Reklama

Kompot z „Ferdydurke"

Kompot z „Ferdydurke"

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Dla kogo są wydania krytyczne? Dla badaczy, kilku dociekliwych czytelników, tłumaczy, czyli ludzi "siedzących w temacie. Opracowanie Włodzimierza Boleckiego, ponad dwukrotnie obszerniejsze niż tekst powieści, jest tak naprawdę puste.
D

Długo czekaliśmy na krytyczne wydanie "Ferdydurke" i dużo po nim oczekiwaliśmy. Jednak po przeanalizowaniu ponad 800-stronicowego dzieła trudno nie ukryć rozczarowania.

Włodzimierz Bolecki wybrał zaskakującą formę opracowania krytycznego, zbaczając ze szlaku zgrabnie przetartego przez Zdzisława Łapińskiego edycją "Bakakaju" - pierwszego tomu "Pism zebranych" Witolda Gombrowicza w Wydawnictwie Literackim. Zamiast treściwego zreferowania spraw, mamy do czynienia z

600-stronicowym (sama powieść zajmuje tylko 241 stron) zestawem różnego rodzaju tekstów, aneksów, indeksów, bibliografii, fragmentów, przypisów, komentarzy, analiz, studiów i materiałów, w których nietrudno się pogubić.

Zasadniczym celem każdego opracowania krytycznego jest ustalenie ostatecznej wersji utworu. Taką na szczęście otrzymujemy. Kanoniczna staje się więc nie "Ferdydurke" debiutancka (Rój 1938), a "odwilżowa" (Państwowy Instytut Wydawniczy 1956), z korektą Gombrowicza i retuszem Boleckiego, który sporządził także wykaz odmian obu tekstów. To bardzo ważne w przypadku pisarza, który często-gęsto zmieniał tekst, dostosowując go do czytelnika, czasów i okoliczności. Mamy też historię powstawania powieści i załącznik z drukowanymi w prasie przedwojennej opowiadaniami, stanowiącymi wprawki do "Ferdydurke". To dobry pomysł, bo okazuje się na przykład, że początkowo Gombrowicz zamierzał uczynić bohaterem powieści "chichotliwą" Tośkę. Bolecki nie komentuje jednak tego wątku, a przecież rzecz to bardzo ciekawa, pisał o niej kiedyś Jerzy Jarzębski w "Grze w Gombrowicza", prosi się o rozwinięcie. Za to umieszcza całość odnalezionej w PIW-ie korespondencji Gombrowicza z wydawcą; podobnie niepotrzebne jest dołączenie wyboru korespondencji z Jerzym Giedroyciem, dobrze znanej czytelnikowi.

Jednak to wraz z "Przypisami, studiami nad tekstem, komentarzami, materiałami", jak je tytułuje autor, stanowiącymi najbardziej pracochłonną część redaktorskiej pracy (s. 401-584), zaczynają się moje największe zastrzeżenia. Objaśnienia słów użytych w powieści mieszają się tu z subiektywnie ujętymi analizami wybranych zagadnień. Stąd chłystek, katapulta, kompot postawione obok i na równi z Nietzschem, Dostojewskim, cytatami z kodeksu honorowego tudzież etymologią nazwiska Antoni Świstak. Włożenie do jednego worka analizy leksykalnej, filozoficznej, faktograficznej z anegdotami z życia szkolnego oraz wzmiankami na temat recepcji sprawia wrażenie bałaganu, w którym ginie błyskotliwość niektórych uwag, na przykład wyjaśniających pochodzenie tytułu (czy był to Ferdy Durkee z "Babbitta", powieści Sinclaira Lewisa, czy też francuskie wyrażenie "faire d'hideur[que]" - "zrobić coś z tego, co obrzydliwe, ohydne, brzydkie, wstrętne"?) lub odczytujących polemikę z artystą w "Przedmowie do Filidora dzieckiem podszytego" jako personalny atak na Witkacego.

