Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Księga struktur Richarda Flanagana

Księga struktur Richarda Flanagana

14.10.2016
Czyta się kilka minut
Flanagan jest bez wątpienia wielkim pisarzem struktur, które są dla niego jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem, a jego prozę można czytać jako zapis nieustannego zmagania się z nimi.
Fot. Andrew Parsons / REX / EAST NEWS
P

Powieści Richarda Flanagana odruchowo można zakwalifikować jako prozę historyczną – tak też czyni większość krytyków. To trop jak najbardziej uzasadniony – wszystkie powieści do tej pory przetłumaczone na polski układają się w panoramiczną historię Australii i Oceanii. Urodzony na Tasmanii syn irlandzkich przesiedleńców stał się poniekąd kronikarzem tej części świata, której dzieje (patrząc z perspektywy białych kolonizatorów) są stosunkowo krótkie, ale jednocześnie wyjątkowo krwawe.

Kronikarz krańca świata

W „Księdze ryb Williama Goulda” z właściwą sobie bezwzględnością opisał funkcjonowanie najbardziej odizolowanej kolonii karnej Imperium Brytyjskiego, czyli Ziemi van Diemena (jak do połowy XIX w. zwano Tasmanię i okoliczne wyspy). Panujące tam okrucieństwo dotykało zarówno więźniów, jak i ostatnich przedstawicieli lokalnej ludności, którym udało się przetrwać masową eksterminację z początków XIX w. (tzw. „czarną wojnę”).

Z kolei w nagrodzonej Bookerem powieści „Ścieżki północy” Flanagan pokazuje mało znany w Europie azjatycki epizod II wojny światowej. Dorrigo Evans, młody lekarz bez wyraźnego pomysłu na życie, zostaje wcielony do australijskiego wojska i wysłany do walki z Japończykami. Jego oddział trafia jednak do niewoli i zostaje zmuszony do budowania linii kolejowej łączącej Birmę z Tajlandią. Zadanie to, które od początku uchodziło za niemożliwe do zrealizowania, pochłonęło życie ponad 200 tysięcy jeńców, czyli ponad dwóch trzecich wszystkich pracujących przy tym szalonym projekcie.

Niezwykle ciężka praca w koszmarnym i wykańczającym tropikalnym klimacie miała nie tyle znaczenie strategiczne, co symboliczne – chodziło o pokazanie niezłomnej woli i skuteczności japońskiej myśli technologiczno-cywilizacyjnej. Evansowi przypadła w udziale funkcja dowódcy oddziału jeńców.

Przymuszony do tej roli przez japońskich oficerów, decydował o losie swoich kolegów, wysyłając ich często na pewną śmierć. W tej powieści Flanagan dotknął szczególnie osobistego wątku, gdyż jednym z więźniów, którzy przeżyli piekło azjatyckich obozów pracy, był jego ojciec.

Ten wątek historii jest trudny do przecenienia w kontekście przemian australijskiej świadomości narodowej – oto państwo do tej pory pewne swojej pozycji, w którym mocno jeszcze trzymały się narracje imperialno-rasistowskie (prowincje, w tym przypadku Imperium Brytyjskiego, zawsze najmocniej i najdłużej przechowują w sobie tego typu mocarstwowe narracje), zostało upokorzone i rzucone na kolana przez azjatycką potęgę. Z tego powodu przez lata wojenna trauma w Australii była wypierana ze zbiorowej świadomości. Dlatego też powieść Flanagana, mimo że ukazała się ponad 70 lat po wojnie, wzbudziła w jego ojczyźnie duży ferment. Nie bez znaczenia był tu oczywiście sposób, w jaki Flanagan ukazał losy australijskich jeńców. Jego narracja pełna jest naturalistycznych opisów fizycznej agonii: owrzodziałych kończyn, w które wdziera się gangrena, mięśni jeszcze za życia gnijących i odchodzących od kości, zatruć pokarmowych powodujących bolesną śmierć czy niekończącego się pasma upokorzeń, jakie fundowali więźniom japońscy oprawcy. To wszystko składa się na brutalny, ale i trudny do zaakceptowania obraz wojny, niepasujący do żadnej heroicznej narracji.

Kontynuacją tej osobliwej historii Australii (choć porządek chronologiczny wydawanych powieści był inny), jest „Klaśnięcie jednej dłoni”, która opisuje trudne losy rodziny imigrantów ze Słowenii. Osią powieści jest relacja między ojcem Bojanem a córką Sonją. Ratując się przed nazistowskim terrorem na Bałkanach, Bojan wraz z żoną zdecydował się na radykalny krok – uciekł na drugi koniec świata i ostatecznie trafił do Tasmanii. Na miejscu znalazł zatrudnienie przy budowie olbrzymiej tamy elektrowni wodnej. Rodzina nie wytrzymuje jednak próby nowego, surowego miejsca. Maria odchodzi (jak się później dowiadujemy – na zawsze), zostawiając Bojana z kilkuletnią wówczas Sonją.

