Poranek. W dawnym pałacu Saddama nad ruinami Babilonu polski 10. Batalion wstaje bardzo wcześnie. Staramy się wykorzystać jak najwięcej dnia, by nawet najdłuższe konwoje mogły dotrzeć na miejsce przed wieczorem. Jeszcze w ciemności jemy śniadanie w stołówce, obsługiwanej - jak chyba każda w obozach koalicji w Iraku - przez Hindusów.
Tam...
Jadąc w kierunku Kuwejtu korzystamy najczęściej z niedokończonej autostrady, przecinającej w kierunku południowo-wschodnim pustynne tereny między dwiema wielkimi rzekami Iraku: Eufratem i Tygrysem. Mosty, których budowę przerwano w połowie, porzucone betoniarki - prace przerwało tu wkroczenie wojsk koalicji.
Przez 80 km jezdni właściwie nie ma i wśród tumanów kurzu ścigamy się ze znacznie dłuższym węgierskim konwojem, który również zmierza do Kuwejtu. Tu spotykamy płonącą ciężarówkę. Stojący obok Amerykanie uspokajają, że to tylko wypadek, jednak wielu naszych żołnierzy zażarcie fotografuje scenę.
Asfalt powraca. Przy drodze coraz więcej irackich dzieci prosi o jedzenie i wodę, niemiłosiernie kalecząc angielski. Czasami dajemy im amerykańskie racje, starając się odkładać na bok te z wieprzowiną. Trudno tym dzieciom wyjaśniać w biegu, że danie główne należy podgrzać, wkładając je do załączonego woreczka z karbidem i wlać potem do tegoż woreczka odrobinę wody. Czasem dręczy nas podejrzenie, że ktoś może próbować zjeść i karbid...
Asfaltowa nawierzchnia i dzieci to znak, że zbliżamy się do doliny Eufratu. Przejeżdżamy przez most koło miasta An-Nasirijja. W tej okolicy amerykańscy marines toczyli w marcu najcięższe w tej wojnie walki, tracąc kilkudziesięciu poległych.
Rzeka rozczarowuje każdego, kto oglądał na mapie gruby niebieski pasek zaznaczający jej bieg i czytał pobudzające wyobraźnię opowieści biblijne. Rzeka nie jest szeroka, woda mętna, a pas zieleni na jej brzegach (‘iraq - stąd nazwa kraju) miejscami zupełnie zanika. Jesteśmy już w strefie brytyjskiej i kierujemy się szybko do najbliższej bazy wojsk koalicji - pamiętając, że jak Irak długi i szeroki, na lunch w bazie trzeba zdążyć przed 13.30.
Ale próbując dojechać do bazy, mylimy nieco drogę - i całe szczęście, bo dzięki temu możemy zobaczyć ruiny zikkuratu, czyli sumeryjskiej piramidy znaczącej położenie miasta Ur, biblijnego miejsca narodzin Abrahama. Włoscy żołnierze pokazują właściwy kierunek, a my żałujemy, że nie zrobimy zdjęć z bliska potężnym ruinom.
Wracamy kilka kilometrów i znajdujemy bazę; tu jemy upragniony lunch i tankujemy paliwo. W stołówce znów hinduska obsługa i znajome jedzenie. Cieszymy się jak dzieci, gdy w którejś z baz znajdziemy na stołówce lepszą niż gdzie indziej wędlinę, a Ice Tea smakuje bardziej jak herbata.
W “innych" strefach na Polaków patrzy się często z nieukrywanym zaciekawieniem. W Bagdadzie czy w strefie brytyjskiej musimy wciąż wyglądać egzotycznie, bo rozmawiający z ożywieniem żołnierze potrafią nagle na nasz widok zamilknąć - albo po tajemniczych kolorach naszych naszywek zaczynają dochodzić półgłosem, jakiego państwa mogą być to barwy.
Po wyjeździe z bazy, na autostradzie w kierunku Basry i granicy z Kuwejtem, przeżywamy moment napięcia. Teren jest pustynny, jedziemy pod wiaduktem, a na to wszyscy są uczuleni: wiele razy słyszeliśmy od Amerykanów o granatach, rzucanych na konwoje z takich wiaduktów.
