Między euforią a zwątpieniem

W 2003 roku Polska stanęła na europejskim ringu w wadze ciężkiej, mając siły na walkę w kategorii koguciej. Dziś już wiemy, że państwo z takimi elitami i równie sprawnymi instytucjami publicznymi nie może długo odgrywać istotnej roli w polityce międzynarodowej.

08.02.2004

Czyta się kilka minut

Cechą polskich dyskusji o polityce zagranicznej jest czekanie na przełom, gdy będzie można krzyknąć: “O to właśnie walczyliśmy!". Spragnieni sukcesów, poniewierani przez geografię i historię, chcemy w końcu móc triumfować. “Trwaj chwilo, jakaś piękna", zdawali się powtarzać politycy, gdy wchodziliśmy do NATO, ogłaszano wynik unijnego referendum i gdy poobijani, ale z tarczą wracaliśmy z Brukseli.

Jak na złość, sukcesy szybko się rozmyły. Zamiast grzać się w sojuszniczym cieple, marzniemy nękani przypływami atlantyckich pretensji, a przyjemność rozkoszowania się swym bezpieczeństwem wymieniliśmy na nadstawianie karku za wolność innych. Także Unia Europejska nas nie oszczędza. Nie dość, że ukazała janusowe oblicze - raz “duch Schumana", raz “duch Bismarcka" - to jeszcze jej część grozi stworzeniem nowej unii w Unii.

Trzeba mieć silne nerwy, aby przeżyć polskie sukcesy i ujrzeć ich długofalowe skutki. Jedni czekają na to z utęsknieniem, widząc 2003 rok jako preludium do mocarstwowej roli Polski w Europie - namaszczonej przez USA zapory przed francusko-niemieckim dyrektoriatem i politycznego lidera regionu. Zdaniem innych przyszłość przyniesie francusko-niemiecki rewanż, połączony z odwróceniem się od nas sąsiadów. W pierwszym wypadku przyczyną ewentualnej porażki będą “mocarstwa ościenne", w drugim “wina własna". Spór, czy rację mają “euro-realiści" czy “euro-romantycy" (i co to znaczy) jest więc nieunikniony.

Z drugiej strony, siła owego determinizmu myślenia zadziwia, jeśli wziąć pod uwagę, że od 1989 r. polskie sukcesy odniesione zostały w opozycji do “nauk historii" i na przekór sceptykom rodzimym i zagranicznym. Zakładając, że to patent na przyszłość, warto zastanowić się nad niektórymi aspektami polityki zagranicznej, aby niedawne intelektualne drogowskazy nie przemieniły się w polityczne koleiny.

Moment ku temu jest wyborny. W 2003 r. Polska stanęła na europejskim ringu w wadze ciężkiej, mając siły na walkę w kategorii koguciej. Stało się to nagle, trochę przypadkiem i przy dużym szczęściu, a to nie trwa wiecznie. Starczy przyjrzeć się sytuacji wewnętrznej, by zdać sobie sprawę, że państwo mające takie “elity" i tak “sprawne" instytucje nie może długo odgrywać istotnej roli w polityce międzynarodowej.

Bez względu na ocenę minionych miesięcy nie pokazały one, jak zagospodarować ów nagły przypływ znaczenia; jak wyjść z Iraku i nie wrócić do Kopenhagi lub Brukseli, nie znaleźć się ponownie w roli państwa nadrabiającego swe oczywiste słabości hardym stylem i uporem, ku - słusznej bądź nie - irytacji partnerów. Ewentualny kompromis w sprawie unijnej konstytucji niczego w tym względzie nie zmieni.

Koniec miodowego miesiąca?

Choć patrząc na Europę Wschodnią po 1989 r. Amerykanie widzieli dzielnych ludzi walczących o wolność, ich zachwyt nie przekładał się na aktywną politykę. Jak pisał w 1990 r. na łamach “Foreign Affairs" jeden z amerykańskich analityków, Waszyngton był bardziej obserwatorem niż uczestnikiem wydarzeń. Sytuacja zmieniła się wraz z rozpoczęciem procesu otwierania NATO: od roku 1993 do 2003 stosunki amerykańsko-polskie osiągnęły prawdziwy szczyt i... ujawniły omijaną przez lata prawdę, że to małżeństwo ma swoje problemy.

Gdy wśród polskich polityków i publicystów słychać utyskiwania - zwłaszcza teraz, po ubiegłotygodniowej wizycie prezydenta Kwaśniewskiego w Białym Domu - że Waszyngton nie okazuje wdzięczności za nasz wysiłek w Iraku, nad Potomakiem chętniej rozmawia się o interesach i finansach.

Czy problemy z wizami i z offsetem za F-16 przepełnią czarę goryczy? Jeśli tak, byłby to błąd, bo dobre kontakty z Waszyngtonem wciąż leżą w interesie Polski. To po prostu nasze oczekiwania wobec USA zostały wygórowane w sposób wręcz nieodpowiedzialny.

