Reklama

Lokator Pana Boga

Lokator Pana Boga

12.12.2017
Czyta się kilka minut
KS. ADAM BONIECKI: W domu nie muszę wciąż uważać, martwić się, jak wypadnę. Zostawiam maskę w przedpokoju. Wiem, że jestem akceptowany taki, jaki rzeczywiście jestem.
Ks. Adam Boniecki podczas ceremonii wręczenia Tygodnikowych Medali św. Jerzego, cała sala śpiewa „You’ll Never Walk Alone”, 2 grudnia 2017 r. ADAM WALANUS
A

ANNA GOC: Zostać przyjętym – co to dla Ciebie znaczy?

KS. ADAM BONIECKI: To znaczy znaleźć bezpieczny dom. Dom to więź między tymi, którzy go tworzą. Wzajemna pewność, że możemy na siebie liczyć. Że jesteśmy razem.

Wiele domów Tobie i Twoim najbliższym odebrano. Czy wraz z tym zmieniało się Twoje rozumienie tego, czym jest dom?

Tak, dom mojego dzieciństwa to miejsce, w którym spokojnie snułem plany na przyszłość. Kiedy byłem młody, miałem poczucie nieskończonych możliwości stojących przede mną. Przekonanie, że ważne rzeczy mogę zrobić później, że tymczasem mogę wybrać coś ciekawego. Po czterdziestce pojawiło się poczucie, że nie mogę już tracić życia. Że pewne sytuacje się nie powtórzą. Nawet więzi – najpierw są, a potem gdzieś nikną. Znam księży korespondujących z ludźmi, którym błogosławili małżeństwo. Piękne, ale ja tego nie robię. Nie chcę ludzi ze sobą wiązać. W tym punkcie im się przydałem, potem nasze drogi, które raz się przecięły, się rozchodzą. Wtedy byliśmy sobie potrzebni. Wiem zresztą, mam nadzieję, że jeśli znów będę im potrzebny, to mnie znajdą.

Nie tęsknisz za stałymi relacjami? Za kimś, kto zawsze będzie?

Wiem, że nie będzie takiej osoby. Nie może jej być. Nawet z rodzeństwem więzi też się z czasem rozluźniają. Mają swoje sprawy, swoje życie. Wiedzą, że są dla mnie ważni, drodzy. To wystarczy. Podobnie jest z ludźmi, których poznaje się w różnych miejscach na świecie. Dwa lata mieszkałem w Paryżu, przez kilkanaście lat w Rzymie, miałem przyjaciół, z którymi wiele przebywałem, byliśmy sobie bliscy, sobie potrzebni. Z tych przyjaźni zostało kilka. Z innymi kontakt się urwał. Cieszymy się, gdy po latach się spotkamy. To jak domy, w których mieszkamy, wyprowadzamy się i do tej pory „mój dom”, niby ten sam budynek, to już nie jest mój dom. Dlatego z wiekiem coraz bardziej się ceni dom, który trwa, do którego zawsze można wrócić. Pewnie są ludzie, którzy takie domy-przystanie mają. Tym domem dla mnie są przyjaźnie, które przetrwały i trwają.

Przyjęcie to też dzielenie z kimś życia, zaakceptowanie.

Dzielenie z kimś życia chyba się udaje wtedy, gdy jest miłość i gdy towarzyszem wędrówki przez życie jest człowiek, którego wybieram i przez którego zostałem wybrany. Przyjmuję go – i on mnie – do swojej strefy bezpieczeństwa. Znam ludzi, którzy poprzez własne życiowe nieprzemyślane wybory sami sobie zgotowali samotność na stare lata: nie mieli czasu dla towarzyszki czy towarzysza życiowej drogi, nie dbali o innych, nie zdobyli się na poważne zaangażowanie. Koncentrowali się nie na tym, co trzeba. Budując materialny dom, inwestuje się w niego. Podobnie jest z domem budowanym na relacjach, na podtrzymywaniu więzi.

