Reklama

Kaszmir i koszmar

Kaszmir i koszmar

w cyklu STRONA ŚWIATA
26.07.2019
Czyta się kilka minut
Oferując swoje usługi mediacyjne w konflikcie o Kaszmir, Donald Trump chciał zapewne przysłużyć się sprawie pokoju na świecie i przysporzyć sobie sławy. Zamiast tego zraził do siebie Indie, na które liczył w sporach z Chinami. W Związku Radzieckim mawiano przy takich okazjach: „Chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze”.
Flagi partyjne na brzegu jeziora Dal w rejonie Kaszmiru, który jest kontrolowany przez Indie, tuż przed wyborami krajowymi, kwiecień 2019 r. / Fot. Mukhtar Khan / AP/Associated Press/East News
Flagi partyjne na brzegu jeziora Dal w rejonie Kaszmiru, który jest kontrolowany przez Indie, tuż przed wyborami krajowymi, kwiecień 2019 r. / Fot. Mukhtar Khan / AP/Associated Press/East News
P

Pakistański premier Imran Khan wrócił z podróży do Ameryki zachwycony. „Czuję się tak, jak wtedy, gdy wracałem do kraju po wywalczeniu mistrzostwa świata w krykieta” – powiedział dziennikarzom na lotnisku w Islamabadzie. Zdobycie krykietowego Pucharu Świata w 1992 r. było ukoronowaniem wspaniałej, sportowej kariery Pakistańczyka. Pierwsza wizyta w Waszyngtonie w roli premiera wróży dawnemu atlecie powodzenie również w dyplomacji.

Wszystko to dzięki słowom jego gospodarza, Donalda Trumpa, który w poniedziałek, przed oficjalnym spotkaniem w Białym Domu, uciął sobie z Imranem Khanem zwyczajową pogawędkę w towarzystwie dziennikarzy. Amerykańskich dziennikarzy relacje między Waszyngtonem i Islamabadem niespecjalnie interesowały, za to pakistańscy zasypali Trumpa lawiną pytań. Jeden z nich zapytał, czy Trump nie zamierza zaangażować się w trwający ponad 70 lat konflikt między Indiami i Pakistanem o Kaszmir.

Sprawy sąsiedzkie

Rozstając się ze swoimi posiadłościami kolonialnymi w Indiach, Wielka Brytania postanowiła wykroić z nich państwo dla muzułmanów. Położony pod Himalajami Kaszmir zamieszkiwali w większości muzułmanie i spodziewano się, że wybiorą przyłączenie do Pakistanu. Radżpucki maharadża Kaszmiru podpisał jednak akcesję do Indii (i wtedy, i dziś, gdyby ich o to zapytano, większość Kaszmirczyków wybrałaby niepodległość, ale takiego wyboru ich pozbawiono). Doszło do pierwszej wojny o Kaszmir, w wyniku której został on podzielony między Indie i Pakistan (wkrótce potem do rozbioru przyłączyły się Chiny, zajmując Aksaj). W 1965 r. wybuchła nowa pakistańsko-indyjska wojna o Kaszmir, ale nie zmieniła ona stanu rzeczy. W 1989 r. w indyjskiej części Kaszmiru wybuchło zbrojne powstanie, które trwa do dziś i które pochłonęło prawie sto tysięcy ofiar. Indie oskarżają Pakistan o wspieranie rebelii.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


„Czy pan się zaangażuje w sprawy Kaszmiru – zapytał pakistański dziennikarz Trumpa. – Giną tam całe miliony”. Zanim Trump zdążył odpowiedzieć, uprzedził go przysłuchujący się rozmowie pakistański premier. „Robimy wszystko, co możliwe, żeby Indie zgodziły się na rozmowy o Kaszmirze i żebyśmy dzielące nas sprawy spróbowali załatwić polubownie, żebyśmy się dogadali. Niestety… na razie bez powodzenia… – powiedział Imran Khan. – Coś czuję, że tylko najpotężniejsze mocarstwo pod przywództwem prezydenta Trumpa mogłoby przekonać nasze oba państwa do rozmów i pokoju”.

Trump, łasy na pochlebstwa i spragniony Pokojowej Nagrody Nobla (był bardzo rozczarowany, że nie dostał jej za nawiązanie rozmów z przywódcą Korei Północnej) łatwo dał się wciągnąć w kaszmirską pułapkę. „Pewnie, że tak. Obie strony chciałyby, żeby ten spór został rozstrzygnięty. I ja też bym chciał, więc jeśli mógłbym się na coś przydać, chętnie podjąłbym się roli mediatora – odparł amerykański prezydent. – Wierzyć się nie chce, że tak wspaniałe kraje, rządzone przez tak bardzo, bardzo, bardzo mądrych przywódców, nie potrafią tej sprawy załatwić. Tyle słyszałem o tym Kaszmirze. Tak się pięknie nazywa. Miał być jednym z najpiękniejszych zakątków świata, a zamiast tego wszędzie wybuchają tam bomby. Tak mi powiedziano – gdzie nie pójdziesz, bomby i bomby. Okropna historia”.