Jeśli większość polskich decydentów twierdziła, iż stoimy po stronie USA, bo podzielamy amerykański punkt widzenia na problemy świata, to głoszenie teraz, że “jeśli nie będzie kontraktu dla Bumaru, na pewno wpłynie to na stosunki polsko-amerykańskie" (premier Miller dla PAP) jest co najmniej dziwne. Szantażowanie strategicznego partnera w kontekście zapłaty za przyniesienie Irakijczykom wolności nie tylko nie wystawia dobrego świadectwa, ale świadczy o desperacji wynikającej z bezradności. Nie można też mieć pretensji do Amerykanów, że politycy polscy na widok Białego Domu popadają w stan euforycznego uniesienia, sprawiając na swych wyborcach wrażenie, że są w stanie za Atlantykiem osiągnąć wszystko. Czynienie teraz Waszyngtonu zakładnikiem własnych błędów jest po prostu niepoważne.

Z drugiej strony obecna administracja nie zdradza większego zainteresowania wypracowaniem planu politycznego wobec Polski czy całego regionu w obliczu rozszerzenia Unii. Za oceanem zwycięża też najwyraźniej podejście do Polski jako państwa, które powinno zacząć płacić swe rachunki, a nie nieustannie wystawiać faktury za wykonaną pracę. Bez amerykańskich pieniędzy nie można byłoby przecież przetransportować naszych wojsk do Iraku, tak jak bez kredytu od rządu USA nie moglibyśmy kupić F-16. A brak przygotowania polskiej biurokracji i przemysłu do wchłonięcia offsetu nie jest problemem Amerykanów.

Zderzenie polskich rozczarowań z amerykańskim znużeniem może przynieść - paradoksalnie - pozytywne rezultaty. Pod warunkiem wszakże, że obie strony przestaną brnąć wyłącznie we współpracę w obszarze “twardego" bezpieczeństwa. Koncentrowanie się na przenoszeniu baz wojskowych czy budowie systemu obrony przeciwrakietowej nie da politycznych impulsów na przyszłość.

Niezbędna jest zatem po stronie polskiej “demilitaryzacja" myślenia o wzajemnych stosunkach, jeśli sojusz z USA ma nam przynieść wzrost znaczenia w UE i zwiększyć szanse na utrzymanie Ukrainy i Białorusi na europejskim podwórku.

"Gadana" polityka

Gdyby polskie zaangażowanie w sprawy Ukrainy czy Białorusi mierzyć liczbą publikacji i konferencji, moglibyśmy spać spokojnie. Niestety stają się one smutnym przypomnieniem ogłoszonej trzy lata temu na łamach “TP" przez Bartłomieja Sienkiewicza tezy, że Polska nie ma wpływu ani na procesy demokratyzacyjne w tych społeczeństwach, ani na stopień ich samoświadomości narodowej.

Co gorsza, jeśli przeanalizować obecną sytuację za wschodnią granicą, trudno nie zastanowić się, czy przypadkiem “lepiej już nie było". Ukraina ześlizgnęła się w stronę autorytarną, Kuczma postawił na Rosję, a deklaracje Kijowa o wyborze euroatlantyckim mało kogo już przekonują. Białoruś od lat stoi w miejscu. Mołdawia może stać się miejscem kolejnego zarządzania kryzysowego OBWE lub UE, bo polityka władz Naddniestrza - tej nie uznającej zwierzchności Kiszyniowa “czarnej dziury" na mapie regionalnego bezpieczeństwa - zaczyna niepokoić Zachód. Nie wiadomo, dokąd podąży Gruzja pod rządami nowego prezydenta. Pewne jest tylko, że nad tym wszystkim unosi się duch “oświeconego absolutyzmu" prezydenta Putina.

Oczekiwanie, że Unia otworzy przed Polską szansę przełamania obecnych tendencji na Wschodzie, jest bezpodstawne. Trudno też oczekiwać, że Waszyngton czy zachodnie stolice będą walczyć z Putinem o zakończenie wojny w Czeczenii albo o wolność prasy w Rosji, o mieszaniu się w sprawy Ukrainy nie wspominając. Dla większości polityków świata zachodniego “stabilizacja" jest dziś ważniejsza niż “demokratyzacja". Tak było też na początku lat 90. w odniesieniu do Europy Środkowej, ale wtedy społeczeństwa regionu odrzuciły ten wybór. Kto ma to zrobić za Ukraińców czy Białorusinów?