Zastanawiałeś się kiedyś, czy potrafiłbyś z kimś dzielić życie?

Mogłoby być trudno. Chyba zbyt długo jestem nastawiony na niedzielenie go z nikim.

W Twoim dzieciństwie przyjęcie kogoś do domu oznaczało danie mu schronienia.

Tak, pamiętam 1939 r., początek wojny i naszą ucieczkę. Jechaliśmy w stronę Lublina, jak się okazało – niepotrzebnie. Byłem małym dzieckiem, ale sporo z tego pamiętam całkiem dobrze. Dotarliśmy do miejscowości Niemce, do majątku Stanisława Łosia, znakomitego historyka, kuzyna mojej mamy. Jego oczywiście nie było, była jego żona, energiczna ciocia Marta. Dom był pełen ludzi, którzy też uciekali. Pamiętam gest, który wykonała przyjmując nas do siebie. Swobodny, otwarty. Dość szybko wróciliśmy do domu, do Potworowa, do którego także zjeżdżali uciekinierzy. Przyjeżdżali, odjeżdżali. Zostały z nami na długo siostra mamy, ciocia Litka Podhorska z czterema córkami. One uciekły z Wołynia.

Przez całą okupację w naszym domu przechowywali się ludzie, którzy stracili dach nad głową, niektórzy się ukrywali, inni po prostu przyjeżdżali, żeby w gościnnym domu na wsi odpocząć. Po powstaniu warszawskim, a mieszkaliśmy 60 km od Warszawy, mieszkało u nas mnóstwo ludzi. Niektórzy z nich jakoś się wydostali z obozu w Pruszkowie.

Dla moich rodziców przyjmowanie było czymś oczywistym. Okupacja, sytuacja permanentnego zagrożenia. Dziś mamy dom, jutro możemy go już nie mieć. Chyba w czasach dobrobytu, stabilizacji takie bezinteresowne otwarcie się na potrzebujących jest trudniejsze.


MOC CZYTANIA NA BOŻE NARODZENIE >>>


Przychodzi do Ciebie wielu ludzi. Czy zdarzyło się, że kogoś nie ­przyjąłeś?

W 1956 r. pod klasztor, właściwie dom w Gietrzwałdzie, do którego nasza wspólnota została przewieziona przez służby bezpieczeństwa, przyszedł zraniony człowiek. Mówił, że został ranny w wydarzeniach poznańskich. Prosił o jedzenie i możliwość poprawienia opatrunku. Byłem klerykiem, pomocnikiem ekonoma. Pamiętam dylemat, który wtedy miałem. Chciałem go do nas zaprosić. Zaproponować mu, by się u nas zatrzymał, odpoczął, przespał, doszedł do siebie. Taka decyzja wymagała zgody przełożonego. Ale ja nie poszedłem do niego z prośbą o zgodę na zaproszenie tego człowieka. Nie chciałem przełożonego stawiać w trudnej sytuacji. Wiedziałem, że może się bać konsekwencji dla klasztoru.

I co się wydarzyło między Tobą a tamtym człowiekiem?

On nie spytał, czy może się u nas zatrzymać. Chciał iść dalej. Jeśli dobrze pamiętam, chyba nawet poczułem ulgę. Dałem mu coś do jedzenia, coś do zmiany opatrunku. Może czekał na zaproszenie, a ja go nie zatrzymałem. Umknąłem przed problemem.

Tyle już lat minęło. Gorzkie wspomnienie. Nie zawalczyłem o człowieka w potrzebie...

Musiałbyś walczyć?

Byliśmy tam, nasza wspólnota zakonna, osadzeni przez UB. Władze odebrały nam klasztor i pod eskortą ubeków wywiozły z warszawskich Bielan do Gietrzwałdu na Warmii. Biskup Michał Klepacz, który zastępował więzionego wtedy prymasa, wcześniej odwiedził nasz klasztor, wszystko obejrzał. Prawdopodobnie wtedy ustalił z władzami, że zrobią tam Akademię Teologiczną. Ale nam tego nikt nie powiedział. Wiedzieliśmy tylko, że chcą nas wywieźć. Wtedy zaczęto osadzać siostry w zbiorczych klasztorach. W pewnym sensie były to obozy pracy dla zakonnic z różnych zgromadzeń.

