Anna Goc: Na jednym ze zdjęć z Aleppo stoisz z aparatem fotograficznym zawieszonym na szyi. Wracasz do tamtych zdjęć?
Marta Titaniec: Często. Pojechaliśmy do Syrii z ks. Marianem Suboczem, dyrektorem Caritas Polska, w lutym 2017 roku. Kierowałam wtedy działem zagranicznym Caritasu, prowadziłam program „Rodzina Rodzinie”, który polegał na tym, że każdy mógł wpłacić pieniądze dla konkretnej rodziny w Syrii.
Nie mogliśmy tych ludzi sprowadzić do Polski, więc zawieźliśmy im pomoc na miejsce. Na liście darczyńców były nazwiska, które politycznie dzieliło prawie wszystko.
Ludzie, którym przekazaliśmy wpłaty, dziękowali nam nie tyle za pieniądze, co za to, że o nich nie zapomnieliśmy. I że nie baliśmy się przyjechać.
W tamtym czasie trudno powiedzieć, że nie było obaw przed wyjazdem.
Dwa miesiące wcześniej, w grudniu 2016 roku, skończyły się walki o Aleppo. Wyjazd odradzało nam Ministerstwo Spraw Zagranicznych. W kraju było wciąż bardzo niebezpiecznie.
Pamiętam ciemność w Aleppo i to, że było bardzo zimno. Miasto było w gruzach. Rozjaśniał je gdzieniegdzie blask latarek i świateł smartfonów. Ludzie siedzieli w zniszczonych mieszkaniach, w kurtkach zapiętych pod szyję. Prawie wszyscy proponowali nam kawę, więc piliśmy ich po kilkanaście dziennie. I naprawdę cieszyli się, że przyjechaliśmy.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Raz zauważył nas młody człowiek, był chyba dostawcą. Złapał mnie za rękę i za rogiem powiedział, że jest muzułmaninem i że wierzymy w tego samego Boga. I że to jest najważniejsze. Podziękował, że byliśmy z nimi.
Kto jest na Twoich zdjęciach?
Mam ich kilkanaście tysięcy. Bardzo dużo z tych zdjęć pochodzi z obozów dla uchodźców z Syrii, Libanu, Iraku i Jordanii. Są na nich głównie kobiety i dzieci. Niektóre z nich próbowały opowiedzieć nam swoje historie.
W obozie Zaatari, który powstał niedaleko miasta Al-Mafrak w Jordanii, byłam kilka razy. Widziałam tam ślub trzynastoletniej dziewczynki. Pamiętam radość rodzin i jej smutek. Gdy wyszła z namiotu, w którym kobiety robiły jej makijaż, podniosła sukienkę, by nie ubrudzić jej błotem. Pod sukienką miała dresy.
W Ammanie spotkałam sprzedawcę biżuterii, który wyznał, że też był w obozie w Zaatari. „Like a prison” – szepnął.
Teraz, gdy do nich wracam i gdy przez sześć lat zajmowałam się przemocą seksualną w Kościele, jestem przekonana, że smutek w oczach dorastających dziewczyn z obozów mógł być związany z podobnymi doświadczeniami.
Z tych podróży wracasz do kraju i próbujesz opowiadać o tym, co zobaczyliście. Przekonać polityków do niektórych rozwiązań, jak choćby korytarze humanitarne. Jakie to były rozmowy?
Zwykle trudne, ale zdarzało się, że i cyniczne. Gdy zaczął narastać kryzys uchodźczy w 2015 roku, szukaliśmy możliwości jako Caritas Polska zorganizowania korytarzy humanitarnych.
Przedstawiliśmy rozwiązania, które obserwowaliśmy w innych krajach, i historie konkretnych ludzi. Ale nie czuliśmy, że one mogą być przydatne dla rządzących.
