Zuzanna Radzik: Jak to się wszystko zaczęło?
Martha Heizer, działaczka: Z Kościołem katolickim? Mój pierwszy kontakt nastąpił nieświadomie, ochrzczono mnie kilka godzin po narodzinach. Bez matki, która musiała pozostać w łóżku, ale chrzest był w tych czasach bardzo ważny, bo gdybym umarła, nie mogłabym dostać się do nieba.
Urodziłaś się w Tyrolu pod koniec lat 40. Rodzice byli bardzo religijni?
W każdą niedzielę chodzili na mszę, a rano, wieczorem i przed posiłkami modliliśmy się. Ale to wszystko. Nie rozmawiali o tym zbyt wiele ani nie mówili mi, jak mam się zachowywać zgodnie z zasadami chrześcijaństwa, poza tym, że mam kochać bliźnich.
Co sprawiło, że stałaś się buntowniczką w Kościele?
Kiedy miałam 18 lat, zostałam liderką katolickiej organizacji młodzieżowej w Tyrolu. Wtedy poznałam przywódców naszego Kościoła w mojej diecezji. Zobaczyłam, jak bardzo są ludzcy i jak wiele błędów popełniają w swoim życiu. Nie miałam pojęcia o teologii poza tym, czego nauczano mnie w szkole, ale wiedziałam, że coś jest nie tak. Zaczęłam więc z nimi dyskutować.
Potem miałam okres, kiedy byłam dość daleko od Kościoła – studiując psychologię i pedagogikę, poznałam myśl Marksa i Freuda. Następnie poznałam mojego przyszłego męża, który studiował teologię. Był bardzo krytyczny wobec tej teologii, której musiał się uczyć.
Czyli studia oddaliły Cię od Kościoła.
Zawsze chodziłam w niedzielę na mszę świętą, ale w głębi serca nie byłam zbyt zaangażowana. Potem urodziły się nasze dzieci, co przyjęłam z pokorą i wdzięcznością, i co doprowadziło mnie do intensywniejszej modlitwy i pogłębienia relacji z Jezusem.
Macierzyństwo spowodowało Twoje nawrócenie?
Może to zbyt daleko idące stwierdzenie… Ale tak. Przeżyłam kilka ważnych doświadczeń związanych z Bogiem. Nie potrafię tego opisać, nie potrafię wyjaśnić, ale doskonale pamiętam, gdzie i w jakich okolicznościach to się wydarzyło. Nawet po tylu latach.
Miałam poczucie, że Jezus potrzebuje mnie dla swojego Kościoła. Wcześniej był czas, kiedy chciałam odejść, mówiłam: „Nie, ten Kościół nie jest dla mnie. Ta mizoginia i niedemokratyczne sposoby działania hierarchicznej instytucji”. Ale po tym doświadczeniu i kolejnych musiałam zostać.
Skąd wzięło się to poczucie, że to jest Twój Kościół?
Z doświadczenia Boga.
Więc to nie teologia, koncepcja czy książka religijna Cię przekonały?
Nie, nie była to żadna konkretna książka ani nic w tym rodzaju. Oczywiście Sobór Watykański II był ważny, choć kiedy się zakończył w 1965 r., miałam tylko 18 lat. Bardzo ważne było również „nie” dla pigułek antykoncepcyjnych. Wiedziałam, że jest złe. Dlaczego nas nie słuchają? I dlaczego my mamy ich słuchać? Wiedziałam, że muszę powiedzieć, co myślę. Że to ważne, aby oficjalnie, na piśmie, ktoś wyraził swój sprzeciw. Mój mąż mnie wspierał i wyjaśniał mi te kwestie. Zawsze walczyliśmy razem. To też pomaga, prawda?
Jesteście do dziś rodziną reformatorów Kościoła.
Mam kilka przyjaciółek, które nie mają wsparcia ze strony mężów. Myślę, że są bardziej odważne, bo są w swoich działaniach samotne. Mamy grupę, jesteśmy rodziną reformatorów na całym świecie. Ale to osobiste wsparcie... Nie wiem, czy miałabym siłę, żeby to robić bez niego.
Mówisz o ruchu „My jesteśmy Kościołem”, którego jesteś współzałożycielką?
Tak. Oraz innych organizacjach projektujących zmianę w Kościele. Nasz ruch powstał w 1995 r. w reakcji na skandal związanym z molestowaniem kleryków przez arcybiskupa Wiednia kard. Hansa Hermanna Groëra. Mój przyjaciel uznał, że trzeba coś zrobić, i poprosił mnie i mojego męża o pomoc.

