Reklama

Kronika gwiezdnego czasu

Kronika gwiezdnego czasu

16.10.2006
Czyta się kilka minut
Czy historię Komitetu Obrony Robotników trzeba pisać na nowo? A może wystarczy wznowiona właśnie monografia sprzed ćwierćwiecza autorstwa jednego z założycieli Komitetu?.
Jan Józef Lipski podczas sesji w rocznicę Marca '68, rok 1981 /fot. ze zbiorów Marii Lipskiej
M

Można pisanie o dziele Jana Józefa Lipskiego zacząć od wspomnienia nocy z 14 na 15 września 1982 roku. W londyńskim mieszkaniu Marii i Łukasza Hirszowiczów Lipski kończy pierwsze zdanie postscriptum: "Jutro autor tej książki wraca z Londynu do Warszawy". Ciężko chory na serce (po wprowadzeniu stanu wojennego władze PRL odstąpiły od sądzenia go za udział w strajku w Ursusie w obawie, że może umrzeć na sali rozpraw), wypuszczony na leczenie za granicę, po otrzymaniu wiadomości, że w kraju postawiono w stan oskarżenia czterech działaczy KSS "KOR", a przeciwko niemu śledztwo toczy się zaocznie, wraca, by dzielić los przyjaciół i dzień później trafia do więzienia.

Można cofnąć się o kilka stron i kilkanaście miesięcy, do relacji ze zjazdu "Solidarności", na którym prof. Edward Lipiński odczytuje oświadczenie o samorozwiązaniu KSS "KOR", i do ostrego sporu, który wybuchł między delegatami, czy członkom Komitetu należy się podziękowanie. Oczekujący wówczas na zabranie głosu w dyskusji Lipski doznaje zaburzeń krążeniowych i trafia do szpitala. Ten - jak pisze - "niemądry epizod" jest w jego książce smutną pointą historii KOR-u, a dla nas również zapowiedzią słów o "różowych hienach", które padną pod adresem działaczy Komitetu już w wolnej Polsce.

Ale można też cofać się dalej. Do września 1976 r., kiedy po kilkutygodniowych dyskusjach Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń i Jan Józef Lipski doprowadzają do powstania Komitetu Obrony Robotników. Do lipca tamtego roku, kiedy kilkudziesięciu przyszłych członków i współpracowników KOR-u gromadzi się na korytarzu przed salą rozpraw warszawskiego sądu, gdzie rozpoczyna się proces przeciwko robotnikom Ursusa i gdzie nawiązują się pierwsze kontakty między chętnymi do pomocy a rodzinami represjonowanych. Do 25 czerwca, kiedy w Radomiu, Ursusie i kilku innych miastach Polski dochodzi do protestów robotniczych przeciwko podwyżkom cen żywności, brutalnie stłumionych przez ZOMO. Albo jeszcze o dzień wcześniej, kiedy premier Jaroszewicz zapowiada podwyżkę, a na imieninach Jana Józefa Lipskiego spotykają się przedstawiciele różnych, działających zazwyczaj oddzielnie środowisk opozycyjnych...

Prezydent

Może rzeczywiście warto byłoby zatrzymać się przy imieninach Lipskiego uwiecznionych przez jednego z gości, Janusza Szpotańskiego, w satyrycznej operze "Cisi i gęgacze, czyli bal u Prezydenta". "Prezydentem" był rzecz jasna gospodarz, w latach 60. i 70. człowiek-instytucja niezależnie myślącej Warszawy. Skąd się brało znaczenie tej postaci? Dlaczego w 1979 roku Edward Raczyński proponował przekazanie Lipskiemu urzędu prezydenta RP na uchodźstwie? "Szczupły, lekko pochylony, mówiący ściszonym głosem, z pozoru niezbyt energiczny, nie sprawiał wrażenia człowieka zdeterminowanego. Nie był płomiennym mówcą ani porywającym publicystą" - pisze Andrzej Friszke. A więc?

Historyk mówi o jego przywiązaniu do wartości demokratycznych i do praw człowieka. Brzmi trochę sucho, cóż tu jednak dodać? Wierność tym wartościom przez długie dziesięciolecia? Świadczenie o nich własną postawą? Był Lipski żołnierzem Armii Krajowej, miał Krzyż Walecznych za Powstanie Warszawskie, oparł się stalinizmowi, na fali październikowej odnowy wszedł do redakcji "Po Prostu" i współtworzył dyskusyjny Klub Krzywego Koła, w 1964 roku animował "List 34" - pierwszy w PRL-u protest intelektualistów tej rangi przeciwko zaostrzającej się polityce kulturalnej władz, wspierał rodziny aresztowanych w 1965 roku Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, mobilizował obrońców na procesy młodzieży marcowej, przekonywał innych, że warto coś robić w czasach Gomułkowskiej beznadziei i Gierkowskiej fałszywej stabilizacji - a wszystko to mimo choroby serca i dolegliwości związanych z powstańczą raną. Oraz mimo historycznoliterackiej profesji i pasji...