Przejeżdżamy jednak spokojnie - tak jak pod kilkudziesięcioma innymi wiaduktami tego dnia. Nagle jednak słychać charakterystyczny trzask. “Strzelają? Oberwaliśmy?". Chyba tak. Na wydmach przy drodze widać w odległości może stu metrów dwie postaci. Żołnierze odbezpieczają broń: pistolety “Beryl" i ręczny granatnik. Strzelać? Dowódca konwoju nie daje rozkazu, więc jedziemy dalej, tylko jeszcze bardziej wyczuleni i napięci. Dopiero na granicy kuwejckiej obejrzymy ślad po pocisku. W podobnych wypadkach należy jak najdalej odjechać z zagrożonego odcinka i jeśli tylko żaden pojazd nie został unieruchomiony - nie stawać.
Przez następne 150 km do granicy w Safwan dyskutujemy o “incydencie", najpierw poważnie, a potem żartując. I dobrze: na granicy okazuje się, że śladu po kuli nie ma, a trzask mógł pochodzić z wentyla w jednym z samochodów. Emocje były jednak prawdziwe, co jeszcze raz pokazało, w jakim stresie żołnierze wyczekują “tej pierwszej akcji". Ciągle słyszymy komunikaty o zamachach i walkach w strefie amerykańskiej - i stale zadajemy sobie pytanie, kiedy staną się one naszym udziałem.
Granica kuwejcka. Ulga: można zdjąć kamizelkę przeciwodłamkową, hełm, i rozsiąść się wygodnie. Kuwejt to także możliwość korzystania z telefonów komórkowych i utęsknionego kontaktu z bliskimi bez czekania w kolejce - więc chwytamy za doładowane wcześniej komórki i jak szaleni wystukujemy sms-y do Polski.
Właściwie już na dobre 100 km przed granicą można korzystać z usług kuwejckich operatorów. Podobnie jest na północy Iraku, gdzie w autonomicznym de facto regionie kurdyjskim od 1991 r. działają operatorzy telefonii komórkowej. Na pozostałym terytorium Iraku - w tym w “naszej" strefie i w Bagdadzie - jedyną możliwość korzystania z mobilnej telefonii zapewnia drogi operator lokalny, korzystający z satelity.
... i z powrotem
Po jednodniowych “wakacjach" w Kuwejcie (gdzie rzeczywistość jest tak odmienna od irackiej) ruszamy z powrotem do bazy Babilon pod Al-Hilla. Przypominają nam się słowa pewnego Kuwejtczyka, który - słysząc, gdzie stacjonujemy - zapewniał z rozbrajającym uśmiechem, że za milion dolarów nie pojechałby do Iraku...
Zakurzona, niedokończona autostrada budziła w nas tak złe wspomnienia, że dowódca postanawia wracać inną, “starą" drogą, biegnącą mniej więcej wzdłuż Eufratu. Jej plusem jest nieprzerwana asfaltowa nawierzchnia. Minus - to konieczność przejechania przez środek kilku miasteczek i jedno większe miasto: As-Samawa. Centrum miasta to zawsze ryzykowne miejsce dla konwoju, nawet jeśli cała droga biegnie przez stosunkowo spokojne terytorium szyickie.
Z trasą, którą przyjechaliśmy, rozstajemy się pod An-Nasirijją. Niedokończona autostrada ucieka mostem za Eufrat, a my przecinamy kolejne wioski i miasteczka. Patrzymy zaciekawieni, bo jeżdżąc zwykle autostradami, mamy niewiele możliwości popatrzenia, jak żyją zwykli Irakijczycy. Ale tu przykra niespodzianka: pierwsze miasteczko Al-Batha - i wśród machających przyjaźnie dzieci nagle jedno podnosi kamień i celnie ciska w pojazd dowódcy. To dla nas pierwszy taki przypadek - i choć w gruncie rzeczy nieistotny, znów przypomina, że dla wielu jesteśmy siłami okupacyjnymi.
Jednak dalej nic nieprzyjemnego się nie dzieje. Mijamy grupy szyickich pielgrzymów z flagami czarnymi, zielonymi i czerwonymi. Niemal wyłącznie mężczyźni, maszerują setki kilometrów w stronę Karbali na rocznicę urodzin (mawlid) Husajna. Jego bohaterska śmierć w 680 r. w nierównej walce z wojskami sunnickiego Jazida, kalifa Damaszku, to główny punkt odniesienia szyickiej tradycji i martyrologii. Musimy pamiętać, że środkowy Irak - tereny, gdzie stacjonują polskie wojska - są dla szyitów świętą ziemią, przesiąkniętą męczeńską krwią ich przodków.