Nadużywający alkoholu i niemogący się pogodzić ze stratą żony Bojan okazuje się fatalnym ojcem, dlatego też córka, gdy tylko dorasta, również go opuszcza. Po wielu latach, gdy sama znajduje się w trudnym momencie (jest w ciąży i nie wie, czy chce urodzić), postanawia wrócić do ojca w nadziei, że pomoże on jej poukładać na nowo życie. Ten kameralny dramat rodzinny rozgrywa się w środowisku imigrantów z Europy Środkowej żyjących na obrzeżach australijskiego społeczeństwa – w przenośni i dosłownie, bo powracająca w prozie Flanagana Tasmania to nie tylko trudna i nieprzyjazna kraina, ale też kraniec cywilizacji w ogóle.

Rekiny albo meduzy

W jednym z wywiadów Flanagan powiedział: „Piszę przede wszystkim poprzez uczucia, ale zawsze staram się nadać im strukturę, ponieważ powieść bez struktury jest jak meduza, która udaje rekina. Powieść musi ją mieć, inaczej jest niczym”. To bez wątpienia bardzo charakterystyczny rys jego pisarstwa, widoczny na poziomie kompozycji we wszystkich jego powieściach. Australijski prozaik zawsze organizuje swoje opowieści wokół pewnej przestrzennej metafory. W przypadku „Ścieżek...” jest to krwawa budowa linii kolejowej przecinającej dżunglę, w „Klaśnięciu...” kluczowym elementem świata głównych bohaterów jest tama – najpierw wznoszona z mozołem, potem górująca nad miasteczkiem.

Sytuacja nieco bardziej skomplikowana występuje w „Księdze ryb...”, która pod względem konstrukcji jest zdecydowanie najbardziej wyrafinowanym dziełem Flanagana. Fabułę tej powieści osadził on w nieco ironicznej i postmodernistycznej z ducha ramie (pewnie można się tu doszukiwać nawet śladów „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego). Główny wątek fabularny, czyli los skazańca Williama Goulda, opisany jest w znalezionym przypadkiem manuskrypcie, co do autentyczności którego pojawiają się liczne wątpliwości.

Kolonia karna znajdująca się na małej wyspie u wybrzeży Tasmanii zarządzana jest przez chimerycznego i trawionego melancholią komendanta, nieustannie snującego szalone plany rozbudowy i reorganizacji swojej placówki. Inspirując się ideami skąpo docierającymi z Europy, dokonuje on licznych modernizacji – buduje linię kolejową, choć nie ma to żadnego sensu, gdyż wyspa jest mała i właściwie niezaludniona, tworzy kasyno, licząc, że zwabi tym bogatych arystokratów z kontynentu, czy wraz z obozowym lekarzem próbuje przeprowadzić szeroko zakrojone badania antropologiczne i biologiczne (czego efektem jest między innymi tytułowa księga ryb). Każdy z tych projektów kończy się spektakularną klęską, a w jednej z ostatnich scen cała kolonia, najprawdopodobniej z rozkazu komendanta, ginie w płomieniach, które mają oczyścić tę ziemię pod budowę przyszłych, jeszcze bardziej utopijnych konstrukcji.

W „Księdze ryb...”, jak chyba w żadnej innej książce Flanagana, widać ścisłą relację między ową centralną metaforą przestrzenną, która organizuje całą powieściową rzeczywistość, a samym sposobem prowadzenia narracji: „Świat bowiem nie istniał więcej po to, aby stać się książką. Teraz istniała książka, żywiąca plugawą ambicję, żeby stać się światem” (ten i wszystkie inne fragmenty w tłumaczeniu Macieja Świerkockiego). Od samego początku rzeczywistość, którą opisuje Gould, narrator zasadniczej części powieści, podszyta jest fundamentalnym, wręcz ontologicznym fałszem. Pomijając już wątpliwy status manuskryptu, sama historia z każdym krokiem staje się coraz bardziej wątpliwa. „Wyglądało to na największe oszustwo w dziejach” – mówi Gould, gdy przegląda tajemnicze archiwum komendanta wyspy (który, swoją drogą, też okazuje się nie być tym, za kogo się podaje).
Gdy Gould ucieka z ogarniętego pożarem więzienia, natrafia na obóz tubylców, którzy palą w ognisku rozrzucone po całej wyspie dokumenty i inne papiery pochodzące ze zniszczonego archiwum. Narrator zaczyna czytać te nadpalone strony i z przerażeniem stwierdza, że „został uwięziony w książce, że jest postacią, której przyszłość i przeszłość zostały już napisane, zdeterminowane i przepowiedziane (...). Co innego mógł zrobić, jeśli nie zniszczyć książkę?”. Ale na tym nie koniec: „zdałem sobie sprawę, że nie jest to wcale koniec, tekst ciągnie się bowiem jeszcze przez kilka rozdziałów, i z narastającym przerażeniem przeczytałem na następnej stronie: »...zdałem sobie sprawę, że nie jest to wcale koniec, tekst ciągnie się bowiem jeszcze przez kilka rozdziałów, i z narastającym przerażeniem przeczytałem na następnej stronie...«”.

