Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Co zobaczymy w Gdyni

Co zobaczymy w Gdyni

07.09.2015
Czyta się kilka minut
Trwa 40. Festiwal Filmowy w Gdyni. Zobacz, na jakie filmy czekają krytycy i przeczytaj bezpłatnie nasz specjalny dodatek festiwalowy.
Kadry z filmów od góry: „11 minut”, „Performer”, „Moje córki krowy”, Karbala” Fot. MATERIAŁY PRASOWE
B

BARBARA HOLLENDER „RZECZPOSPOLITA”

Lubię „Gdynię”, bo pozwala spojrzeć na polskie kino z lotu ptaka. Dostrzec nowe trendy, a czasem – i wtedy jest najciekawiej – oczami artystów przyjrzeć się Polsce. Jak będzie w tym roku? Czy zbliżający się Festiwal przyniesie takie dzieła, jak ten sprzed dwóch lat, gdy oglądaliśmy „Idę” Pawlikowskiego, „Papuszę” Krauzów i „Chce się żyć” Pieprzycy? Można się cieszyć, że do konkursów zgłoszono aż 53 tytuły. Rodzimy rynek nieźle funkcjonuje, pojawili się nowi producenci, niektórzy prawdziwie kreatywni. O Złote Lwy będą walczyć filmy twórców wszystkich pokoleń: od Janusza Majewskiego do Magnusa von Horna. Już dziś wiadomo, że zobaczymy kino bardzo różnorodne – od skromnych dramatów na dwoje aktorów po kryminały i produkcje historyczne. Jest w konkursie głównym kilka filmów, które znamy, m.in. znakomite „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej. A na co czekam najbardziej? Chyba na pisane bólem „11 minut” Skolimowskiego, na „Demona” Marcina Wrony. Na debiuty, m.in. Marcina Bortkiewicza, Agnieszki Smoczyńskiej. I jak zawsze – na niespodzianki. Ale też przeglądając program Gdyni czuję pewien niepokój. Filmy artystów, którzy szukają nowego języka kina, nie boją się eksperymentu i nie idą utartymi ścieżkami, trafiły do osobnej sekcji – Inne Spojrzenie. Trochę mi żal, że nie walczą o główne nagrody. Obawiam się, że w czasie tak intensywnych pięciu dni niewielu uczestników Festiwalu znajdzie czas, by je obejrzeć. A oryginalność jest w starzejącym się kinie wielką wartością. ©



JAKUB MAJMUREK „KRYTYKA POLITYCZNA”

W Konkursie Głównym polecam „Intruza” Magnusa von Horna. Film grany jest po szwedzku, akcja osadzona jest u naszych północnych sąsiadów, zrealizował go jednak twórca od lat mieszkający w Polsce, a zdjęcia robił znany z „Idy” Łukasz Żal. Dawno nie widziałem tak przemyślanego, oszczędnymi środkami budującego napięcie debiutu. Niezłym debiutem jest też „Noc Walpurgi” Marcina Bortkiewicza z brawurową rolą Małgorzaty Zajączkowskiej – to może być nagroda aktorska Festiwalu. Poza tym czekam na trzy inne filmy z Konkursu. „11 minut” – bo na nowego Skolimowskiego czekać zawsze warto. Na „Demona” – bo ciekawe jest, co Marcin Wrona zrobił z „Dybukiem”. I na „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej – musical o syrenach śpiewających na dancingach w czasach PRL-u. Przy projekcie tym pracowali najbardziej utalentowani twórcy młodego pokolenia, od scenarzysty Roberta Bolesty po operatora Jakuba Kijowskiego. Dużo sobie po nim obiecuję. Interesująco zapowiada się także sekcja Inne Spojrzenie. Ciekaw jestem filmu „Baby Bump”– debiutu Kuby Czekaja, autora świetnych krótkich metraży. W tej sekcji są także dwa filmy powstałe na styku kina i galerii: „Performer” Łukasza Rondudy i Macieja Sobieszczańskiego, gdzie Oskar Dawicki performuje na ekranie samego siebie, oraz „Walser” – postapokaliptyczny thriller Zbigniewa Libery. Od dawna śledzę próby wejścia artystów wizualnych do kina. Uważnie będę się przyglądał, jaką reakcję filmy te wywołają w Gdyni. W „Performerze” rolę mentora Dawickiego gra artysta Zbigniew Warpechowski. Nie jest to jego pierwsza przygoda z kinem, wcześniej projektował scenografię m.in. do „Zmór” Wojciecha Marczewskiego. Ten ostatni film zobaczyć będzie można w sekcji Czysta Klasyka. Korzystając z okazji, chętnie przypomnę sobie tę gęstą, duszną opowieść o dojrzewaniu w końcówce „długiego wieku XIX”. ©