Przy drogach rzadko tylko spotykamy znaki drogowe czy tablice informujące o nazwach mijanych miejscowości. Za to co kilkanaście kilometrów małe, nieporadnie zabazgrane tabliczki kierują uwagę pobożnych kierowców na kolejny marqad - mauzoleum szyickiego duchownego (imam), potomka Proroka (sayyid) czy męczennika (szehid). Niebieskie, zielone, turkusowe, a z rzadka i złote kopuły mauzoleów są szokującym przerywnikiem dla brudnych i zaśmieconych miasteczek lub monotonnych gajów palmowych na odludziu.
Skoro nie pomagają znaki drogowe, posiłkujemy się nawigacją satelitarną i każdy nowy szlak nanosimy na GPS. Jadąc tą samą drogą po raz kolejny, nie musimy już prosić o pomoc policji irackiej ani przechodniów. Teraz jednak przemierzamy ten szlak po raz pierwszy - i jeśli musimy zatrzymać konwój na dłuższą chwilę, żołnierze muszą wyskoczyć z pojazdów i w dwóch rzędach ubezpieczać kolumnę od strony jezdni i pobocza.
W tych warunkach wyzwaniem staje się przerwa na toaletę. Publiczne toalety nie wchodzą w rachubę, a choć zagrożenie minami w Iraku jest podobno znikome, to doświadczenia misji z Bośni i Kosowa uczą, by nie załatwiać potrzeb fizjologicznych na poboczu. Tak więc podczas konwoju pozostaje (także kobietom) znaleźć miejsce z innej strony samochodu - na środku jezdni.
Eufrat przekraczamy tym razem w As-Samawa. Tu, podobnie jak w An-Nasirijji, Amerykanie musieli w ciężkich walkach przełamywać opór armii Saddama. Budynki po północnej stronie rzeki, flankujące wylot szosy ku Bagdadowi są podziurawione jak rzeszoto. Odtąd aż do Al-Hilla, koło której znajduje się nasz obóz, jedziemy przez tereny rolnicze, gęsto zaludnione, zagłębie gajów palm daktylowych. Zanim odkryto ropę, to ich uprawa była podstawą irackiej gospodarki, a daktyle - eksportu. Do dziś irackie daktyle uchodzą za najlepsze na świecie. Krajobraz pod wieczór staje się melancholijny, niebo nad palmami zasnute jest typowymi dla Iraku smugami dymu z licznych domowych piecyków na ropę. Jak zjawiska z innego świata wyglądają sanktuaria w Qawam Hamza - wypełnione tłumem pielgrzymów, wyłożone turkusowymi płytkami kaszi - albo w Qasim, sklepione złotą kopułą. Ostre, nieprzyjemne zapachy dochodzące z otaczających targów tworzą kontrast z przepychem bożych przybytków.
W Qasim trafiamy na korek: środek zatłoczonego miasteczka blokuje zepsuta ciężarówka. Przypominają się opowiadania marines, którzy ostrzegali nas, że takie zatory bywają pułapkami. W Bagdadzie, Tikrit i Falludży często zdarzały się Amerykanom takie sytuacje: oddzielone od siebie mrowiem ludzi i zablokowane “zepsutymi" ciężarówkami pojazdy konwoju są łatwym celem. Widząc falę dzieci napierających w kierunku naszych samochodów ze wszystkich stron zastanawiamy się, czy zauważylibyśmy, gdyby ktoś niepostrzeżenie wrzucił granat na “pakę" odkrytego Honkera. Kilku z nas musi w końcu wysiąść i ruszyć w kierunku blokującej przejazd ciężarówki. Okazuje się, że na miejscu jest już iracki policjant. Pozdrowienie po arabsku i prośba o przyspieszenie regulacji ruchu skutkują. Tłum pozytywnie reaguje na człowieka w obcym mundurze, mówiącego w ich języku i ze spokojem. Znowu byliśmy czarnowidzami.
Po minięciu Qasim do bazy zostaje nam tylko kilkadziesiąt kilometrów. Już po zmroku przejeżdżamy przez “nasze" Al-Hilla. Nie można jednak pozwolić sobie na rozluźnienie, bo - jak przeczytaliśmy w Kuwejcie w amerykańskiej gazecie wojskowej “Stars and Stripes" - podczas naszej nieobecności polscy żołnierze w Al-Hilla zastrzelili Irakijczyka, w obronie własnej.
Za niecałą godzinę jesteśmy w “domu" - czyli w pałacu Saddama - i oglądamy polskie dzienniki telewizyjne, aby dowiedzieć się, co tego dnia wydarzyło się w Iraku...
Autor jest arabistą, tłumaczem przy 10. Batalionie Zmechanizowanym w Iraku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