Tego się obawialiście?

Nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Dokąd wywiozą. Kiedy przyszedł nakaz opuszczenia Bielan, nasz prowincjał powiedział, że nie wyjedziemy dobrowolnie. Wtedy otoczyli klasztor kordonem ubeków, sprowadzili robotników, którzy ładowali nasze rzeczy. Nie było nam wolno opuszczać klasztoru, więc się przechadzaliśmy między nimi. Kiedy już wszystko wywieźli, przyjechały dwa autobusy z napisem „Wycieczka”. Kazali nam do nich wsiąść. Ruszyliśmy.

Wiedzieliście, dokąd jedziecie?

Nie. Eskortowani przez samochód UB jechaliśmy nocą, śpiewając nabożne pieśni, „Pod Twą obronę”, „Ojcze na niebie” i inne. Nad ranem byliśmy w Gietrzwałdzie. Przełożeni byli więc pod presją, lękali się o dalszy los wspólnoty. Nie wiem, czy by się zgodzili na goszczenie nieznajomego z wydarzeń poznańskich. Atmosfera w kraju była napięta. Wciąż się obawialiśmy prowokacji. Przecież nie mogłem powiedzieć, że znam człowieka, że za niego ręczę. Ale jak widać wyrzuty sumienia zostały.

Wyrzuty, bo pojawiła się wątpliwość?

Tak. Nie chciałem stawiać przełożonego w sytuacji, w której będzie musiał podjąć ryzyko. Jakoś wziąłem to na siebie. To znaczy wybór nieufności, ostrożność. Wybór hipotezy, że przybysz może być prowokatorem. Dziś myślę, że po prostu był człowiekiem w potrzebie. Za kiepsko wyglądał jak na prowokatora. Przeważył we mnie tchórz przebrany w roztropność.

Lęk przed obcym?

Akceptacja faktu istnienia „innego” to tolerancja. Tolerancja to minimum niezbędne do funkcjonowania społeczeństwa. To próg, od którego się rozpoczyna kultura współżycia: jesteśmy inni, możemy być inni. To się wynosi z domu, tego powinno się uczyć w przedszkolu i w szkole. Mnie nauczono grzeczności wobec wszystkich jako przejawu dobrego wychowania. Tak wypadało, bo w złym guście było zadzieranie nosa, wywyższanie się, choć w głębi duszy... A w szkole bywaliśmy okrutni wobec kolegów, zwłaszcza słabszych, którzy się różnili wyglądem, tuszą, ubraniem, środowiskiem itd.

Nietolerancyjni?

Zależy w jakiej dziedzinie. W sferze religijnej chyba jednak byliśmy tolerancyjni, choć czasem się zastanawiam, czy nasza tolerancja religijna nie była raczej obojętnością niż akceptacją inności. Ewangelia wymaga od nas nie tolerancji, bo to za mało. Wymaga miłości.

Choćby wobec ludzi samotnych. Przychodzi mi na myśl znany dziennikarz z Radia Wolna Europa pan Karol Wagner to pseudonim radiowy – który jako emeryt zamieszkał w Rzymie i był trochę korespondentem, trochę przedstawicielem Radia. Bardzo szybko stał się osobą znaną, cenioną i lubianą w rzymskim światku. Był tak zaangażowany w to, co robił, że nigdy nie myślałem o nim jako o człowieku samotnym. Dopiero kiedy zasłabł, poczuł, że umiera i wezwał mnie, jako księdza, kiedy byłem w jego mieszkaniu po raz pierwszy i jedyny, zdałem sobie sprawę, jak bardzo był samotny.

Jak to poznałeś?

