawionych ruchomości, oraz pracownika Rady Dzielnicy. Nie wiadomo, jaki był dalszy los pozostawionych przedmiotów. Właściciele nigdy ich nie odzyskiwali.

Mówi Mária Marcell Baros, wysiedlona z Budapesztu: “Matka, jako główna wysiedlona, mogła zabrać pięćset kilogramów, ja dwieście pięćdziesiąt. Ale w to wliczona była także szafa i łóżko. Przyjechali po nas w kilkoro, jacyś mężczyźni znieśli szafę i łóżko, wsadzili nas do ciężarówki z plandeką, jechaliśmy nieoświetlonymi ulicami, jak się potem okazało, na dworzec towarowy w Magdolnaváros. Nasze rzeczy załadowano do wagonu towarowego, nas do osobowego. Powoli przywożono kolejnych wysiedleńców. Był potworny upał, pociąg ruszył dopiero około południa, do picia mieliśmy tylko to, co zabraliśmy z domu, nie dano nam nawet wody. Wszystkim aż robiło się słabo z gorąca, ale nie pozwalano otworzyć okien ani drzwi. Na peronie stali awosze i jak tylko ktoś wychylił przez okno głowę, wrzeszczeli, że nie wolno".

Pál Brauer: “Moja siedemdziesięcioczteroletnia babcia jako ostatnia wychodziła z domu. W czarnej chustce miała trochę złota, pierścionki, sygnet, złoty zepsuty zegarek i kronikę rodzinną. Ubek wyrwał jej zawiniątko z ręki, mówiąc, że to przekracza dozwoloną ilość bagażu, i odniósł do domu. Być może po drodze po prostu włożył je do kieszeni".

Wysiedlenia odbywały się w oparciu o rozporządzenia z roku 1939, a więc o akty prawne, które weszły w życie w zupełnie innej sytuacji politycznej. Nie były poprzedzone żadną procedurą sądowniczą. Wystarczał nakaz, który w dodatku nie określał, jak długo zesłańcy będą zmuszeni przebywać w miejscu wysiedlenia.

Dlaczego władze komunistyczne powoływały się na przedwojenne akty prawne? Czy chciano w ten sposób dowieść kontynuacji prawnej przedwojennego państwa węgierskiego? Liczono na brak świadomości prawnej zastraszonego społeczeństwa? Albo też skutecznie zamykano dostęp do wykorzystywanych przepisów prawa? Na te pytania nie ma satysfakcjonującej odpowiedzi.

***

Dla tych ludzi wysiedlenia nie miały oblicza Temidy. Mówi Mária Schultz: “Pobudka o trzeciej nad ranem, apel, ustawiają nas piątkami, odliczają, jednej brakuje. Któraś wzięła dziecko na rękę, więc policzyli tylko dorosłych. Jeszcze raz, tak do szóstej. Od trzeciej do szóstej. Również w zimie. Osiemset osób. Drugi apel odbywał się wieczorem, ilu uciekło, kto się nie stawił. W naszym obozie zmarły dwadzieścia dwie osoby, jedną czy dwie zatratowały woły, jedną koń, trzy zakatowali policjanci. (...) Zimą 1951 r. wybuchła epidemia biegunki. Ważyłam 32 kg, byłam taka słaba, że ledwie trzymałam się na nogach, i w tym naszym wychodku spadłam z drąga prosto do kloacznego dołu".

Ilona Kiskéri Bócz: “Chciałam studiować. Ale kiedy w 1950 r. złożyłam dokumenty, natychmiast usłyszałam, że z takim życiorysem nie mam szans. A po powrocie z wysiedlenia musiałam utrzymywać matkę. Mojego brata po powrocie z wysiedlenia też nie przyjęto do gimnazjum. Wyemigrował w 1956 r. Wprawdzie w 1955 r. dostałam pracę, ale mogłam być tylko pracownikiem fizycznym. (...) Wszędzie musieliśmy ukrywać własną przeszłość. Do dziś, kiedy widzę na ulicy policjanta, cała się trzęsę".

Niedługo odejdą ostatni uczestnicy tamtych wydarzeń. I nic już nie wyjaśni czarnej dziury “gulaszowego komunizmu".

Elżbieta sobolewska jest hungarystką, tłumaczką literatury współczesnej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]