To, co zobaczyliśmy na miejscu, nie wpisywało się w żadne schematy. Jeśli rozmawiasz z ludźmi w ich zimnych i ciemnych mieszkaniach, nie widzisz żadnej ideologii czy politycznych sporów. Masz w pamięci tych ludzi i chcesz coś dla nich zrobić. To, co powiem, jest dość oczywiste, ale wciąż rzadko stosowane: instytucje powinny słuchać ludzi, którzy byli w terenie.
W 2019 roku, gdy dostałaś propozycję pokierowania Fundacją Świętego Józefa Konferencji Episkopatu Polski, byłaś w Donbasie, gdzie realizowałaś program wsparcia osób starszych, którzy żyją przy linii frontu. Jakie miałaś wtedy wyobrażenie o tym, na ile Kościół wysłucha skrzywdzonych?
Unikałam zwykle funkcji kierowniczych, bo wolałam działać w terenie, z zaplecza, niekoniecznie na pierwszej linii.
Gdy zgodziłam się na bycie prezeską Fundacji Świętego Józefa, chyba nie zdawałam sobie sprawy, na co się decyduję. Wiedziałam jednak, że podejście Kościoła do osób skrzywdzonych musi się zmienić.
Byłam członkinią Klubu Inteligencji Katolickiej, obserwowaliśmy, co się dzieje w Kościele na świecie. Wrażenie zrobił raport papieskiego wysłannika, abp. Charlesa Scicluny, z Chile z 2018 roku, a w jego konsekwencji spotkanie biskupów chilijskich z papieżem Franciszkiem i dymisja całego episkopatu.
W marcu 2019 roku prymas Wojciech Polak został powołany na delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży KEP. W maju 2019 był dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Zaczynała się poważna dyskusja o wykorzystaniu seksualnym małoletnich przez księży. Czas na zmiany był dobry.
Jak się o tym mówiło wewnątrz Kościoła?
Wciąż panowało przekonanie, że historie, takie jak jedna z pierwszych opisanych w Polsce – czyli sprawa księdza z Tylawy – są incydentalne.
Jeden z księży przekonywał mnie znanym argumentem, że komuniści odebrali Kościołowi szkoły i dlatego w Polsce nie jest możliwe, by skala zjawiska była tak duża jak na świecie: w Bostonie, Irlandii, czy bliżej nas – w Niemczech.
Z drugiej strony ci, którzy mieli kontakt ze skrzywdzonymi, wiedzieli, że skala może być duża.
Miałaś kontakt ze skrzywdzonymi, byłaś jedną ze współzałożycielek Inicjatywy „Zranieni w Kościele” – telefonu zaufania dla osób skrzywdzonych, który prowadzą świeccy eksperci.
Miałam już doświadczenia kontaktu z osobami skrzywdzonymi także w czasie składania zawiadomienia w kurii.
Niektórzy opowiadali o cierpieniu, które trwało przez wiele lat, i o bólu, wobec którego lekarze byli bezradni. Mówili o wieloletnim wykorzystywaniu seksualnym przez księży, o preferencyjnych sprawcach.
Kiedy zdałaś sobie sprawę z tego, jak duży to jest temat?
Możemy szacować skalę zjawiska, ale wciąż nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak duża to była i jest krzywda.
Jako prezeska Fundacji dostałam list od córki kobiety, która była krzywdzona przez księdza w latach pięćdziesiątych, miała wtedy siedem albo osiem lat. Kobieta wyznała w liście, że jej matka tuż przed śmiercią prosiła o modlitwę, bo bała się potępienia za to, co ją spotkało.
Z rozmów z osobami skrzywdzonymi wynika, że niektórzy obwiniają siebie.
Pierwszego dnia po oficjalnym ogłoszeniu powołania mnie do Fundacji dostałam maila od osoby skrzywdzonej. Szybko zaczęły się pojawiać kolejne. Trwała pandemia, więc do tych, którzy chcieli z nami porozmawiać, jeździliśmy.
Fundacja stała się dla nich nadzieją – i dla tych, którzy opowiadali swoją historię po raz pierwszy, i dla tych, którzy próbowali ją już zgłosić.
