Wypadałoby dziś omówić dwie sprawy. Ni stąd, ni zowąd globalnym i gigantycznym problemem stały się cła, zaś lokalnie nie sposób uniknąć choćby krótkiego podsumowania stanu emocjonalnego prezesa PiS, p. J. Kaczyńskiego. Choć temperatura kampanii wyborczej dopiero za moment zacznie rosnąć, to prezes już jest w stanie wrzenia, by nie rzec, że odparował na dobre.
Zacznijmy od oclenia całego świata przez obecnego prezydenta USA, p. D. Trumpa. Wszyscy jak tu ponuro siedzimy, należymy do tej kategorii turystów, którzy na lotniskach raźno idą ścieżką z napisem „nic do oclenia”. Zdarzyło się nam jednak raz czy drugi pomylić drogę i wejść tam, gdzie nie trzeba. To znaczy do strefy rządzonej przez celników. Każdy, komu się to zdarzyło, wie, że tam żadnych żartów nie ma. Tłumaczenie, żeśmy się pomylili, że jesteśmy od rana pijani, że nie umiemy czytać, że nie wywozimy bądź nie wwozimy niczego podlegającego taryfom celnym – żadne z takich tłumaczeń nie działa. Zaczyna się zatem spektakularna, choć mozolna procedura, w dość specyficznym klimacie.
Starannie dobrani pracownicy granicy celnej zawsze bardzo sumiennie i nader energicznie rozpoczynają z nami tzw. czynności. Ponieważ stosunkowo rzadko ktoś wpada im w ręce, jesteśmy dla nich nie lada okazją do wykazania się i profesjonalizmem, i służbistością. Słychać trzask wkładania gumowych rękawiczek i następuje obnażenie. Niekoniecznie mamy tu na myśli mus zzuwania trzewików i rozbierania się do rosołu, ale znalezienie się w krzyżowym ogniu zapytań podczas przeglądania zawartości walizki. Kontrola celna jest zawsze seansem psychologicznym. Z równą uwagą celnik liczy nasze skarpetki, co świdruje nas wzrokiem, bada poziom naszego spocenia i zlęknienia.
Piszemy o tym wszystkim dlatego, że grube oclenie, dajmy na to importowanych do USA aut, to dopiero początek zabawy. Mniemamy brawurowo, że clenie stanie się niebawem stałym elementem naszej codzienności, a celnicy będą strzec każdej dzielnicy, ulicy i domu. W takich chwilach człowiek jest zadowolony, że przeczytał w życiu to i owo, że zna nieco apokryfów z życia celników, a nadto może polecić mniej zorientowanym i przestraszonym bliźnim, by sobie przewertowali poważne lektury świata tego, w których celnicy grają, za przeproszeniem – może nie pierwsze, ale jednak – jakieś skrzypce, a więc i Stary, i Nowy Testament.
Nawiasem, nie mamy rozeznania, czy celnik jako postać emblematyczna, dwuznaczna, by nie rzec jednoznaczna, występuje też w innych świętych księgach planety, a to w Koranie bądź Trójkoszu. Ciekawe by było collatio działań tych funkcjonariuszy w kontekstach teologicznych, a więc ich udział w literaturze na temat najszerzej pojętego dobra i zła, wędrówki dusz, zbawienia, cierpienia. Słowem, można by poczytać o celnikach rzeczy poważniejsze, a nie tylko komunikaty, że komuś skonfiskowali auto, papierosy czy butelkę Wyborowej.
Jako się rzekło, jest teraz czas na choćby słowo o stanie umysłowym prezesa PiS. Grożenie bliźniemu publicznie śmiercią i dożywotnim więzieniem – do czego się posunął, jak wiemy, w parlamencie, a nie po pijanemu gdzieś w ciemnym zaułku – wydaje się końcem, ale i początkiem nowej epoki w naszym kraju. Jest to kolejne przekroczenie kolejnych granic i norm, choć wydawało się, że żadnych już przekroczyć się nie da. Mamy wrażenie, a może i pewność, że nadszedł czas, by solidnie oclić w Polsce używanie niektórych słów i porównań.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















