Lawina radykalnych propozycji, które Donald Trump składa od czasu swojego powrotu do Białego Domu, wywróciła do góry nogami dotychczasowe polityczne pewniki. Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, podsumowała ten nowy porządek słowami: „Zachód, jaki znamy, już nie istnieje”.
Bezprecedensowy transatlantycki rozłam spowodowany przez czterdziestego siódmego prezydenta Stanów Zjednoczonych tworzy oczywiście poważne problemy, ale jednocześnie staje się impulsem do długo oczekiwanych zmian.
Po tej stronie Atlantyku panuje przekonanie, że zamiast zabiegać o względy przywódcy kraju, który więzi swoich przeciwników i napada na sąsiednie, suwerenne państwo, popełniając tam zbrodnie wojenne, należy mu się przeciwstawić – nawet jeśli nowy prezydent USA zdaje się czasem mylić agresora z ofiarą.
Z drugiej strony państwa europejskie same nie zawsze miały jasność co do kierunku własnej polityki. Kanclerz Niemiec Gerhard Schröder nie był odosobniony, gdy twierdził, że Putin jest „demokratą w każdym calu”.
Wielokrotne ostrzeżenia / Politkowska ostrzegała przed Putinem – Zachód nie słuchał
Odważna rosyjska dziennikarka Anna Politkowska od początku podważała tę łatwowierność Zachodu wobec przywódcy, który już na starcie swoich rządów dopuszczał się zbrodni wojennych – i miała rację. Jak pisałem w „Independent”, gdy Putin świętował swoje pierwsze zwycięstwo wyborcze w 2000 roku: „Trudno zrozumieć entuzjazm państw zachodnich dla Putina (...) Sposób, w jaki prowadzi wojnę w Czeczenii, jest cyniczny i haniebny”.
Politkowska pisała, że Putin ma obsesję „zdobycia i utrzymania władzy w swoich rękach” – obsesję, która mogła prowadzić do „tragedii, rozlewu krwi na masową skalę i wojen domowych”. W 2006 r. została zamordowana w kamienicy, w której mieszkała – za to, że ujawniła zbyt wiele prawd.
Mimo tych i innych zabójstw zachodnie rządy wciąż traktowały Putina jak przywódcę zasługującego na szacunek. Rosja, jako stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ, wciąż symbolizowała globalną potęgę. Tymczasem obawy „mniej znaczących” państw – położonych bliżej rosyjskiej granicy i mających własne doświadczenia z imperialnymi ambicjami Moskwy – pozostawały lekceważone. Dawne mocarstwa kolonialne, kierując się filozofią „Westplainingu”, pouczały Europę Środkowo-Wschodnią, jak działa świat. Świetnie mówiły, ale słabo słuchały.
Czemu to ma służyć? / Europa Środkowa miała rację. Czas uznać jej doświadczenie
Kiedy kanclerz Gerhard Schröder i Władimir Putin uzgodnili budowę gazociągu przez Morze Bałtyckie, ówczesny polski minister obrony Radosław Sikorski porównał to porozumienie do paktu Ribbentrop-Mołotow, przypominając, że Polska jest „szczególnie uwrażliwiona” na umowy zawierane ponad jej głową. „Nie życzymy sobie powtórki z historii” – mówił, za co Bruksela udzieliła mu reprymendy za brak dyplomacji. Schröder, bliski przyjaciel Putina, do dziś nie okazuje z tego powodu skruchy. Inni jednak zrewidowali poglądy. Frank-Walter Steinmeier, obecny prezydent Niemiec, przyznał w roku 2022: „Upieraliśmy się przy kwestiach, w które Rosja już nie wierzyła i przed którymi ostrzegali nas nasi partnerzy”.
Polska, państwa bałtyckie i inne kraje regionu od dawna ostrzegały przed imperialnymi zapędami Putina. Oskarżano je o przesadę. W 2021 r. estońska premier Kaja Kallas skrytykowała inicjatywę Niemiec i Francji, by zaprosić Putina na rozmowy do Brukseli: „Czemu to ma służyć?” – pytała. Emmanuel Macron odparł lekceważąco: „Czy jutro nadal będzie stała na czele rządu?”.
Dziś europejscy przywódcy przyznają, że ostrzegające przed Rosją kraje regionu nie zachowywały się jak rozemocjonowane dzieci, które nie rozumieją świata. Nie były też chłopcem z bajki Ezopa, który wzywał pomocy przed nieistniejącym wilkiem. Wilk istnieje – dowodzi tego pełnoskalowa inwazja na Ukrainę i coraz śmielsze prowokacje, jak pojawianie się rosyjskich dronów nad Polską i innymi państwami.