Gdy zaczynaliśmy, nie mieliśmy pieniędzy, komputerów ani telefonów komórkowych i było nas tylko troje. Pracowaliśmy dzień i noc przez wiele miesięcy. Zaczęliśmy w kwietniu, a w czerwcu zebraliśmy ponad pół miliona podpisów. Austria nie jest tak duża. Chciałam pokazać, że to my jesteśmy normalni. I że jest nas wielu. Zadziałało.
W jakim sensie zadziałało? Po 31 latach dalej zmagasz się z tymi samymi problemami.
Udało nam się zmobilizować pół miliona ludzi w małym kraju. Okazało się też, po latach, że Droga Synodalna w Niemczech doszła dokładnie do tych samych wniosków, co my wtedy. Podobne tematy dyskutowane były też na synodzie o synodalności.
Co znaczy, że Wasze postulaty wciąż nie zostały zrealizowane.
Najważniejsze, że ludzie są bardziej świadomi swoich praw. Czują się uprawnieni do robienia tego, co uważają za słuszne i zgodnie ze swoim sumieniem. No i są znacznie bardziej krytyczni wobec decyzji hierarchii. Dla mnie to ma większe znaczenie, niż to, co dzieje się w Watykanie. Nie oczekuję już niczego od biskupów.
Co się zatem liczy?
Że ludzie mają odwagę robić rzeczy, na które nie mieli odwagi 30 lat temu. To nie tylko nasza zasługa, wiem, bo społeczeństwo się zmieniło. Ale sądzę, że mieliśmy w tym spory udział.
Chciałaś zostać kobietą-księdzem?
Kiedy miałam 18 lat, może tak. Ponieważ uważam, że to sensowna praca. Pracujesz w parafii, opiekując się ludźmi w bardzo egzystencjalnych sytuacjach. To ma sens! Obiecywać pomoc i łaskę Boga, rozmawiać z nimi, towarzyszyć. Ale nigdy nie zależało mi na byciu alter Christus przy ołtarzu i mówieniu „to jest moje ciało”. Nie, to nie było dla mnie.
Ale zostałaś ekskomunikowana wraz z grupą przyjaciół za odprawianie mszy. Jak do tego doszło?
Przez ponad 20 lat prowadziliśmy z mężem bardzo intensywne życie parafialne. Mieliśmy krąg modlitewny i chór kościelny. Wiedzieliśmy, gdzie leży klucz do tabernakulum, i kiedy przychodziliśmy w nocy do kościoła, otwieraliśmy tabernakulum, aby się modlić.
Byliśmy bardzo tradycyjni. Nasze mieszkanie było zawsze pełne ludzi. Wpadała młodzież, która przygotowywała muzykę na Eucharystię, mój mąż bardzo dobrze gra na gitarze. Z kolei ja bardzo dbam o język, który musi być zgodny z tym, co się chce powiedzieć. Pomagałam im z tekstami. Zawsze przychodzili ludzie po błogosławieństwo. Jeśli byli chorzy, przychodzili do nas. Organizowaliśmy uroczystości i modlitwy o uzdrowienie. Czasami przynosiły skutek.
Brzmi jak klasyczna, charyzmatyczna grupa parafialna.
Mieliśmy piękne doświadczenia, które były bardzo pomocne dla nas samych, dodawały nam sił. Robiliśmy to przez długi czas. Mieliśmy księdza, który nam towarzyszył, trochę podążając za nami i ciągle pytając, czy może to, czy tamto zrobić. To była grupa około 70 osób, dorosłych i dzieci, które pracowały razem. Mieliśmy też mniejszą grupę, około 40 osób, które wyjeżdżały razem na wakacje. To było naprawdę dobre doświadczenie. Wiedzieliśmy, czym może być wspólnota uzdrawiająca. Znaliśmy różne charyzmaty jej członków.
Doświadczyłaś żywego Kościoła?
To było bardzo, bardzo ekscytujące. Ale nasz ksiądz zachorował i zmarł. Był poniekąd mediatorem w naszej wspólnocie, więc gdy go zabrakło, ta się rozpadła. Przetrwało tylko nasze koło modlitewne, ale wspólnota już nie. Ale mieliśmy tak wiele bardzo dobrych doświadczeń, że wiemy, jak powinno być. Dzięki tym wspomnieniom wiemy, jak można być Kościołem.
Zaczęliście odprawiać Eucharystię sami?
Musiało upłynąć trochę czasu. Około 10 lat. Ustaliliśmy specjalne sposoby celebrowania Eucharystii bez używania słów, które są niedozwolone. Wiedzieliśmy dokładnie, jak to robić.
Błogosławiliście chleb i wino?
