Pociemniało. Naszym skromnym zdaniem, można by jednak trochę odpuścić, jeśli idzie o czarne wizje po wygranej D. Trumpa. Nie chcemy się tu za bardzo narażać proponując kwadrans z uśmiechem, wiadomo bowiem, że dystans jest dziś ogromnie źle widziany. No więc powszechna skłonność do pozowania na skrzywdzone dziecko z jednej strony i niczym niehamowana egzaltacja polskiej prawicy z drugiej, są emocjami – jak dla nas tu ponuro siedzących – krępującymi. W sferze tych zachowań mamy do czynienia z powszechnym zdziecinnieniem, a określenie to w ogóle nie ma na celu dokuczania dzieciom.
Rzecz jasna, poza decyzjami o zasięgu globalnym i ich efektami w znaczeniu planetarnym, wygrana D. Trumpa zmienia też warunki we wszystkich mikrokosmosach, w tym w mikrokosmosie polskim. Zastanawialiśmy się przez ostatnie miesiące, jak zwycięstwo tego Amerykanina zmieni Polskę. Mieliśmy wrażenie, że jego stosunek do Rosjanina będzie nieco tonować zachowania naszych, zarówno rządzących, jak i nierządzących. Że oni jednak kojarzą, ile jest jeden dodać jeden. Były to jednak i wciąż są oczekiwania tzw. ściętej głowy. Nie ma w zasadzie wątpliwości, że nasi nie potrafią wykonać żadnego zadania umysłowego, w którym suma działań Rosjanina i Amerykanina może stwarzać pewne – użyjmy eufemizmu – problemy w funkcjonowaniu niepodległego państwa polskiego.
Zajawką tego, co nas czeka, która do nas dotarła po ogłoszeniu wyników, była informacja, że podczas sesji tutejszego parlamentu posłowie PiS-u, poniesieni wiadomościami zza oceanu, skandowali imię i nazwisko zwycięzcy amerykańskich wyborów. Sięgnąwszy zaś do tygodnia sprzed wyborów – warto przypomnieć coś à propos. M. Błaszczak, potencjalny kandydat PiS-u w wyborach prezydenckich, zaproponował, by po wygranej D. Trumpa premier Polski podał się wraz z całym rządem do dymisji. Oto prawdopodobnie w głowach tych ludzi granica pomiędzy naiwną demonstracją radości a hołdem wasalnym jest całkowicie zatarta.
Drugą ciekawostką, a jest to na razie plotka, choć z dużym potencjałem prawdopodobieństwa, jest wieść gminna, że mianowicie wygrana wyborcza D. Trumpa napawa A. Dudę i jego najbliższe otoczenie nadzieją na załatwienie sobie zagranicznych posad po zakończeniu ich pracy w Polsce. Trzeba powiedzieć, że pierwszy raz w życiu usłyszeliśmy, by prezydent jakiegoś kraju i jego urzędnicy snuli plany życiowe w tym guście i w takiej manierze, w oparciu o wyniki wyborów w innym państwie. Najpewniej skłonność do ostrego kombinowania jest jednak stemplem wytłoczonym w tutejszym genotypie. Jako się rzekło, jest to na razie plotka i byłoby to może i pocieszenie, gdyby nie fakt, że z plotek składa się nasza rzeczywistość.
Spróbujemy wypowiedzieć się teraz trochę szerzej, choć w zaledwie tylko jednej sprawie, a jest to ogólna zapowiedź prezydenta elekta. Otóż w swym pierwszym wystąpieniu D. Trump powiedział krótko: „Naprawimy wszystko”. Jest to – popatrzmy – synteza rzeczywiście wszystkiego, co najpotrzebniejsze. Ze świecą szukać lepszej obietnicy. „Naprawimy wszystko” to wzór zdania idealnego. Zapewne jest ono już drukowane we wszystkich językach świata i umieszczane w każdym poradniku każdego populisty – lewicowego, prawicowego i centrowego. Jesteśmy szczerze nim zachwyceni. Gdyśmy się zastanawiali, z kim D. Trump będzie „naprawiać wszystko”, że być może będzie to Rosjanin, a może i p. Czarnek jako prezydent RP, to straciliśmy wątek i musieliśmy skończyć pisanie na dziś, z myślą o jutrze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















