W poniedziałek 27 stycznia odbyło się posiedzenie komisji powołanej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w konkursie na dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie. O tym, że dziwna to komisja, informuje (chyba nieświadomie) nagłówek opublikowanego po posiedzeniu „Protokołu z obrad komisji rekomendującej, wybierającej kandydata na dyrektora Teatru Narodowego”.
Brzmi to tak, jakby sam organizator nie bardzo wiedział, co ta komisja ma robić – rekomendować czy wybierać, i w końcu kogo, bo czworo kandydatów wybrało już wcześniej Ministerstwo, zapraszając do zamkniętego konkursu Jana Klatę, Michała Kotańskiego, Joannę Nawrocką i Pawła Płoskiego. Spieszę więc wyjaśnić: komisja miała rekomendować, a nie wybierać, kandydatów, a nie kandydata. Tak stanowi regulamin jej prac upubliczniony dopiero po zakończeniu posiedzenia wraz z jego protokołem. Komisja zebrała się, by z tej czwórki wybrać dwie osoby i przedstawić je do ostatecznego wyboru, którego ma dokonać ministra Hanna Wróblewska.
Z protokołu można się też wreszcie dowiedzieć, że komisji przewodniczył Wojciech Malajkat, a w jej składzie znaleźli się: Anna Grycewicz-Łoś (przedstawicielka zespołu artystycznego Teatru), Krzysztof Głuchowski, którego w środowisku teatralnym przedstawiać nie trzeba, Agnieszka Morawińska, była dyrektorka Zachęty, wykładowczyni Akademii Teatralnej, oraz Paweł Woźniak, reprezentujący Solidarność i zarazem pracowników technicznych Narodowego.
Zespół miał więc w komisji znaczący głos, wzmocniony jeszcze zamieszczonym w protokole oświadczeniem Anny Grycewicz-Łoś, które w otoczeniu suchych urzędniczych formuł typowych dla takich dokumentów zabrzmiało szczególnie dramatycznie. Mowa w nim o niedoświadczonej wcześniej przez Zespół rewolucji i o tym, że z jego perspektywy zmiana na stanowisku dyrektora to „najważniejsze wydarzenie od czasu odbudowy Teatru”. Trudno tej tezie odmówić racji.
Tym bardziej dziwi tryb, w jakim się ową zmianę przeprowadza. Naprawdę nie wiem, dlaczego nie powołano – wzorem wcześniejszych konkursów – ciała eksperckiego ze zwyczajowym udziałem przedstawiciel liczących się w środowisku stowarzyszeń, przede wszystkim ZASP. Zamiast stworzyć komisję, której autorytet odpowiadałby wadze decyzji i tę złożyć na jego barki, wymyślono system niemal tak pogmatwany jak nowy format piłkarskiej Ligi Mistrzów, co wraz z długim brakiem pełnej informacji tworzy wrażenie jakiejś niejasnej kombinacji.
Nadal więc nie wiadomo, kto zostanie dyrektorem Narodowego. Wiadomo, że Komisja rekomendowała dwóch kandydatów: Jan Klata dostał 3 głosy, Michał Kotański – 2, pozostałe osoby – żadnego. Ostateczna decyzja ma zapaść po rozmowach ministry Wróblewskiej z oboma kandydatami w poniedziałek, 3 lutego.
Czekając na wynik tych rozmów, można sobie poczytać programy obu finalistów opublikowane na stroni BIP Ministerstwa. To naprawdę pouczająca lektura. Pokazuje, jak odmienne koncepcje przyszłości Narodowego proponują Jan Klata i Michał Kotański. Różnice widać już na poziomie języka.
Klata pisze własnymi słowami, swoim doświadczeniem, dorobkiem i pytaniami, które sobie stawia. W programie Kotańskiego dominuje dobrze ułożona retoryka, gładka, beznamiętna i ostrożna. Pierwszy ma konkretne, mocne propozycje na pięć lat, drugi – kilka pomysłów na początek, listę życzeń na potem, a wszystko owinięte w racjonalne może, ale też kalkulacyjne zastrzeżenia. Pierwszy proponuje teatr, w który wierzy, drugi – teatr, który się dostosuje.
Nie wiem, jakimi kryteriami będzie się kierować ministra Wróblewska. Jednak po lekturze programów obu finalistów wiem, że wybór, którego dokona, będzie ważnym i mocnym sygnałem, co obecny rząd myśli o kulturze i czego od niej oczekuje. Czy traktuje ją jak poważnego partnera i rozmówcę, który ma prawo do zadawania trudnych pytań i podważania dominującej narracji, czy też jak obszar zarządzania, który ma nie sprawiać kłopotów i zapewniać spokój, by można było zająć się ważniejszymi sprawami.
Obserwując działania rządu w innych obszarach nienależących do tego, co on sam uważa za „twardą politykę”, jestem pełen obaw. Spiętrzenie komplikacji i udziwnień w procesie wyboru następcy Jana Englerta też niczego dobrego nie wróży. Ale kto wie – może jednak najbliższy poniedziałek przyniesie zaskakujące rozstrzygnięcia?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















