Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Lwów nadał nam charakter

Lwów nadał nam charakter

01.02.2011
Czyta się kilka minut
Marek Krajewski: Lwowiacy nie stanowili większości we Wrocławiu, ale wśród elit intelektualnych byli większością. A i na ulicach słychać było charakterystyczny lwowski zaśpiew. Rozmawiał Michał Kuźmiński
M

MICHAŁ KUŹMIŃSKI: Akcję swoich najnowszych powieści "Głowa Minotaura" i "Erynie" przeniósł Pan z przedwojennego Breslau do Lwowa. Urodził się Pan we Wrocławiu, ale ze Lwowa pochodzi Pana matka. Dorastał Pan więc na pewno wśród lwowskich wspomnień?

Marek Krajewski: Moja mama pochodzi spod Lwowa, tak jak cała jej rodzina. We Wrocławiu żył do 1988 roku bardzo ważny dla mojego rozwoju i lwowskich fascynacji człowiek - wuj Michał Obłąk, któremu dedykowałem "Głowę Minotaura". To on pierwszy opowiadał mi o Lwowie swojej młodości. Z jego ust słyszałem o wspaniałym mieście-ogrodzie, pełnym zieleni, rozśpiewanym, w którym żyły w zgodzie obok siebie trzy narodowości: Polacy, których była ogromna większość, Żydzi i Ukraińcy. Takie obrazy roztaczał wówczas przede mną i kiedy pojechałem po raz pierwszy do Lwowa w roku 2007, jego historie stanęły mi jak żywe przed oczami. Wówczas właśnie postanowiłem osadzić w tym mieście akcję moich powieści.

Ściślej rzecz biorąc, nie byłem tam w 2007 r. po raz pierwszy. Wcześniej odwiedziłem to miasto w roku 1971, kiedy miałem pięć lat. Z tamtej wizyty pamiętam ponury obraz cmentarza Łyczakowskiego z przetrąconym grobem Marii Konopnickiej, z jej rozbitym zdjęciem, i słowa mojego ojca: "Patrz, jak szanują nasze groby". Ale kiedy wróciłem do Lwowa po latach, zastałem cmentarz wspaniale odremontowany i zauważyłem, że wszędzie pieczołowicie zabezpiecza się ślady polskiego miasta - płaskorzeźby, znaki, napisy. I cieszy mnie to ogromnie.

Który z tych tonów dominował w opowieściach Pana rodziny i wspomnieniach, jakie można było usłyszeć we Wrocławiu? Bolesny czy pozytywny?

Zdecydowanie ten drugi. Bolesnego tonu w rodzinnych historiach nie pamiętam. Owszem, czuło się żal za tym miastem, ale na pewno nie dominował.

Po wojnie nastąpił historyczny fenomen: przesunięcia całych kultur o kilkaset kilometrów na zachód. Jak we Wrocławiu obecne są ślady Lwowa?

Od tego tragicznego momentu, kiedy utraciliśmy Lwów, minęło wiele czasu - ludzie, którzy urodzili się, gdy Lwów stał się sowiecki, a dzisiaj ukraiński, mają już prawie siedemdziesiąt lat. Ślady Lwowa więc powoli się we Wrocławiu zacierają. Ale w latach mojej młodości były one jeszcze niezwykle żywe. Wiadomo było wszystkim wrocławianom, że elitę intelektualną miasta stanowią w dużej mierze dawni mieszkańcy Lwowa: profesorowie uniwersytetu i politechniki, dziennikarze. Mimo że we Wrocławiu sami lwowiacy stanowili wcale nieprzytłaczający procent ludności, to jednak wśród elit intelektualnych byli większością. Lwowski charakter był więc widoczny - śmiało można było mówić, że prawie każdy człowiek należący do elit ma lwowskie korzenie. Ale nie tylko - bo także na ulicach słychać było charakterystyczny lwowski melodyjny zaśpiew. Wszystko to nadawało Wrocławiowi charakter.

Dziś na Dolnym Śląsku widać ujednolicenie obyczajów i języka. Dominuje literacka polszczyzna, bodaj najczystsza w całej Polsce, jak podkreślał kiedyś prof. Jan Miodek - na terenach Polski zachodniej nastąpił bowiem zanik dialektów. Śladów Lwowa nie widać więc już w mieście tak wyraźnie, ale prawie w każdej wrocławskiej rodzinie można doszukać się wschodnich, kresowych korzeni.

Oba miasta były wielokulturowe - czy gdy konstruował Pan świat swoich powieści, dostrzegł Pan podobieństwa między Wrocławiem a Lwowem?