„Panie prezydencie, gdyby się panu to udało, ponad miliard ludzi modliłoby się za pańską duszę” – wtrącił Imran Khan.

 „Tak się składa, że dwa tygodnie temu rozmawiałem właśnie o tym z indyjskim premierem Modim – ciągnął rozochocony Trump. – I on sam zapytał mnie: »Czy podjąłby się pan roli mediatora albo arbitra?«. »Gdzie?«, zapytałem. »W Kaszmirze«, powiedział. Ciągnie się to od tylu, tylu lat”.

Mediacje Jankesa

W Pakistanie słowa Trumpa przyjęto owacjami. Kraj od lat stara się spór kaszmirski umiędzynarodowić, podczas gdy Indie upierają się, że jest to sprawa dwustronna i obcym nic do tego. Co więcej, uznając, że poprzez udział w indyjskich wyborach Kaszmirczycy wybrali pozostanie w Indiach, kolejne rządy w Delhi twierdzą, że przeprowadzanie w Kaszmirze specjalnego plebiscytu jest niepotrzebne. Stany Zjednoczone, zwłaszcza w ostatnich latach, gdy zastąpiły Związek Radziecki w roli najważniejszego sojusznika Indii, podzielały indyjskie stanowisko, że problem kaszmirski jest sprawą dwustronną, między sąsiadami.

Tym większe zaskoczenie, zamieszanie i gniew wystąpienie amerykańskiego prezydenta wywołało w Indiach. Jeszcze tego samego dnia indyjskie ministerstwo dyplomacji zarzuciło Trumpowi kłamstwo. „Ani premier Modi, ani nikt pana Trumpa o żadną mediację nigdy nie prosił” – oświadczył z naciskiem rzecznik delhijskiego MSZ. W parlamencie opozycja rzuciła się do gardła premierowi Modiemu, posłowie zażądali, by wytłumaczył się, o czym to rozmawiał z Trumpem. Rahul Gandhi, dziedzic sławnej politycznej dynastii Nehru-Gandhich, oznajmił nawet, że gdyby miało się okazać, iż Modi rzeczywiście poprosił Jankesa o mediację, oznaczałoby to, że dopuścił się zdrady, powinno się mu odebrać urząd i postawić przed sądem.


CZYTAJ TAKŻE

KONIEC DYNASTII? Po druzgoczącej klęsce, jakiej doznał w majowych wyborach Rahul Gandhi, dziedzic najsławniejszej ze współczesnych dynastii politycznych, zrzekł się przywództwa w partii, którą jego rodzina zarządza od pięciu pokoleń.


Widząc, jakie spustoszenie powodują słowa prezydenta, amerykańscy dyplomaci rzucili się, by tłumaczyć, co tak naprawdę miał na myśli. „Stany Zjednoczone niezmiennie uważają, że Kaszmir jest dwustronną sprawą między Indiami i Pakistanem, a prezydent Trump deklarował jedynie chęć udzielenia wszelkiej pomocy” – ogłosił Wydział Południowoazjatycki z Departamentu Stanu.

Indyjski opozycyjny polityk Shashi Tharoor oznajmił, że Trump nie ma „bladego pojęcia, o czym mówi”. „Podczas rozmowy Z Modim Trump musiał czegoś nie zrozumieć albo coś mu się pokręciło, bo każdy, kto ma choćby podstawową wiedzę o azjatyckiej polityce, doskonale wie, że premier Indii nigdy by z takim pomysłem nie wyskoczył – powiedział amerykański kongresmen Brad Sherman, który w liście do ambasadora Indii w Waszyngtonie przepraszał go za wystąpienie prezydenta. – Słowa Trumpa to całkowita amatorszczyzna, jakieś urojenia, wstyd”. A były ambasador USA w Indiach Richard Verma w rozmowie z indyjską agencją prasową PTI przyznał, że prezydent Trump jednym wystąpieniem wyrządził wielkie szkody. Zrażając do siebie premiera Narendrę Modiego może sprawić, że w sporze z Chinami Stany Zjednoczone stracą tak ważnego sprzymierzeńca jak Indie.

Afgański los

Tego samego popołudnia, podczas tego samego spotkania z Imranem Khanem, Trump wywołał polityczne trzęsienie ziemi także w Afganistanie. Znów niechcący. Zapytany przez pakistańskich dziennikarzy o Afganistan powiedział: „Jesteśmy tam trochę jako policjant. Nie toczymy wojny. Gdybym chciał wojować, to wygrałbym tę wojnę w tydzień. Afganistan zostałby zmieciony z powierzchni ziemi, przestałby istnieć. Dziesięć dni i po wszystkim. Ale zginęłoby przy tym dziesięć milionów ludzi, a ja tego nie chcę. Nie chcę pójść tą drogą”.


CZYTAJ TAKŻE

CELEBRYCI W BIAŁYM DOMU: Zanim został premierem, Imran Chan był mistrzem krykieta, ukochanej dyscypliny sportowej Pakistańczyków. Zanim został prezydentem, Donald Trump był telewizyjnym gwiazdorem, po mistrzowsku zdobywającym aplauz (a potem głosy) widowni. W poniedziałek spotkali się, by decydować o losach sporej części Azji i Bliskiego Wschodu.