ANITA PIOTROWSKA „TYGODNIK POWSZECHNY”

„Kraina niedojrzałości” – taki tytuł nosiła znakomita książka o polskim kinie napisana przez Waldemara Chołodowskiego. Zmarły przed dwoma laty eseista i krytyk diagnozował w niej wieczne aspiracje polskich twórców, którzy za wszelką cenę chcieliby stać się „Europejczykami”, podczas gdy w najlepszym razie, nawet gdy odnoszą sukcesy zagranicą, są po prostu „europeistami”. Minęło ponad 30 lat od napisania tych słów, ale nie da się ukryć, że do Gdyni jeździ się trochę jak na egzamin dojrzałości. Zdają go tak naprawdę nie ci, którzy dostają nagrody, ale ci, którzy nie mają kompleksów. Myślę jednak, że to samo wymaganie powinno dotyczyć także nas, krytyków czy widzów. Często przykładamy do polskiego kina jakąś specjalną miarę gorszości/lepszości. Uwolnienie się od tych porównań byłoby tak samo cenne jak uwolnienie się polskich filmowców od naśladownictw i nieautentycznych póz. Tego właśnie życzę – widzom i filmowcom – podczas tegorocznej edycji Festiwalu.

A oprócz konkursu, gdzie szczególnie intryguje mnie film „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej, na pewno rzucę okiem na sekcję Polonica – choćby po to, by upewnić się, że polscy filmowcy pracujący zagranicą są „Europejczykami”, a nawet obywatelami świata. Ciekawie zapowiada się debata „Forbesa” pt. „Media publiczne czy polityczne?”. Konformizm czy nonkonformizm – takich pytań nigdy dość, nie tylko przed wyborami. I także wobec polskiego kina. ©
 

TADEUSZ SOBOLEWSKI „GAZETA WYBORCZA”

Martwię się o polskie kino – że jest tak mało istotne, takie wtórne. Coraz częściej staje się jedynie kaligraficzną wariacją, efekciarską grą na tematy znane. Ta przesadna być może troska o nasze kino pozostała nam z czasów, gdy polskie filmy wyprzedzały potoczną świadomość. Bywały, jak mówił Kutz, prototypami. Dziś też jest możliwe takie prototypowe kino – jak w przypadku „Idy” Pawlikowskiego. Ale nie stała się ona żadnym „nowym otwarciem”, pozostała samotną wysepką. Coraz trudniej układać klocki rzeczywistości w nowy, zaskakujący sposób, w sytuacji gdy media codziennie ogłaszają nową apokalipsę.

Udaje się to Małgorzacie Szumowskiej (niechby wreszcie wygrała ten Festiwal!). Spośród tegorocznych debiutantów wiem, że udał się Magnusowi von Hornowi szwedzko-polski „Intruz”, historia współczesnego młodego Kaina. Jerzy Skolimowski w „11 minutach”, jak sam mówi, „stąpa po kruchym lodzie, na skraju przepaści”. Uda mu się przejść? Co jest po drugiej stronie? I czy jest jakaś druga strona?