Tak, ale bez słów konsekracji. Po prostu modliliśmy się spontanicznie. W naszym małym kręgu modlitewnym, w którym jest tylko pięć osób, pojawiły się pytania, dlaczego nie doświadczyć tego w pełni? Skoro to sprawia, że czujemy bardzo intensywną więź z Jezusem. Dlaczego nie mielibyśmy tego robić tak, jak robi to Kościół? Ale nie chodziło o to, by używać dokładnie tych samych słów, co kapłan podczas mszy. To nie było ważne. Robiliśmy wszystko bez pisemnych tekstów.
Tak po prostu?
Nasz biskup wiedział o tym od dawna. Pracowaliśmy w instytucjach kościelnych, ja byłam w diecezjalnej komisji kobiet przez 12 lat, a mój mąż pracował w organizacji mężczyzn. Znali nas bardzo dobrze, biskup wiedział o naszych Eucharystiach.
To skąd ta ekskomunika?
Dziennikarka z austriackiej telewizji przyszła do nas z pytaniem, czy mogą sfilmować nasze Eucharystie, o których gdzieś usłyszała. Odmówiliśmy, nawet nie ze strachu, tylko dlatego, że nie lubimy być w centrum uwagi, ani żeby patrzono na naszą modlitwę. Ale ona była nieustępliwa.
Po kilku miesiącach jedna z nas powiedziała: „Jeśli jesteśmy do tego powołani, musimy powiedzieć »tak«. To kwestia prawdy”. Wtedy się zgodziliśmy. Gdy znaliśmy datę emisji, uprzedziłam naszego biskupa. Od razu powiedział: „No wiesz, teraz już będę musiał zareagować”. Odpowiedziałam: „Wiem. Ale co jeszcze powinniśmy zrobić, aby zmienić nasz Kościół?”.
I co działo się dalej?
Minęły trzy lata, zanim otrzymaliśmy list od biskupa z prośbą, byśmy do niego przyszli. Zastanawialiśmy się, czy powinniśmy? Byliśmy jednak ciekawi, co się wydarzy. Biskup powiedział na początku, że to dla niego bardzo trudne. Ale zaraz dodał: „Jesteście ekskomunikowani”. Powiedzieliśmy: „OK” i chcieliśmy wyjść. Był zaskoczony, bo mieliśmy 10 dni, by się wycofać. By powiedzieć, że nie byliśmy w pełni władz umysłowych i że nie będziemy tego więcej robić. Wtedy ekskomunika zostałaby zniesiona. Ale tego nie zrobiliśmy.
Gdybyście nie wpuścili dziennikarzy, Wasz biskup po prostu by to ignorował?
Tak. W Kościele katolickim można robić, co się chce, tyle że nie można o tym mówić. Ale my uznaliśmy, że właśnie jest ważne, by o tym mówić.
Jakie są tego konsekwencje?
Nie żyjemy w średniowieczu. Nasze codzienne życie i życie religijne nie zmieniły się. Jeśli już, to na lepsze. Nie wolno mi wygłaszać przemówień w kościołach, w domach studiów i podczas rekolekcji. Nie zapraszają mnie, ale przez całe życie wygłosiłam tak wiele konferencji, że już wystarczy. Więc to nie boli. Myślę, że moja relacja z Jezusem pogłębiła się. Zawsze jest więcej dobrego niż złego. Nic nie może oddzielić mnie od miłości Boga.
Być może nie zmieniło to Twojego życia duchowego, ale jak się czujesz, gdy postrzegają Cię jako radykalną buntowniczkę?
Na początku było dość ciężko. Kiedy rozpoczęliśmy działalność ruchu „My jesteśmy Kościołem”, otrzymałam dwie groźby śmierci. Żałowali, że już nie ma stosów, na których można by mnie spalić. Moja rodzina nie pozwalała mi wtedy odbierać telefonów, ponieważ były one tak agresywne. Grożono nam piekłem. Pewna starsza kobieta powiedziała kiedyś mojej 18-letniej wtedy córce, że jej matka jest przestępczynią i trafi do piekła.
Trzymaliśmy się jednak razem jako grupa. Moja matka, wtedy już staruszka, była ze mnie bardzo dumna. Po jej śmierci zadzwoniła do mnie jej siostra i też powiedziała: „Jestem z ciebie bardzo dumna”. Była starszą kobietą, bardzo zaangażowaną w życie swojej parafii, bardzo konserwatywną. Kiedy zostaliśmy ekskomunikowani, przez kilka tygodni otrzymywałam około stu e-maili dziennie i niewiele z nich było negatywnych.
Trzydzieści lat w opozycji w Kościele. Jakie to uczucie?