Zaskakuje lakoniczność niektórych not, np. tej dotyczącej "formy" - jak się wydaje, terminu kluczowego w gombrowiczologii - przy jednoczesnym rozbudowaniu pomniejszych wątków (np. ulubionej etymologii nazwisk bohaterów). Z kolei przy odnośniku do "typowy parobek" (s. 569) Bolecki cytuje wspomnienie Kępińskiego, po czym pisze: "Gombrowicza zajmował problem odmiennej mentalności »osób z ludu« i konieczności »zewnętrznej« perspektywy w ich opisie. Poruszał tę kwestię m.in. w artykułach »Literackie wyroby ludowe« (...) oraz »Kult dziewki i egzotyzm kultury« (...)" i dodaje: "Motyw parobka pojawia się ponownie w »Trans--Atlantyku«". Dobrze chociaż, że padło zakazane słowo "parobek", ale gdzie adnotacja o częstym interpretowaniu go poprzez Gombrowiczowskie doświadczenia homoseksualne?

Zastrzeżenia budzi także wybiórczość w powoływaniu się na dokonania innych badaczy. Dlaczego przy terminie "porwanie" i objaśnieniu go jako "tytuł rozdziału typowy dla powieści przygodowej" (s. 408) brak odnośnika do analiz Janusza Margańskiego z "Gombrowicza - wiecznego debiutanta", z którymi przede wszystkim kojarzy się temat powieści przygodowych u Gombrowicza? Albo dlaczego przy komentarzu do "cip, cip, cip, autor!" (s. 446), gdzie wspomina się o związkach Gombrowicza z Nietzschem, zabrakło nazwiska Michała Pawła Markowskiego, z którym dzisiaj automatycznie powinny wiązać się próby podobnych, "czarnych" analiz? Dostajemy tylko informację, że u Margańskiego postać Pimki jest odczytywana poprzez Nietzschego i że "tezę o związkach kategorii Gombrowicza z filozofią Nie-

tzschego pierwszy sformułował Bronisław Łagowski (...), gruntownie rozwinęła ją Ewa M. Thompson". Mam rozumieć, że tylko Thompson?

Dlaczego przy cytacie z "Ferdydurke": "nie mogłem nie patrzeć" znajdujemy opis: "motyw wzroku, patrzenia, podglądania charakterystyczny dla prozy Gombrowicza" i odnośnik: "zob. Bolecki" (s. 438)? Czy Bolecki jest jedynym badaczem zajmującym się tematem podglądania? A co z autorem "Podglądania Gombrowicza"? Stosowanie podobnej dysproporcji w powoływaniu się na dokonania badaczy kłuje w oczy, choćby w zamieszczonej na końcu bibliografii. Nie wiedzieć czemu pojawia się w niej tylko jedna praca Błońskiego czy Jarzębskiego i ani jedna wspomnianego Markowskiego, podczas gdy na tej samej stronie figuruje dwukrotnie nazwisko niejakiej pani Leśniakowskiej - z pozycją na temat architektury warszawskiej w latach 1918-39 i tekstem "Jak widzieć architekturę, kiedy się ją czyta (u Gombrowicza

i innych modernistów)?". A na sąsiedniej stronicy widać pięciokrotnie wymienione nazwisko samego redaktora...

Podobne zabiegi stosowane są w całym tomie, przy częstych usprawiedliwieniach, że mamy do czynienia tylko z "wyborem". Taki właśnie (a przy okazji zbędny) jest aneks ze zbiorem dobrze znanych tekstów Gombrowicza o "Ferdydurke", jak "List do ferdydurkistów", przedmowy, fragmenty "Dziennika", wywiad z Pi?erą itd. Z kolei te, które znane nie są, nie pojawiają się - jak teksty dotyczące argentyńskiego wydania powieści zamieszczone w "Polsce Wyzwolonej" i w "Nowinach Literackich" (choć tę drugą pozycję odnotowuje bibliografia), gdzie Gombrowicz w pięknie pokrętny sposób próbuje nagiąć "Ferdydurke" do filozofii komunistycznych czasów.

