Być może każdy pasjonat muzyki (filmu, literatury itp.) zetknął się kiedyś na swojej drodze z człowiekiem stosującym metodę rozmyślnej ignorancji. Taki ktoś udaje, że nie wie, ale przede wszystkim udaje z tezą. „A kim jest w ogóle ten artysta? Pierwsze słyszę”. Nie chodzi tylko o to, że obecnie mamy luksus sięgnięcia po informację nawet bez ściągania z półki Encyklopedii Powszechnej PWN. Chodzi o kwestię dobrej lub złej woli. Bardzo łatwo odróżnić takiego spryciarza od kogoś, kto naprawdę nie wie, ale nie ma nic przeciwko, żeby się dowiedzieć. Rozmowa z tym drugim to sama przyjemność dzielenia się i wymiany. Wspaniale jest również słuchać kogoś, kto umie treściwie wyjaśnić, z jakich przyczyn jakaś książka czy płyta jest jego zdaniem niedobra – kogoś, kto nie boi się pytania „dlaczego”. Rozmyślny ignorant natomiast pozoruje ciekawość, żeby w rzeczywistości zademonstrować: „nie wiem i nie chcę wiedzieć, nie będę się zniżać do twojego poziomu, kmiotku”.
Demonstracyjna i złośliwa ignorancja psuje relacje międzyludzkie, zapaskudzając je podstępem i lekceważeniem. Oczywiście, bywa, że ktoś wprost nie może sobie odmówić takiej satysfakcji, wszak jest ekspresowa i darmowa. Podobno jednak – tak twierdzi psychologia – prawdziwa, sycąca przyjemność pojawia się wtedy, gdy decydujemy się mierzyć z jakąś trudnością.
Co czyta w wakacje Olga Drenda? Sprawdź!
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Dlatego rzadko zdarza mi się mówić, że nie chcę czegoś znać, i już. Nie pojawiło mi się to od razu, wprost przeciwnie, kto znał mnie w młodych latach, ten mógł zapamiętać moje politowania godne akty zadzierania nosa (co mieściło się w standardzie ówczesnych rozmów o gustach, ale nie sądzę, żeby mnie to specjalnie rozgrzeszało). Po drodze – za sprawą szczęśliwie napotkanych na mojej drodze ludzi – nauczyłam się słuchać, czytać i oglądać inaczej, przede wszystkim zadając sobie pytanie: co komuś może się w tym podobać? Albo: co da się z tego wyciągnąć, zapamiętać? Pewien człowiek zwrócił uwagę, że prawie w każdym utworze, nawet naprawdę złym, mogą trafić się dwie sekundy godne przeobrażenia w świetnego sampla. Od tamtej pory świat stał się jakby bogatszy, a ja zanurkowałam w nim niczym Wuj Sknerus w skarbcu monet.
Najciekawiej bywa jednak moim zdaniem wtedy, gdy próbujemy się skonfrontować z takim zakątkiem kultury, który jest nam zupełnie obcy, a może wręcz działa na nerwy. Tak uczynił kanadyjski dziennikarz muzyczny Carl Wilson, który postanowił odkryć w sobie wewnętrznego fana Céline Dion, co opisał w niewielkiej książeczce. Wilson nie znosił swojej słynnej rodaczki, zresztą jak typowy dziennikarz rockowy tamtych czasów. Dzisiaj w artystce tej, po głośnym dokumencie i występie na ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich, jesteśmy skłonni dostrzegać cierpiącego człowieka o pięknym głosie, i doceniać powściągliwą elegancję jej pożegnalnego występu.
W 2007 r., gdy Wilson przekonywał się do płyty „Let’s talk about love”, Dion miała złą sławę piosenkarki pasującej do świata niedrogich wzruszeń, telenowel i romansów z kiosku (dla jasności – uważam, że i w takich produkcjach można znaleźć coś potencjalnie interesującego i szanuję fakt, że mają zaangażowane grono oddanych pasjonatów). Uznał jednak, że świat nie kończy się na jego koneserskim niesmaku i że za tą barierą kryje się coś znacznie ciekawszego – próba odkrycia, co tak wielu ludzi unosi i wzrusza w tej muzyce, ale i to, co jego samego tak denerwowało. Wybrał się nawet na koncert w Las Vegas, gdzie może nieco odstawał od płaczących ze wzruszenia fanów, ale starał się uczciwie poczuć, o co im chodzi. Pozwalając sobie zdradzić finał jego poszukiwań – Carl Wilson nie polubił w końcu Céline Dion, ale też przestał się na nią zżymać i przyznał, że nie jest przecież taka zła; nie polubił, lecz zrozumiał fenomen.
Brzmi to oczywiście trochę jak odcinek „Troskliwych misiów”, w których któryś bohater musi przejść przez ważną życiową lekcję, żeby na koniec ją wygłosić w gronie rysunkowych przyjaciół. Nie ma się co jednak tego bać. Nie ma potrzeby, by bać się „pozytywnych wibracji” i cieszenia się radością innych. Może jedną z najtrudniejszych konfrontacji – to niech już sobie każdy sam rozważy w cichości ducha – jest zastanowienie się nad tym, dlaczego malkontenckie postawy uchodzą czasami za zbieżne z byciem inteligentnym, interesującym człowiekiem, a entuzjastyczne, albo po prostu akceptujące, „OK, niech będzie” – wprost przeciwnie?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















