Rozmowa Artura Sporniaka z Tomaszem Terlikowskim i Tomaszem Stawiszyńskim „Kościół pod turbopapieżem”, którą właśnie publikujemy, głęboko poruszy wierzących i tych, którzy z uwagą patrzą na katolicyzm. Terlikowski, który – wydaje się – przeszedł już tyle faz „bycia katolikiem w Polsce” (piszę o tym bez cienia ironii), pytany o przyszłość Kościoła, odpowiada szczerze: „nie jestem prorokiem i tego nie wiem”. Też tak myślę, już niejeden raz tak wiele się przecież zmieniało w Kościele, a i on sam zmieniał się, niemal nie do poznania.
Nasz stosunek do Kościoła jest raczej obyczajowy niż rozumny i krytyczny. Odwracamy się od niego, twierdząc, że swoje sprawy z Bogiem załatwiać będziemy sami na swój sposób. Faktem jest, że przez wieki Kościół wprowadził wiele praw i zasad, by zaaplikować jakąś swoją interpretację myśli Boga. Dziś (nie tylko zresztą dziś, bo i w historii) wiele z tych interpretacji unieważniło się albo uległo zmianie. W końcu człowiek poznaje swoją naturę, może staje się coraz bogatszy w wiedzę, co zresztą wcale nie znaczy, że jest mądrzejszy. W każdym razie tej mądrości oczekuje od Kościoła, który w ciągu wieków dał jej dowody. Choć nie zawsze i nie natychmiast.
W moim życiu przeżyłem wiele takich zmian, przeżywaliśmy je wszyscy, nie tylko ja, nie będę ich tu szczegółowo opisywał. Wspomnę tylko jako przykład przepisy o poście eucharystycznym, czy o przyczynach uznania małżeństwa za nieważne. W ciągu stuleci takich zmian było nieskończenie więcej. Dziś, jak się wydaje, Kościół stoi wobec konieczności kolejnej rewizji, czym jest i jak ma służyć ludziom do zbawienia, jak spełniać misję Chrystusa.
Chrześcijaństwa bez krzyża nie ma. Żadne chwyty retoryczne nie mogą tego skreślić. „Niech weźmie swój krzyż” – mówi Jezus i taka jest droga chrześcijańska. Jaki krzyż, kiedy go wziąć – o to już Pan Bóg się zatroszczy. Oczywiście nie jest dobrze, jeśli produkcją naszych krzyży zajmują się nasi bliźni, choć tak niestety często bywa.
Rozmowa w „Tygodniku” kończy się konkluzją autora książki „Reformacja 2.0”, że „pewien model kościelności, myślenia teologicznego i władzy wyczerpał się”. Mogę spokojne powiedzieć, że i ja nie jestem niczego w tej sprawie pewien i nie wiem więcej, niż wiem. Historia nie ma w zwyczaju się powtarzać, parodii w ostatnich czasach mieliśmy już dość. Pomyślmy o tym na serio: reformy zaczynały się zwykle w jakimś środowisku, zakonnym lub innym stricte kościelnym. Zwykle spotykały się ze sprzeciwem tych, którzy obawiali się jakiejkolwiek zmiany.
Stopniowo jednak zmiany wchodziły w życie, jedne łatwo, inne z wielkim mozołem. Jestem pewien, że taki proces już ma miejsce, choć nie ośmieliłbym się powiedzieć, gdzie i jak się dokonuje. Decyzje papieży od Jana XXIII, w różny – pewnie właściwy epoce i papiestwu – sposób, w tym partycypowały. Konieczne – tak, bez wątpienia konieczne – zmiany następują i będą następowały. Z poplątania języków rodzi się nowy język Kościoła. Ale też proces ów będzie trwał i będzie wiele kosztował ludzi dobrych intencji i dobrej woli. Dla mnie niezwykłym znakiem czasu są wybory ostatnich papieży. I ich odwaga we wprowadzaniu zmian, połączona z powściągliwością. To jest niezwykłe i widać w tym logikę Bożą.
Rady? Mogę dać tylko jedną radę: przyjrzyjmy się uczciwie własnej wierze i w obliczu Boga (jeśli trzeba), z Ewangelią w ręku (mówię to z lękiem) skorygujmy ją. Chrystus jest naprawdę blisko.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