Wynajmował duże mieszkanie, niemal bez mebli. Cała podłoga była przykryta warstwą pomiętych, przeczytanych gazet. Po prostu czytał, a przeczytane zgniatał i rzucał na podłogę. Z pewnością nikogo w tym mieszkaniu nie przyjmował. Spotykał się z mnóstwem ludzi, ale zawsze w mieście. Nie sprawiał wrażenia nieszczęśliwego samotnika, wprost przeciwnie. Wychodził z tego mieszkania i przebywał wśród ludzi, wytworny, szanowany, ceniony, znający swoją wartość, swoje kompetencje. Z perspektywy tego mieszkania – stary samotnik. Widziany na co dzień – głęboko obecny w społeczności ludzi. Ta jedyna moja wizyta u niego okazała się ostatnią. Wtedy na moich rękach umarł. Zawsze wspominam go jako kogoś bliskiego.

A może właśnie jego dom był miejscem, gdzie wreszcie poczuł się u siebie?

Może. Sądzę, że to zaniedbane mieszkanie to był jego azyl, miejsce, w którym odpoczywał.

Kiedy czujesz się w domu?

Wtedy, gdy mogę zdjąć maski. Nie chodzi o maski obłudy. Ale te związane z kulturą, konwenansem, także te, które nakładamy będąc w gościnie. Uważamy na to, co mówimy, bo nie chcemy nikogo dotknąć. Staramy się dostosować do oczekiwań tych, z którymi jesteśmy. W domu liczymy na zrozumienie, nie potrzebujemy maski. Oczywiście, kultura, delikatność zawsze obowiązują, ale jest luz. Nie muszę wciąż uważać, martwić się, jak wypadnę. Zostawiam maskę w przedpokoju. Wiem, że jestem akceptowany taki, jaki rzeczywiście jestem. Bardzo cenię obecność drugiego, przyjaznego człowieka. Potrzebuję jej w trudnych sytuacjach, ale i w dość prostych. Niedawno porządkowałem moje archiwum. Mnóstwo papierów w dość dużym nieładzie. Chodziło o wyselekcjonowanie jednej kategorii papierów, które chciałem gdzieś oddać. Nie wiem, czy bym wybrnął z tej pracy, gdyby nie pomoc zaprzyjaźnionej osoby. Nie dlatego, że mi pomogła przygotować, a potem nosić pudła, ale dlatego, że dzieliła ze mną tę czynność. Jej konkretna, fizyczna pomoc była cenna, ale istotne było, że mogliśmy to robić razem.

Poza tymi domami, budowanymi w oparciu o relacje, przyjaźnie, były jeszcze w Twoim dorosłym życiu domy materialne. I ich poszukiwanie.

Pierwszy raz szukałem domu, kiedy na zaproszenie biskupa Karola Wojtyły przeprowadziłem się do Krakowa. Przyjęła mnie parafia św. Anny, ale w gruncie rzeczy tam nie było miejsca. Umieszczono mnie w mieszkaniu zajmowanym przez tamtejszych księży, na Szewskiej, w przechodnim pokoju. Myślę, że nie było to wygodne dla nich, choć traktowali mnie życzliwie; dla mnie było to nie do wytrzymania. Moja praca w redakcji i duszpasterstwie wymagała jakiegoś własnego kąta. Nie wiedziałem, co robić, i wtedy los się do mnie uśmiechnął. Jerzy Turowicz spytał, czy nie mam jakiegoś studenta, który szuka pokoju, bo oni chcą wynająć jeden pokój w swoim mieszkaniu na Lenartowicza. No i zaproponowałem siebie jako lokatora.

Zostałeś przyjęty.