Wspólny głos / Wspólny głos Polski i Niemiec – szansa na europejską równowagę
Kallas – dziś szefowa unijnej dyplomacji – przywołała postać Neville’a Chamberlaina, który w 1938 r. ogłosił „pokój naszych czasów” po zgodzie na zajęcie Sudetów przez Hitlera. „Historia lat 1938-1939 uczy, że jeśli agresja gdzieś przynosi efekty, to opłaca się użyć jej także gdzie indziej” – mówiła.
A jednak nawet dziś dla wielu wyborców w Europie Zachodniej Ukraina wciąż pozostaje „odległym krajem”. Choć wspierają ją z pozornie altruistycznych powodów, często nie dostrzegają, że od Putina zależy stabilność całego kontynentu. Jak zauważył „New York Times” w 2022 r.: „Już nikt w Europie nie mówi Polsce, by zamilkła”.
Wspólny głos Polski i Niemiec może okazać się kluczowy dla przyszłej stabilizacji Europy. Historyczne doświadczenia obu państw każą im wspierać istnienie Międzynarodowego Trybunału Karnego – instytucji uprawnionej do sądzenia zbrodni wojennych na całym świecie, która wydała nakaz aresztowania Władimira Putina za zbrodnie na Ukrainie oraz Beniamina Netanjahu za działania w Strefie Gazy. Rządy nie powinny traktować takich nakazów wybiórczo, w zależności od własnej wygody. Jak przypominał Robert H. Jackson, główny amerykański oskarżyciel w procesach norymberskich, sprawiedliwość może „powstrzymać odruch zemsty” i tym samym zapobiec nowym konfliktom. Osiemdziesiąt lat później słowa te pozostają aktualne – w Ukrainie, Gazie, Syrii i w wielu innych miejscach świata.
Na razie Putinowi nie grozi aresztowanie, lecz świat potrafi się zmieniać. W 1992 r., gdy spotkałem prezydenta Serbii Slobodana Miloševicia, był przekonany, że nigdy nie stanie przed sądem. Dziewięć lat później został wydany trybunałowi w Hadze, gdzie zmarł, skazany za zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo. W marcu 2025 r. Rodrigo Duterte, prezydent Filipin, kpił z Międzynarodowego Trybunału Karnego podczas wizyty w Hongkongu – po powrocie do kraju został aresztowany i odesłany do Hagi. Zmiana jest zawsze możliwa.
Źli nie rządzą wiecznie / Historia uczy pokory: źli przywódcy nie rządzą wiecznie
Pamiętam, jak podczas moich wizyt w Polsce w latach 80. wielu zachodnich polityków uważało, że czołgi raz na zawsze zniszczyły nadzieję na demokrację, a polscy opozycjoniści są naiwni. Tymczasem – jak pisał Czesław Miłosz we wstępie do angielskiego wydania „Listów z więzienia” Adama Michnika – są tacy, którzy „przeciwstawiają się niezmiennemu, jak by się mogło wydawać, stanowi rzeczy” i „osiągają to, co jawi się jako niemożliwe”. Cztery lata później niemożliwe stało się faktem: w Polsce powstał rząd Solidarności, a wkrótce runął mur berliński.
Więziony rosyjski opozycjonista Władimir Kara-Murza wyraził podobną wiarę w przemianę, gdy w 2024 r. został wydalony z Rosji. W samolocie agent FSB poradził mu, by spojrzał za okno, bo to ostatni raz, gdy widzi swój kraj. Kara-Murza odparł: „Jako historyk wiem, że wrócę do Rosji. Szybciej, niż się panu wydaje”.
Podważanie przez prezydenta Trumpa podstawowych zasad NATO sprawia, że Europejczycy muszą dziś traktować bezpieczeństwo kontynentu z niespotykaną dotąd powagą. Historia nauczyła Polaków i Niemców lepiej niż kogokolwiek innego, że źli przywódcy nie rządzą wiecznie. W czasach, gdy w Waszyngtonie zabrakło moralnej busoli, szczególna odpowiedzialność spoczywa właśnie na tych dwóch krajach – by, czerpiąc z własnych doświadczeń, okazały przywództwo i zachęciły resztę Europy do wyciągnięcia podobnych lekcji z historii.
Tłumaczenie: Piotr Pieńkowski

Steve Crawshaw – autor książki „Ukarać bezkarnych. Zbrodnie wojenne i walka o sprawiedliwość” (Znak, 2024). Były redaktor działu Europy Wschodniej i główny korespondent zagraniczny dziennika „Independent”, a później dyrektor brytyjskiego biura Human Rights Watch i pracownik Amnesty International. Autor m.in. „Goodbye to the USSR”, „Easier Fatherland: Germany and the Twenty-First Century” oraz „Street Spirit: The Power of Protest and Mischief” (ze wstępem Ai Weiweia).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