Pęknięcia

Szaleństwo, którego doświadcza Gould, a wraz z nim czytelnik, osiąga w tej scenie swój punkt kulminacyjny. Struktura – zarówno świata, jak i samej narracji – osiąga moment krytyczny, poza którym nie może już dalej się rozwijać. Dlatego też niezbędna staje się uwalniająca i oczyszczająca anihilacja, którą w tym przypadku przynosi ogień. Zarówno klęska komendanta wyspy, starającego się za wszelką cenę ustrukturyzować kolonię zgodnie ze swoimi szalonymi projektami, jak i klęska jej „kronikarza”, który próbował zrozumieć i opisać tę owładniętą szaleństwem rzeczywistość, jest symptomatyczną cechą całej prozy Flanagana, choć tu ujawnia się w wyjątkowo czystej postaci.

Czegoś podobnego doświadcza Bojan w „Klaśnięciu...” – w punkcie kulminacyjnym powieści tama, którą wznosił przez całe życie, a która jest również metaforą jego życia emocjonalnego (szczególnie w kontekście relacji z córką), pęka. „Kiedy Bojan usłyszał pierwszy złowrogi, choć osobliwie głuchy huk pękającego betonu, nie wiedział jeszcze, co tak naprawdę się rozpada. Nie wiedział (...), że tam w tamtej chwili on też zaczął się rozlatywać”. Analogicznie wygląda sytuacja w „Ścieżkach...”, gdzie krwawy i utopijny projekt budowy linii kolejowej przez dżunglę zostaje porzucony wraz z zakończeniem wojny. „Jeszcze później Linia zaczęła się zniekształcać i kruszyć. Pękały jej brzegi, a nasypy i mosty zabrała woda, która zalała wykopy. (...) Tam, gdzie królowała śmierć, powróciło życie”.

Flanagan jest bez wątpienia wielkim pisarzem struktur – są one jednak błogosławieństwem i zarazem przekleństwem. Jego prozę można czytać właśnie jako zapis zmagania się z tymi porządkującymi formami – zarówno rzeczywistość, jak i opowieści o niej. Tę walkę ostatecznie zawsze wygrywają żywioły destrukcyjne – ogień, woda lub nieposkromiona wegetacja azjatyckiej dżungli. Jeżeli na serio potraktować wypowiedź Flanagana o tym, że powieść bez struktury jest niczym, to jawi się on nie tylko jako wielki pisarz struktur, ale również jako genialny kronikarz nihilizmu – wszak meduzy mogą być przynajmniej równie ciekawe jak rekiny. ©

RICHARD FLANAGAN (ur. 1961) jest australijskim pisarzem urodzonym na Tasmanii, potomkiem irlandzkich zesłańców. W 2014 r. otrzymał Nagrodę Bookera za powieść „Ścieżki północy” (2013, pol. wyd. 2015), określaną jako australijska „Wojna i pokój”. Jest także laureatem Commonwealth Writers’ Prize, Queensland Premier’s Prize, Western Australian Premier’s Prize i Tasmania Book Prize. Duża część jego twórczości związana jest z historią Oceanii, w tym z mrocznym okresem dominacji brytyjskiej. Flanagan jest także filmowcem, w 1998 r. wyreżyserował adaptację swojej powieści „Klaśnięcie jednej dłoni” (1997, pol. wyd. 2016). W 2008 r. na ekrany kin weszła „Australia”, której scenariusz współtworzył. Niedawno ukazała się w Polsce jego powieść z 2001 r., „Księga ryb Williama Goulda”.

MICHAŁ SOWIŃSKI (ur. 1987) jest doktorantem na Wydziale Polonistyki UJ, redaktorem literackim w zespole organizacyjnym Festiwalu Conrada, współtwórcą (obok Katarzyny Trzeciak) audycji literackiej „Book’s not dead” w radiu radiofonia.net.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]