Niestety, w polityce wschodniej nie ma teraz miejsca na wielkie projekty. Realnym wkładem Polski mogą być dwie rzeczy. Przede wszystkim staranie się, aby problemy naszych sąsiadów nie spadły z tzw. europejskiej agendy. Nie jest to proste zadanie. Nie tylko dlatego, że większość zachodnich społeczeństw nie interesuje się losem Czeczenii czy Białorusi. To wyzwanie dla Polski, która będzie musiała dalej poszukiwać “złotego środka": rozwijać oficjalne kontakty bez szkody dla lokalnych opozycji. W przeciwnym razie możemy popaść w fatalny dylemat: albo otwarty sprzeciw i okopanie się na swych pozycjach, albo przymykanie oczu i liczenie np. na rosyjskie kontrakty (wizyta Putina w Polsce w 2002 r. pokazała, że ostatni sposób myślenia ma swych wyznawców i nie jest to wyłącznie problem lewicy).

Drugą sprawą jest dołożenie starań, aby nasze wschodnie województwa w szybkim tempie stały się, z pomocą unijnych funduszy, oknem wystawowym Zachodu, ukazującym inną drogę rozwoju niż tkwienie w euroazjatyckiej biedzie.

Poza tym możemy tylko czekać.

Polityka zamiast geometrii

Wydarzenia roku 2003 spowodowały niespotykane dotąd zainteresowanie Polską - i po raz pierwszy od lat spotkanie w ramach Trójkąta Weimarskiego wynikało z potrzeby rozwiązania prawdziwych problemów, a nie gestu wobec młodszego brata. Ale to jeszcze nie powód, by ogłaszać zmartwychwstanie tego gremium.

Trójkąt Weimarski jest produktem początku lat 90., gdy na fali euforii po 1989 r. jak grzyby po deszczu powstawały różne inicjatywy regionalne. Celem było tworzenie nowej geometrii politycznej Europy. Był to czas, gdy NATO przeżywało kryzys tożsamości, a Mitterrand mówił o idei europejskiej konfederacji, by uprzedzić nacisk nowych demokracji na rozszerzenie Wspólnot Europejskich. Jednak gdy okazało się, że pukanie do drzwi obu organizacji wzmaga się, myślenie to zaczęło tracić poparcie.

Nie inaczej stało się z Weimarem, konstrukcją od początku wadliwą: Paryżowi bardziej niż na Polsce zależało na kontroli niemieckich poczynań na Wschodzie; w Bonn traktowano Trójkąt jako alibi do działań za Odrą i gest wobec Warszawy; ta ostatnia chciała w nim widzieć polityczny wehikuł dla aspiracji euroatlantyckich. Ale przy rozszerzeniu NATO i Unii Weimar nie spełnił tej roli: w pierwszym wypadku zadecydowały USA (i Niemcy), w drugim skończyło się na francusko-niemieckiej opozycji wobec Polski (lub na odwrót).

Teraz jest szansa, by było inaczej. Ale stanie się tak, jeśli oczekiwania będą skrojone na miarę możliwości, a różnice między Polską, Francją i Niemcami otwarcie artykułowane. Do tego trzeba woli, panowania nad emocjami i znajomości telefonów odpowiednich ministrów. Złudzeniem jest wiara, że Weimar może funkcjonować w oparciu o wspólne deklaracje, bo wszyscy chcą przecież silnej Unii czy dobrych relacji z USA. Różnice są ciekawszym polem współpracy i nie zostawiają miejsca na pozorne kompromisy. Nie jest też właściwe programowanie Weimaru pod kątem konkretnych spraw, jak wspólna polityka rolna czy polityka wschodnia Unii. Ich pojawianie się winno wynikać z dynamiki dyskusji, a ta nie musi prowadzić do szukania rozwiązań akurat na forum Trójkąta.

Trójkąt ma szanse istnieć bardziej jako sposób myślenia o tym, jak mimo różnorodności ocalić europejską spójność przed rozpadem na “południe", “zachód" i “wschód", niż jako byt organizujący polską politykę. To samo dotyczy idei rozszerzenia Weimaru o Wielką Brytanię, co sugerują w tych dniach były prezydent RFN Richard von Weizsäcker i kandydat na ten urząd Wolfgang Schäuble. Geometria polityczna może jedynie odzwierciedlać rzeczywistość, ale jej nie stworzy.

Myślmy na nowo

Tłumacząc kiedyś paradoksy polityki Niemiec Zachodnich przed zjednoczeniem, publicysta Josef Joffe pisał, że kierowała się ona strategią misia Yogi: “Jeżeli widzisz, że droga się rozchodzi, po prostu pójdź tamtędy". W polityce polskiej to, co było rozstajem dróg, długo traktowano jak autostradę, prowadzącą do jednego celu

Po 1 maja tego roku pokusa myślenia życzeniowego będzie jeszcze większa. Nowe możliwości w połączeniu z pobudzoną dumą narodową będą wzmagać presję na zrobienie wszystkiego, czego do tej pory nie udało się osiągnąć, używając pojęć i konstrukcji z minionej dekady. Tymczasem wszystko trzeba na nowo przemyśleć, a czasami po prostu wymyślić.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2004