Tymi kilkoma zdaniami Trump sprawił, że po raz pierwszy w 18-letniej historii najnowszej z afgańskich wojen i najdłuższej, jaką kiedykolwiek toczyła Ameryka, rząd z Kabulu, jego polityczni przeciwnicy i zwalczający jednych i drugich talibowie, zajęli takie samo, choć nie wspólne, stanowisko. Były prezydent Hamid Karzaj (2001-14), wyniesiony do władzy przez Amerykanów, oświadczył, że Trump i wszyscy amerykańscy przywódcy mają w pogardzie życie i godność Afgańczyków. „Jesteśmy w Pamirze, na dachu świata. Tego nie da się zmieść z powierzchni ziemi” – powiedział Karzaj, dziś jeden z przywódców afgańskiej opozycji. Jeden z jego najbliższych współpracowników, były minister dyplomacji, nazwał Trumpa rasistą.

Aszraf Ghani, następca Karzaja na prezydenckim urzędzie, urządził awanturę goszczącemu akurat w Kabulu specjalnemu przedstawicielowi USA Zalmayowi Khalilzadowi i zażądał, by Trump wyjaśnił, co miał na myśli mówiąc: „gdyby chciał wojować”. Powiedział, że uwagi Trumpa są nie do przyjęcia i że powinien on z większym szacunkiem wypowiadać się o Afganistanie, Afgańczykach i ich przywódcach. „Afgańczycy nigdy nikomu nie pozwolili decydować o swoim losie” – przypomniał prezydencki rzecznik Siddik Siddiki.

Talibowie skwitowali słowa Trumpa stwierdzeniem, że przez 18 lat wojny Amerykanie nieraz dali dowody, że mają w pogardzie życie Afgańczyków i obecny prezydent nie różni się pod tym względem od jego poprzedników. Zwrócili jednak uwagę, że Trump nawet nie zająknął się o roli, jaką Amerykanie zamierzają grać w Afganistanie w przyszłości. „To dobrze” – stwierdzili talibowie.

Zwrócili na to uwagę także Karzaj i były szef afgańskiego wywiadu Rahmatullah Nabil, który we wrześniowych wyborach (jeśli do nich dojdzie) zamierza ubiegać się o prezydenturę. „Czy to znaczy, że Ameryka nie zamierza wywiązywać się z podjętych wobec Afganistanu zobowiązań?” – zapytał Nabil, a Karzaj stwierdził, że słowa Trumpa potwierdzają tylko obawy Afgańczyków, że Amerykanie ponad ich głowami dobijają politycznego targu z Pakistańczykami i oddają im w ręce afgańskie sprawy.

Trump wcale zresztą tego nie ukrywał. Chce jak najszybciej wyplątać się z afgańskiej wojny (i nie wplątać się przypadkiem w nową, z Iranem), by w przyszłorocznych wyborach prezydenckich ubiegać się o reelekcję jako twórca pokoju i ten, który „sprowadził chłopców do domu”. „Pakistan pomoże nam wykaraskać się z Afganistanu” – powiedział podczas pogawędki z Imranem Khanem w Białym Domu.

Komentator „Washington Post” Max Boot uważa, że Trump starał się nadskakiwać pakistańskiemu gościowi, bo za wszelką cenę „chce wycofać się z afgańskiej wojny zachowując twarz”, tak jak Richardowi Nixonowi udało się wyplątać z wojny wietnamskiej. Trump próbował czarować pakistańskiego premiera tak bardzo, że znalazł wytłumaczenie, dlaczego pozostając formalnie w sojuszu z Ameryką przeciwko talibom, Pakistan wspierał afgańską partyzantkę. Niewiele ponad pół roku temu Trump oskarżył Pakistańczyków, że mają Amerykanów za durniów, sabotują ich wojenne wysiłki, i wstrzymał pomoc (ponad miliard dolarów rocznie) dla Islamabadu.

„Pakistan nie szanował wtedy Ameryki, nie szanował jej prezydentów. Nie winię go za to, ponieważ mieli do czynienia z nieodpowiednimi prezydentami – powiedział Trump. – Mogli nam bardzo pomóc, ale nie pomogli. Ale co tam, nieważne. Dziś mają nowego przywódcę, który będzie wielkim przywódcą. I my tutaj też mamy nowego przywódcę. Dziś Pakistańczycy bardzo nam pomagają. Prawdę mówiąc uważam, że mamy dziś lepsze stosunki niż w czasach, gdyśmy płacili im pieniądze. Ale i te pieniądze też mogą wrócić”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

bałagan kreowany przez ewidentnego idiotę jest łatwiejszy do posprzątania

"Rozstając się ze swoimi posiadłościami kolonialnymi w Indiach, Wielka Brytania postanowiła wykroić z nich państwo dla muzułmanów. " Chyba nie zupelnie tak. Wielka Brytania byla przeciwna podzialowi Indii. W celu zapobiezenia rozpadowi wyslano do Indii misje rzadowa. Podzial zostal wymuszony przez dynamike wewnetrznych politycznych pradow w samej kolonii. Pozdrawiam
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]