Niektórzy dzwonili tylko po to, by powiedzieć, co ich spotkało, i usłyszeć, że zostali skrzywdzeni. „Dziękuję, że pani mnie wysłuchała, i dziękuję, że pani mi wierzy” – słyszeliśmy. I zawsze staraliśmy się stawiać osoby skrzywdzone w centrum naszych działań.
To znaczy?
Mówiliśmy, że im wierzymy. Słuchaliśmy. A jeśli były takie możliwości – działaliśmy.
Miałam zaufanie do prymasa Wojciecha Polaka, że Fundacja nie będzie wydmuszką i że będziemy mogli działać. I tak w pewnym zakresie było: oferowaliśmy pomoc medyczną, terapeutyczną, prawną, duchową.
Jedna z osób skrzywdzonych poprosiła, żebyśmy oferowali również pomoc duchową w formie opłaty za rekolekcje, bo wielu skrzywdzonych pozostało w Kościele, i to też zrobiliśmy. Skrzywdzeni wskazywali nam, jakiej pomocy potrzebują, i to oni nadawali kształt Fundacji.
Starałam się, by żadna z osób, które się do nas zgłosiły, nie została bez odpowiedzi. Choć czasami nie mogliśmy zaoferować nic więcej poza wysłuchaniem.
Potem znów jeździliśmy – do delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży, by z każdym porozmawiać o naszych działaniach, posłuchać, co się dzieje w diecezjach. Czasami także po to, by wyjaśnić, jaki sens ma Fundacja.
Trzeba było wyjaśniać?
„Niech pani nam wreszcie powie, o co chodzi z tą Fundacją” – zapytał mnie jeden z księży. Nie wszyscy księża rozumieli, jaki był cel jej powołania. I dlaczego mają opłacać jej działalność.
Nie przebiła się narracja o wspólnym zadaniu i solidarności, raczej o zbiorowej odpowiedzialności kleru za wykorzystywanie seksualne małoletnich w Kościele.
Jak Waszą działalność oceniali biskupi?
Powołanie Fundacji było trafną intuicją, choć teraz, gdy się przyglądam jej historii z perspektywy, widzę, że decyzja ta wynikała z lęku. Nie tylko z chęci pomocy skrzywdzonym, lecz także z lęku.
Przed czym?
Myślę, że przed tematem.
Gdy po pierwszym roku działalności Fundacji zapytaliśmy, czy możemy przyjść na zebranie plenarne Konferencji Episkopatu Polski, dowiedzieliśmy się, że nie ma takiej potrzeby. Więc jako prezeska Fundacji powołanej przez biskupów nigdy nie mogłam wejść na ich wspólne posiedzenie, nawet po to, by zdać sprawozdanie z tego, co robimy.
Co roku wysyłałam wielostronicowe podsumowania i miałam nadzieję na rozmowę. Nie zostałam na nią zaproszona.
Po sześciu latach mogę powiedzieć, że na powołaniu Fundacji zaangażowanie większości biskupów w tę sprawę się skończyło. Fundacja była wstydliwym tematem.
Najbardziej bolała nas obojętność. Nie dostawaliśmy właściwie żadnych pytań z episkopatu o naszą działalność.
Choć przecież biskupi mogą być dumni z własnego pomysłu i z tego, co robiliśmy.
Rozmawiała Anna Goc
Marta Titaniec – działaczka społeczna i katolicka, pierwsza prezeska Fundacji Świętego Józefa KEP i współinicjatorka Inicjatywy „Zranieni w Kościele”. Wiceprezeska warszawskiego KIK-u i wieloletnia sekretarz Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Była kierowniczką projektów zagranicznych Caritas Polska, współtworzyła program „Rodzina Rodzinie” dla Syryjczyków. Zaangażowana w pomoc humanitarną, członkini Laboratorium Więzi oraz wiceprezes Fundacji św. Wojciecha-Adalberta. W latach 2010-2018 odpowiedzialna za projekty zagraniczne w Caritas Polska.


„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