To był dla mnie dar Opatrzności. Przede wszystkim dlatego, że czułem się przyjęty do rodziny. Przemieszkałem tam osiem lat, od 1964 r. Te osiem lat wywarło wielki wpływ na to, kim jestem. Bo wtedy wszedłem w ich świat. Oboje, Anna i Jerzy byli ludźmi wielkich pasji, wielkiej wiedzy, wielkiej wewnętrznej wolności i znakomitego poczucia humoru. Patrząc dzień w dzień na Turowicza w domu, naprawdę się dowiedziałem, co to znaczy pracowitość. Bardzo też zżyłem się z ich córkami Elżbietą, Joanną i Magdaleną. Choć teraz rzadko się widujemy, czuję się ich bratem i one chyba tak mnie traktują. Tak, to była realizacja „wędrowca w dom przyjąć”.

Jaki to był dom?

Był to dom, mieszkanie, pełen książek i gazet, dom pysznego jedzenia, które pani Anna umiała wyczarować z byle czego, dom wzajemnego szacunku wszystkich do wszystkich, dom ważnych rozmów, ważnych spotkań z niezwykłymi ludźmi, dom, z którego chodziło się wszędzie, gdzie się działo coś ważnego: do Piwnicy pod Baranami, do Starego Teatru, na premiery filmów, na przyjęcia do wszelkich ambasad, w niedzielę do św. Anny i na obiad do Babci, czyli matki Jerzego. Dom, w którym jedzone w kuchni przy pochyłym stole kolacje nie wiadomo jak przechodziły w ciągnące się długo w nocy wieczory poezji, czytanej głównie przez Jerzego, który to robił znakomicie. To był dom, w którym przemieszkiwały różne osoby, niemające gdzie się zatrzymać, krewni i znajomi, a w niedzielę zbierali się i okupowali połowę mieszkania studenci z mojego duszpasterstwa akademickiego. Tak, to był dom.

Równolegle była redakcja „Tygodnika Powszechnego”, którą poznawałeś w tamtym czasie.

Tak. Pamiętam, jak Mieczysław Pszon, po śmieci żony, już na emeryturze systematycznie przychodził do redakcji i w niej przesiadywał. To był jego dom. Formalnie nie pracował, ale był potrzebny. Wszyscy go lubili, cenili jego mądrość, w różnych sprawach się go radzili. Jestem w tym miejscu już ponad 50 lat. Wchodzę po tych samych łagodnych schodach, patrzę na te same mury, wyglądam przez te same okna. Gdybym już nie mógł nic robić, nic napisać, pewnie bym się tam gorzej czuł. Ale istotna sprawa to ludzie, którzy tworzą dom. Taka jest nasza redakcja. Właśnie ludzie... To też jest mój dom.

I jeszcze coś: moim domem jest zakon, do którego należę, marianie.

Czujesz się przyjęty?

Wstąpienie do zakonu należy do tych zadań, które są na całe życie. Trzeba się z tym liczyć. Że wchodzę do domu, gdzie będę zdany na jego domowników, których nie będę sobie dobierał. To czasem może się okazać trudne, bo ci pierwsi, zastani, zostaną zastąpieni przez innych. Zwłaszcza, jeśli długo się żyje. Jestem w tym zakonie już 65 lat. Coraz więcej znajomych, bliskich sercu już wpisano do „Albumu zmarłych”. Na ich miejsce przyszli młodzi, nowi. A jednak to jest mój dom. Gdziekolwiek na świecie zapukam do drzwi klasztoru marianów, przyjmą mnie i będę tam u siebie.

Dziwiła mnie czasem łatwość, z jaką niektórzy odchodzili. Jeśli coś mu nie pasuje, to odchodzi, szuka nowego domu. Nie zastanawia się nad innymi rozwiązaniami. Jest przekonany, że gdzie indziej będzie rozumiany, poczuje się lepiej. Być może niektórzy mieli rację. Być może ich wejście do marianów było pomyłką. Nic na to nie poradzę, ale ja tak powiedzieć nie mogę, nawet kiedy nie wszystko się dobrze układa. Kiedy zdarzają się jakieś turbulencje w stosunkach między zakonem a mną, patrzący z boku mówią: „Wystąp, zostaw ten okropny zakon”. Jak mam wytłumaczyć, że nie mogę, bo to jest mój dom? ©℗

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]