"Był romantykiem, gdyż idee, które wyznawał, były z natury rzeczy romantyczne, taki też charakter miało rzucenie wyzwania potężnemu systemowi. Zarazem starał się, by stosowane metody były rozsądne, realistyczne, dawały wymierne efekty, by nie zapominać o pozytywistycznym nakazie pracy u podstaw" - podsumowuje Friszke. Lipski, agnostyk, ale mocno inspirujący się chrześcijańskim humanizmem i chętny do dialogu z ludźmi innych przekonań, tradycji, pokoleń, "był człowiekiem krystalicznie uczciwym, bezinteresownym, wrażliwym moralnie".

Co do tego, że powstanie KOR-u nie byłoby bez niego możliwe, zgadzają się wszyscy. W wielu wspomnieniach przewijają się słowa "pomost" czy "łącznik" i obraz siwowłosego okularnika cierpliwie wydeptującego ścieżki między jednym a drugim opozycjonistą czy pisarzem, przynoszącego w swoim chlebaku kolejny list do podpisania, kolejną wersję oświadczenia do akceptacji albo proszącego o pieniądze dla represjonowanych. A także jeżdżącego na procesy robotników do Radomia, zatrzymywanego i więzionego, zaś po wypuszczeniu na wolność w związku z przebytym w celi zawałem deklarującego prokuratorowi, że "nie może obiecywać, iż zaniecha działalności z okresu przed aresztowaniem, świadom konsekwencji tego rodzaju postępowania".

Komitet

W tych dniach ukazało się wznowienie jego głośnej monografii KOR-u, napisanej - jako się rzekło - w ciągu kilkumiesięcznego pobytu w Londynie w 1982 roku i wydanej rok później nakładem Aneksu. Wznowił ją IPN na fali obchodów 30. rocznicy powstania Komitetu; obchodów, których ważnym punktem było przyznanie przez prezydenta RP odznaczeń dawnym członkom i współpracownikom KOR-u, samemu zaś Janowi Józefowi Lipskiemu - pośmiertnie Orderu Orła Białego.

KOR był fenomenem z wielu powodów; najważniejsze wylicza Friszke w obszernym wstępie. Po raz pierwszy od 1947 roku stworzono w PRL ośrodek opozycji działający jawnie i przed długi czas, skupiający przedstawicieli różnych pokoleń, światopoglądów i doświadczeń życiowych, wydający własne pisma i książki, odwołujący się do zachodniej opinii publicznej, nade wszystko zaś: funkcjonujący na podstawie obowiązującego w PRL prawa i respektowanych przez Polskę Ludową umów międzynarodowych. Kiedy w październiku 1976 roku członkowie KOR-u są wzywani na rozmowy ostrzegawcze, wykazują rozmawiającym z nimi urzędnikom, że działalność Komitetu nie narusza obowiązującej ustawy o stowarzyszeniach.

Pierwsze wydanie książki o KOR-ze ukazało się w czasie, kiedy przeciwko jego członkom prowadzono kolejne śledztwo, część z nich siedziała w więzieniu bądź ukrywała się po wprowadzeniu stanu wojennego. Było jasne, że Lipski nie może pisać o wszystkim. Sam mówi skromnie o pracy dającej podstawę do przyszłych syntez, porządkującej dostępne mu informacje, kronikarskiej raczej niż kreującej efektowną wizję wydarzeń. Tłumacząc, skąd brał się mało atrakcyjny język dokumentów KOR-u (chodziło o mówienie tylko prawdy, niesugerowanie niczego więcej, niż mówi się wprost, niełatanie informacyjnych dziur frazesami), również stawia na styl faktograficzny i nieco suchy. Stąd - jak zauważa Friszke - "nie oddaje w pełni atmosfery ruchu KOR-owskiego, szczególnie silnie przeżywanej przez młodzież. Dla niej KOR był przeżyciem pokoleniowym, doświadczeniem moralnego sprzeciwu, społecznej solidarności, odwagi osobistej, ale też wspólnoty i przyjaźni".