Wreszcie, ciekawy przypadek z innego, popularnego rejestru, czyli „Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza – historia irackiej bitwy, wygranej przez Polaków, ale utajnionej z powodów politycznych przez Amerykanów. Wybrzydzałem na nasze filmowe „gry wojenne”: „Miasto ’44”, „Kamienie na szaniec”. W przeciwieństwie do tamtej histerycznej dziecinady, odkrywającej, że wojna jest zła i można na niej zginąć, „Karbala” to film o ludziach dorosłych w trakcie walki. Mimo wszystkich niedoróbek – ambitna krzyżówka kina w rodzaju „Snajpera” Eastwooda i kina z czasów PRL-u, o zapomnianym bohaterstwie w sojuszu z Wielkim Bratem. Jest w tym echo dawnych, świetnych nieraz filmów wojennych: „Potem nastąpi cisza” Morgensterna, „Kwietnia” Lesiewicza wg Hena, „Jarzębiny czerwonej” Petelskich, zapomnianego „Do krwi ostatniej” Hoffmana. Po pustyni irackiej snują się odwieczne polskie wątki: przymus heroizmu, rehabilitacja honoru, przemiana cwaniaka w bohatera. Bohaterstwo w służbie wielkiego sojusznika – jako nasz jedyny kapitał. Kino z prawdziwego zdarzenia, które mnie jakoś obchodzi. ©

MICHAŁ WALKIEWICZ FILMWEB.PL

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy relacjonowałem Festiwal w Gdyni, ludzie kłócili się o wyższość „Domu złego” Wojciecha Smarzowskiego nad „Rewersem” Borysa Lankosza. Daj Boże każdemu dziennikarzowi takie dylematy! Sztuka potrafiła wówczas zagłuszyć pieśń o środowiskowych przepychankach, o konieczności przewietrzania gmachu polskiego kina, o tym, że jakiś nestor musiał obserwować imprezę z trybun. Nie wiem, czy w tym roku będzie podobnie, ale coś tam się przecież ruszyło: mamy Oscara, jesteśmy bogatsi o udany kryminał („Ziarno prawdy”) i o dzieło, którym możemy zawstydzić całą Europę („Body/Ciało”).

Czekam głównie na zadania domowe z kina gatunków, na odrobione lekcje z horroru („Demon” Marcina Wrony), filmu wojennego („Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza) oraz thrillera społecznego („Obce niebo” Dariusza Gajewskiego, „Intruz” Magnusa von Horna). To sfera esencjonalna dla każdej kinematografii, zaś wymienionych reżyserów łączy doskonały warsztat, umiejętność stylizacji oraz budowania – i co ważniejsze – utrzymywania napięcia. To z Konkursu Głównego. W sekcji Inne Spojrzenie trzymam kciuki za Kubę Czekaja i jego „Baby Bump”. Autor dopiero debiutuje w pełnym metrażu, ale jego karierę w krótkich formach śledzę od wielu lat i zaryzykuję stwierdzenie, że peleton rodzimych filmowców będzie wkrótce oglądał jego plecy.

Wśród krótkich metraży znalazłem intrygujący film „Kac”. To o pracowniku Zakładu Rehabilitacji Alkoholowej, który traci wiarę w sens swojej pracy. Nie wiem, czy jego akcja rozgrywa się na Festiwalu w Gdyni, ale obejrzę ku przestrodze. ©

BARTOSZ ŻURAWIECKI „KINO”

W Gdyni liczę na ładną pogodę, która pozwoli na długie spacery brzegiem morza. Miałbym może także nadzieję na parę miłych rendez-vous, ale nie wiem, czy ktokolwiek z uczestników Festiwalu – po solidnej dawce codziennych seansów – zechce się wyrwać z wieczornych trybów bankietowo-piekiełkowych, by spotkać się w mniej upozowanych okolicznościach. I tyle. Niczego więcej nie oczekuję, bo kiedy człowiek oczekuje, to może się głęboko rozczarować, a tego przecież nikt nie lubi. Już lepiej dać się mile zaskoczyć. Powiem jedynie, że czytając opisy tych spośród filmów festiwalowych, których jeszcze nie widziałem, zwróciłem uwagę na nowelowy „Nowy świat”, gdyż porusza tematy, o których nasze kino głównie milczy (imigranci, transseksualizm, polska ksenofobia), oraz na „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, bowiem to pierwszy od wielu lat polski musical, w dodatku osadzony w martyrologicznych latach 80. XX wieku. Czyżby więc ktoś wreszcie potraktował naszą historię estetyką campu? Się zobaczy. Grunt, żeby nie wiało i nie padało. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]