Dominują jednak różnice. Wrocław nie był aż tak wielokulturowy, Niemcy przed wojną stanowili przytłaczającą większość, a Polonia wrocławska liczyła według różnych rachunków od 5 do 30 tysięcy osób, co w 600-tysięcznym mieście jest doprawdy niewielkim odsetkiem. Lwów natomiast był miastem z dominującą wprawdzie kulturą polską, ale wzbogacaną przez kulturę żydowską i ukraińską: miasto to było nazywane "wrotami Wschodu" - ważną rolę odgrywała tu np. diaspora ormiańska. Lwów był miastem otwartym. Wrocław - zamkniętym. Poza tym są oczywiście różnice architektoniczne, takie jak między miastami pruskimi a austriackimi. We Lwowie nie spotkamy tak teutońskiej architektury jak w przypadku budynków dzisiejszej wrocławskiej komendy wojewódzkiej policji czy urzędu wojewódzkiego. Jest tam natomiast więcej secesji, mamy wrażenie architektonicznej lekkości.

Nie można autora kryminałów nie zapytać, czym się różnił półświatek przedwojennego Lwowa od Wrocławia.

W moich powieściach prawdziwe są miejsca, prawdziwy jest świat codziennych obyczajów, topografia i historia. Zbrodnia natomiast w gruncie rzeczy jest zawsze i wszędzie taka sama. Natomiast jeżeli utożsamić świat podziemny Lwowa ze światem tzw. baciarów, okazuje się, że nie były to bynajmniej stereotypowe wesołki. Często byli to bandyci, groźni przestępcy. Jako autor jestem wierny topografii, historii, obyczajom, natomiast świat morderstw i zbrodniarzy najczęściej jest jednak wytworem mojej fantazji.

Czy kiedy przygotowywał się Pan we Lwowie do pisania książki, nie spotkał się Pan z rezerwą dzisiejszych mieszkańców, że chce Pan opisywać tamto polskie miasto?

Przeciwnie. Spotkałem się z wielkim zainteresowaniem, sympatią, i ile razy byłem we Lwowie, zawsze miałem zaszczyt być gościem mera miasta, pana Andrija Sadowego, który zresztą posługuje się świetną polszczyzną. Podobnie jak ludzie, których tam poznałem i którzy pomagali mi w poszukiwaniu materiałów, śladów, miejsc - przedstawiciele inteligencji, lwowscy historycy. Choć śmiało używałem tam frazy "polski Lwów", nigdy nie spotkałem się choćby ze śladem rezerwy. Owszem, z jedną prowokacją, jak się później okazało - żartobliwą. Na spotkaniu autorskim pewien lwowski literat zapytał mnie, czy opisałbym zamach, którego dopuścili się Ukraińcy na polskim ministrze Bronisławie Pierackim w 1934 roku. Wybrnąłem, odpowiadając, że w swoich książkach nie poruszam tematów politycznych.

W lwowskich powieściach wspomina Pan elitę intelektualną tamtego miasta. Także przedstawicieli fascynującej Pana dziedziny - matematyki.

Bez przesady można powiedzieć, że Lwów był przed wojną - obok Paryża czy Getyngi - stolicą europejskiej matematyki. Stanowił wielkie centrum naukowe w tej dziedzinie, a wiąże się z nim przede wszystkim nazwisko Stefana Banacha, twórcy tzw. analizy funkcjonalnej. Był to świetny matematyk, który wychował wielu uczniów. Tu należy wymienić między innymi Hugona Dionizego Steinhausa, Stanisława Mazura, Marka Kaca, Stanisława Ulama - później jednego z twórców amerykańskiej bomby atomowej.

Wyraźnym symbolem ciągłości między Lwowem a Wrocławiem nie był Banach, który niestety zmarł jeszcze we Lwowie na raka płuc, lecz Bronisław Knaster, a przede wszystkim właśnie Hugo Dionizy Steinhaus. Był wybitnym uczonym i popularyzatorem nauki, a o swoim Lwowie nigdy nie zapomniał. Nawiasem mówiąc, przygotowując książkę "Erynie", czytałem jego wspomnienia dokładnie.

Momenty wielkich przełomów są dobrą scenerią powieści - czy nie kusi Pana, by osadzić akcję książki we wspomnianym momencie dramatycznego przesunięcia całej kultury lwowskiej do Wrocławia?

Myślę o tym i zrobię to kiedyś. To może o tyle niezbyt kuszący okres dla autora kryminałów, że wówczas królował ubecki zamordyzm, a nie mam ochoty robić z ubeka pozytywnego bohatera. Wiem już, jak te trudności ominąć, ale nie będę tego zdradzał. Książka, którą piszę teraz, będzie się częściowo rozgrywała we Wrocławiu tużpowojennym, w 1945-46 roku, lecz przede wszystkim we Lwowie lat 30. Natomiast kolejna będzie już opowieścią czysto wrocławską, dziejącą się tuż po wojnie. Tyle mogę powiedzieć.

MAREK KRAJEWSKI (ur. 1966) jest autorem powieści kryminalnych. Urodził się we Wrocławiu. Z wykształcenia filolog klasyczny, debiutował w 1999 r. powieścią "Śmierć w Breslau". W 2009 r. ukazała się pierwsza powieść, której akcję osadził we Lwowie ("Głowa Minotaura"). Jest laureatem m.in. Nagrody Wielkiego Kalibru (2003 r.) i Paszportu Polityki (2005 r.). Jego książki przetłumaczono na 11 języków.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]