"Większość z nas była w euforycznym nastroju: mieliśmy poczucie potwornego sukcesu i tego, że żyjemy w enklawie wolności - mówił "Tygodnikowi" Seweryn Blumsztajn. - Oczywiście, czasem nas z tej enklawy wyjmowali na 48 godzin, przychodzili do domu, robili rewizje, straszyli - to było nieprzyjemne, ale zachowując proporcje, było trochę tak, jak w opowieści Piotra Słonimskiego o Powstaniu Warszawskim: człowiek, który stał pod murem i czekał na rozstrzelanie, mówi, że to były fantastyczne czasy, najlepszy okres w jego życiu. Robiliśmy coś, co się wydawało niemożliwe, i ciągle się nam udawało". Przypomina się tytuł książki wspomnień Jacka Kuronia: "Gwiezdny czas"...

Etos

Z tej perspektywy najbardziej interesującym rozdziałem książki Lipskiego pozostaje "Etos Komitetu Obrony Robotników", w którym autor wychodzi na moment z roli sprawozdawcy i próbuje opisać styl działania członków KOR-u. Przede wszystkim - podkreśla - była to działalność społeczna, nie polityczna, mimo że np. Jacek Kuroń, Adam Michnik czy Antoni Macierewicz byli w pierwszym rzędzie politykami. Na czym polegał styl społecznikowski? "Na dominacji zainteresowania konkretnym człowiekiem, któremu trzeba pomóc: pieniędzmi, radą, zorganizowaniem pomocy adwokackiej, lekarskiej, wyszukaniem pracy, czasami wsparciem duchowym" - pisze Lipski. Przypomina, że w niektórych środowiskach opozycyjnych mówiło się o KOR-owcach z przekąsem: "społecznicy", i dodaje: "w KOR-ze takie określenie przez kolegów było wyróżnieniem".

W KOR-ze ceniono szczególnie wkład pracy i konkretność wysiłków. Lipski zauważa, że wielki autorytet Kuronia brał się nie tylko z jego ogromnej inicjatywy ideowej i organizacyjnej, ale także z poświęcenia całego życia prywatnego na "straszliwą orkę" i z zamiany własnego mieszkania w "stale funkcjonujący urząd komunikacyjno-informacyjny, a nawet w hotel".

Punkt kolejny, do którego przyjdzie jeszcze wrócić: stosunek do możliwości penetrowania Komitetu przez SB. Zgłosić się do współpracy z KOR-em mógł każdy, każdemu dawano kredyt zaufania. "Panowała zgoda co do tego, że większym niebezpieczeństwem dla ruchu tego typu jest powstanie atmosfery, w której każdy każdego podejrzewa, niż przeoczenie kilku agentów". Oczywiście - dodaje Lipski - każdy współpracownik KOR-u przechodził przeszkolenie z kodeksu postępowania karnego sprowadzające się do obowiązującego kanonu, że z SB się nie rozmawia. Tępiono też zarozumiałe mniemanie, że nie ma się czego obawiać, bo inteligentny opozycjonista wyprowadzi w pole tępego ubeka: "Rzeczywistość była taka, że nie zawsze opozycjonista był aż tak inteligentny, a ubek przeważnie nie był idiotą".

Pozostałe zasady wydają się oczywiste: pobudzanie do działań innych środowisk i dążenie do ich uniezależnienia (powstanie Niezależnej Oficyny Wydawniczej czy Studenckich Komitetów Solidarności jako instytucji autonomicznych było wręcz postulowane), szacunek dla pieniędzy społecznych (dylematy: czy można jadącym z pomocą do Radomia zwracać koszty podróży? czy zatrudniać profesjonalistów do poligrafii?), mówienie prawdy (stąd te kłopoty z językiem dokumentów), wyrzeczenie się stosowania przemocy i rezygnacja z retoryki nienawiści... Także gotowość do wybaczenia "nie tylko błędów, ale nawet zła czynionego innemu człowiekowi" - stąd otwarcie na ludzi współpracujących niegdyś z partią komunistyczną. "Jeśli rzeczywiście etyka chrześcijańska w sposób zasadniczy warunkowała to środowisko, to zapewne pamiętano, jak wielka jest radość z odnalezienia jednej zbłąkanej owcy, oraz że Piotr ze strachu trzykrotnie zaparł się Chrystusa, że prześladowcy chrześcijan, Szawłowi, słusznie wybaczyli ci, do których przyszedł, by być z nimi, i że rzucać kamienie winni ci, którzy są bez grzechu".