Moja córka zawsze mówi: „Nie możesz zająć się czymś naprawdę ważnym?”. Ale myślę, że to właśnie jest ważne i ma sens. Dbanie o tę globalną instytucję, jaką jest Kościół. Ale też uświadomienie sobie, że ludzie, którzy nie chcą reform, też są połączeni z Bogiem. Miejmy nadzieję. Jesteśmy w tym samym Kościele, co czasami boli. Czasami myślę, że to nie jest mój Kościół. Potem muszę jednak przyznać, że to również nasz Kościół. Musimy z nimi żyć i musimy się kochać, choć to wcale nie jest łatwe.
Nigdy nie myślałaś, by się wycofać?
Jestem pewna swojego powołania. Zawsze mówię Jezusowi, że jeśli chce, żebym zrezygnowała z tej pracy, musi mi to bardzo dokładnie powiedzieć. I czekam. Mówię: „Czy mógłbyś to zrobić? Jestem zmęczona”. Bo tak, jestem zmęczona. Mam za sobą wiele momentów rezygnacji. Ale teraz już nie zrezygnuję.
Idę za swoim powołaniem. A jeśli decydujesz się iść za powołaniem, to wszystko staje się łatwe. Decyzja, by je zaakceptować, nie jest łatwa, ale potem konsekwentne podążanie jest łatwe.
Wiem, czego mogę się spodziewać, a czego nie. Wiem, że muszę robić to, co uważam za słuszne. I robię. A co z tego wynika, nie jest już moją sprawą. To zadanie Ducha Świętego. Ona musi działać [Martha Heizer celowo podkreśla rodzaj żeński, gdy mówi o Duchu Świętym – ZR].
Skąd bierzesz siłę?
Nie wyczerpujemy naszych baterii w tym samym czasie. Jesteśmy razem. Jest nas wiele. Zawsze jest więc ktoś, kto doda ci sił. Przede wszystkim robi to Jezus. Nawet jeśli czasami nie zdaję sobie z tego sprawy w danej chwili.
Czasem błogosławisz małżeństwa, chrzcisz, sprawujesz posługę chorym i umierającym. Dlatego że nie ma dostępnego księdza czy może ludzie Cię wybierają, bo nie chcą, by ksiądz był z nimi w tym momencie?
W naszym otoczeniu, w Tyrolu, nie zdarza się to często, może kilka razy w roku. Ludzie prędzej przestaną chodzić do kościoła, bo nie lubią księdza, niż poszukają alternatywy. Coraz więcej osób nie chce księdza, ale nadal chcą rytuału i chcą, aby ta chwila była wyjątkowa.
Mówi się, że księża mają zbyt dużo pracy, choć myślę, że czasami są trochę leniwi. Ludzie wolą też, by to spotkanie było bardziej osobiste, czego księża nie zawsze potrafią zapewnić. A ponieważ zależy im na błogosławieństwie, przychodzą do nas.
Kiedyś błogosławiliśmy małżeństwo, choć rodzice panny młodej byli konserwatywnymi katolikami. Jej ojciec powiedział na koniec do zgromadzonych: „Ponieważ nie mamy tu księdza, błagam was wszystkich, abyście bardzo intensywnie modlili się za tę parę”. Nie podobało mu się to, co robiliśmy. Ale zrozumiał, że mamy unieść młodych w swoich modlitwach.
Jakie jest to doświadczenie bliskości podczas rytuałów z innymi wierzącymi?
Intensywne. Być otwartym na błogosławieństwo, które przychodzi, i przekazać je osobie, która tego potrzebuje. Naprawdę bardzo ważne jest, aby rzeczy, które robisz, miały sens.
Trwa Wielki Post. Czym jest ten czas dla Ciebie?
To symbol mojego życia. Bo ja wciąż czekam. Wielkanoc jest obietnicą, że zmartwychwstaniemy. Chcę być w niebie. Wierzę, że będę w niebie i że tam się spotkamy. Często żegnam się z przyjaciółmi, mówiąc: Spotkamy się ponownie w niebie. Wielkanoc jest obietnicą, że powstaniemy z martwych i będziemy razem. Będziemy razem w miłości. Kościół powstanie z martwych jako wspólnota kochających się ludzi.
Zmartwychwstały Kościół będzie inny od tego, który znamy?
Tak. Mam nadzieję na inny Kościół.
Martha Heizer jest doktorką pedagogiki, przed przejściem na emeryturę pracowała w Instytucie Pedagogiki Religijnej Uniwersytetu w Innsbrucku. Jedna z założycielek, a obecnie szefowa austriackiej organizacji w ramach międzynarodowego ruchu My jesteśmy Kościołem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