Z wyborem mamy również do czynienia w przypadku "opracowań indywidualnych" (jak je nazywa Bolecki), czyli aneksów z opisami przyrody, rzeczywistości, zwierząt. "Bawół, brytan, cielak, drób, dzik, gęś" - czy ten bestiariusz jest naprawdę tak istotny dla odczytania powieści? Wśród dodatków na pochwałę zasługuje jedynie pomysł stworzenia listy "ferdydurkizmów", ale szkoda, że znowu w wyborze. I dlaczego zakwalifikowano do nich zdanie: "Zamiast tedy ująć myśl od strony zielonobłękitnej, hardej, świeżej, ująłem ją ubogo" (s. 693), a nie pojawia się "zgwałcić przez uszy"?

Jako ostatnia pojawia się, również w wyborze, "Bibliografia »Ferdydurke«",

o której Bolecki sam pisze, że jest "wstępnym zbiorem", "zapewne nie pozbawionym błędów". Podobne zastrzeżenie w przypadku wydania krytycznego zastanawia i niepokoi, a wpadki rzeczywiście są. "Andanzas europeas de monsieur Ferdydurke" (s. 750) to nie recenzja z "Ferdydurke", a zwykła plotka z dodatku weekendowego (Gombrowicz bywa w Monte Carlo, bawiąc się z Onassisem i Sachs von Oplem, "a na jesieni madame Gombro spodziewa się dziecka"), natomiast Gaston Morell to pseudonim Zdzisława Baua. Nie wspominając o powtórnej dowolności we wciąganiu na listę pewnych nazwisk przy pomijaniu innych.

Słowa pochwały należą się jednak aneksowi autorstwa Magdy Miecznickiej, omawiającemu autoryzowane przekłady "Ferdydurke" na język hiszpański i francuski. Dobra filologiczna robota, choć nie rozumiem, dlaczego Miecznicka upiera się przy "argentyńskim dialekcie" albo dlaczego zapomniała o pracy Bożeny Zaboklickiej, tłumaczki Gombrowicza na hiszpański i kataloński, która również porównywała wydanie polskie z hiszpańskojęzycznymi. Na tle pozostałej części przygotowanej przez Włodzimierza Boleckiego aneks ten wypada jednak wręcz wzorowo.

Trzeba zadać sobie pytanie: do kogo adresowane są tego typu dzieła? Do badaczy, pięciu-ośmiu dociekliwych czytelników, tłumaczy, redaktorów, czyli raczej ludzi "siedzących w temacie". Opracowanie krytyczne Boleckiego, zajmujące ponad dwa razy więcej miejsca niż zasadniczy tekst powieści, jest tak naprawdę puste. Nie prezentuje w ogóle recepcji, nie dowiemy się więc, jak książka została przyjęta przez krytykę przedwojenną ani jakie były jej losy po odwilży czy w dyskursie strukturalistycznym. Za to zapchano ją opracowaniami "indywidualnymi, wprowadzonymi przeze mnie ze względu na specyfikę powieści" (s. 245). To właśnie zbyt indywidualistyczne podejście sprawia, że dzieło jest nieczytelne i chaotyczne, a wybiórczość odwołań źle świadczy o uczonym.

Być może Bolecki chciał zaproponować nowy kanon dzieł krytycznych, przedstawić swoje prywatne widzenie literatury? Ale ja i tak wolę poczciwe, klasyczne opracowania, byle obiektywnie podsumowywały stan wiedzy i prezentowały pełną panoramę zjawisk i tematów - z podaniem odpowiednich źródeł, rzecz jasna.

  • Witold Gombrowicz, "Ferdydurke", opracował Włodzimierz Bolecki. Kraków 2007, Wydawnictwo Literackie.
  • "Pisma zebrane" - wydanie krytyczne pod redakcją Włodzimierza Boleckiego, Jerzego Jarzębskiego, Zdzisława Łapińskiego, tom II.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]