Każdy z tych elementów KOR-owskiego etosu opisuje Lipski na przykładach. Sprawa prokuratora Rozwensa - prześladowcy opozycji, który strzelając kiedyś po pijanemu zabił dziecko - przedstawiona została w KOR-owskim "Biuletynie Informacyjnym" szyderczo, co wzbudziło wśród działaczy wątpliwości, czy nie jest to wyraz Schadenfreude. Głośna polemika wokół "Traktatu o gnidach" Piotra Wierzbickiego wywołała problem stosunku do tych, którzy konstruowali najróżniejsze usprawiedliwienia, byle tylko nie zaangażować się w coś, co wywoła niezadowolenie władzy. Czy wszyscy oni są gnidami? Polemizujący z Wierzbickim Michnik zwracał uwagę na niebezpieczeństwo wykształcenia się czegoś w rodzaju pychy opozycjonistów - jedynych sprawiedliwych, a opisujący ten spór Lipski nazywa go klasycznym przykładem potrzebnej polemiki, bo i zjawiska budzące gniew Wierzbickiego istniały naprawdę, i niebezpieczeństwa płynące z jego postawy nie były wymysłem Michnika.

Oprócz wspomnianego już chrześcijaństwa, do którego przyznawali się w zdecydowanej większości również niewierzący członkowie Komitetu (por. esej Jacka Kuronia "Chrześcijanie bez Boga" opublikowany pod pseudonimem w miesięczniku "Znak"), na etos KOR-u składało się dziedzictwo laickiej inteligencji lewicowej przełomu XIX i XX wieku (por. "Rodowody niepokornych" Bohdana Cywińskiego, a zwłaszcza "Kościół, lewica, dialog" Adama Michnika), a wreszcie pamięć II wojny światowej, AK i Państwa Podziemnego. Przy zastrzeżeniu, że - jak pisze Lipski - "w KOR-ze nie lubiano patriotycznej deklamacji, odmieniania słów »ojczyzna« i »naród« przez więcej przypadków, niż zna ich gramatyka języka polskiego". Tu zapewne tkwi przyczyna części nieporozumień z innymi odłamami przedsierpniowej opozycji biorącymi "patriotyczny ekshibicjonizm" za najwyższą miarę zasług dla niepodległości.

Ubecja

Lipski pisał swoją monografię w czasach, kiedy zasób danych na temat KOR-u był jednostronny, w wielu sprawach trzeba było zachowywać dyskrecję, a archiwa partyjne czy ubeckie pozostawały niedostępne. Warto postawić pytanie, na ile zmienia to dzisiejszy odbiór książki albo - by przywołać używaną ostatnio formułę - czy historię Komitetu Obrony Robotników trzeba pisać na nowo?

Andrzej Friszke przeanalizował dwieście tomów akt dotyczących najważniejszych działaczy środowiska KOR-owskiego. Jego zdaniem pojedynczy tajni współpracownicy SB trafiali się w drugim lub trzecim szeregu współpracowników KOR-u i nie mieli wpływu na działalność całej instytucji. Wiedza bezpieki była oparta głównie na wiadomościach zewnętrznych (np. podsłuchach telefonicznych i mieszkaniowych). Informacje najściślej strzeżone (drogi przesyłania pieniędzy, skład ekip jeżdżących do robotników, adresy powielarni czy miejsc, gdzie przechowywano kartoteki represjonowanych) w ubeckich teczkach się nie pojawiają.

Książka Lipskiego długo więc jeszcze pozostanie najważniejszym źródłem dla poznania historii KOR-u. Badania w archiwach IPN pozwalają na zweryfikowanie pewnych nieścisłości (choćby w datach: podsłuchujący ubek, jak się okazuje, lepiej pamięta termin jakiegoś spotkania niż jego uczestnicy), odsłaniają kulisy podejmowania decyzji o represjach, grach operacyjnych i prowokacjach, na tym jednak ich znaczenie w interpretowaniu tej historii się kończy.

Chyba że z lektury ubeckich teczek wyciągniemy jeszcze jeden wniosek: że niekiedy działania podejmowane przez policję polityczną osiągały cel. Na skutek ataków propagandy czy złośliwych pogłosek w społeczeństwie utrwalał się obraz niebezpiecznych radykałów albo - z drugiej strony - kryptokomunistów. Czytając w ostatnich miesiącach prasę, niekiedy trudno było oprzeć się wrażeniu, że obserwujemy pośmiertne życie tamtej propagandy.

Jan Józef Lipski, "KOR", wstęp: Andrzej Friszke, Warszawa 2006, Instytut Pamięci Narodowej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]