Reklama

Już nigdy się nie poddam

Już nigdy się nie poddam

29.10.2018
Czyta się kilka minut
Joelle Casteix, aktywistka działająca na rzecz ochrony ofiar pedofilii: Nawet jeśli sprawa molestowania seksualnego przedawniła się i nie można już dochodzić praw w sądzie, zawsze warto złożyć zeznania na policji. Chodzi o to, by po nadużyciu pozostał jakikolwiek ślad.
Joelle Casteix ze swoim zdjęciem z okresu, kiedy była ofiarą księdza. Konferencja prasowa organizacji SNAP pod katedrą w Los Angeles, luty 2013 r. DAVID MCNEW / REUTERS / FORUM
M

MARTA ZDZIEBORSKA: Raport o pedofilii wśród księży w Pensylwanii wstrząsnął amerykańską opinią publiczną. Czy w innych stanach jest szansa na rozliczenie Kościoła katolickiego?

JOELLE CASTEIX: Do tej pory decyzję o przeprowadzeniu śledztwa podjęli prokuratorzy generalni w kilkunastu stanach. Od członków stowarzyszenia SNAP (Survivors Network of those Abused by Priests) wiem, że trwają też rozmowy z prokuratorem generalnym Kalifornii. Do jego biura napływają setki listów z apelem o powołanie Wielkiej Ławy Przysięgłych. Na razie nie wiemy jednak, czy prokurator podejmie taką decyzję.

Wiadomo natomiast, że pod koniec września gubernator Kalifornii Jerry Brown zawetował ustawę wprowadzającą m.in. wydłużenie okresu przedawnienia przestępstw seksualnych wobec dzieci.

Byłaś zaangażowana w kampanię na rzecz tego projektu. Jakie znalazły się w nim propozycje?

Według obowiązującego prawa osoba poszkodowana może złożyć pozew przeciwko sprawcy molestowania lub zatrudniającej go instytucji, która zatuszowała ten przypadek, przed ukończeniem 26. roku życia. Projekt ustawy zgłoszony przez Lorenę Gonzalez Fletcher [polityk Partii Demokratycznej zasiadającą w izbie niższej parlamentu Kalifornii – red.] miał umożliwić poszkodowanym dochodzenie swoich praw do 40. roku życia. Chcieliśmy też wydłużyć z trzech do pięciu lat okres, w którym ofiara może złożyć pozew do sądu po stwierdzeniu, że jej problemy psychologiczne lub choroba są wynikiem molestowania seksualnego. Ofiary pedofilii potrzebują wielu lat, by rozprawić się z traumą i odważyć na dochodzenie swoich praw. Ta ustawa to nie pierwsza próba wprowadzenia zmian dotyczących okresu przedawnienia przestępstw seksualnych wobec dzieci. Podobny projekt, który trafił na biurko gubernatora w 2013 r., też został odrzucony.

Jak wygląda legislacja w tej kwestii w innych częściach USA?

W Iowa i Missouri trwają prace nad zmianami dotyczącymi wydłużenia okresu przedawnienia przestępstw seksualnych. Szczególnie wart uwagi jest przykład Hawajów, gdzie w lipcu na dwa lata zniesiono przedawnienie tego rodzaju przestępstw.

Oznacza to, że ofiary bez względu na wiek mogą złożyć pozew przeciwko osobie, która molestowała je seksualnie, lub instytucji zaangażowanej w tuszowanie sprawy. Takie rozwiązanie wprowadzono też w latach 2013-16 w Minnesocie. W Kalifornii udało się to tylko w 2003 r. Pozew przeciwko kalifornijskim diecezjom złożyło ponad tysiąc osób. Kościół wypłacił im ponad 1,4 mld dolarów odszkodowania. Wprowadzono też zmiany, takie jak dodatkowa kontrola nowo zatrudnianych księży czy powołanie komisji rewizyjnych, w których zasiadają świeccy. W szkołach katolickich zaczęto też organizować szkolenia na temat prewencji molestowania seksualnego. Kościół podkreślał wówczas, że stawia na większą transparentność.

Nie mówisz o tych reformach z przekonaniem.

Bo w dużej mierze są to zmiany na pokaz. Nie można wierzyć w skuteczność kontroli nowo zatrudnianych księży, jeśli wiele przypadków molestowania jest tuszowanych. W 2012 r. doszło do głośnego skandalu z udziałem księdza Josego Alexisa Davili z parafii Św. Judy w San Diego. Kilka miesięcy po tym, jak duchowny został skazany na trzy lata w zawieszeniu za molestowanie 19-latki, powrócił do pełnienia obowiązków w dotychczasowej parafii. Zwolniono go dopiero wtedy, gdy sprawa trafiła do mediów. Diecezja San Diego tłumaczyła wówczas, że „nie miała prawa sądzić, iż skazany ksiądz stanowi dalej zagrożenie dla kobiet i dzieci należących do parafii”. W 2016 r. okazało się, że Davila został potem zatrudniony przez archi­diecezję Oklahoma City.

Diecezja San Diego być może jednak odrobiła lekcję. W reakcji na raport dotyczący nadużyć seksualnych w Pensylwanii jako jedna z pierwszych w Kalifornii upubliczniła listę nazwisk ośmiu księży pedofilów.

To pozytywny ruch, ale trzeba podkreślić, że większość tych księży już nie żyje. Szczególnie ciekawy jest przypadek J. Patricka Foleya, który, choć mieszkał od 1991 r. w północnej Kalifornii, przez cały czas podlegał diecezji San Diego. Z opublikowanych we wrześniu informacji wynika, że wobec duchownego toczył się proces kanoniczny w związku z oskarżeniem o molestowanie dwóch ministrantów. Choć proces zakończył się w 2011 r., dopiero cztery lata później duchowny został ostatecznie odwołany z pełnionych funkcji. Gdy jeszcze kilka lat wcześniej na wniosek jednej z ofiar pedofilii próbowałam uzyskać w diecezji informację na temat Foleya, nie otrzymałam odpowiedzi.


Po stronie ofiar: o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, zmowie milczenia i innych grzechach polskiego Kościoła piszemy konsekwentnie od lat. Wybór najważniejszych tekstów „TP” z ostatniego dwudziestolecia na temat, który wstrząsa dziś Polską, w bezpłatnym i aktualizowanym, internetowym wydaniu specjalnym.


Polityka Kościoła katolickiego nie jest transparentna, podobnie jak prace działających w jego ramach komisji rewizyjnych. Mogłam im się bliżej przyjrzeć, gdy w 2002 r. władze diecezji Orange zaprosiły mnie jako osobę świecką do rozpatrywania przypadków nadużyć seksualnych wśród księży.

Miałaś 15 lat, gdy zaczął Cię molestować Thomas Hodgman, dyrektor chóru w liceum katolickim. Po tak bolesnych doświadczeniach chciałaś mieć znów do czynienia z Kościołem?

Na fali skandalu pedofilskiego ujawnionego przez dziennik „The Boston Globe” wciąż mówiło się o potrzebie reform. To może wydawać się naiwne, ale chciałam być ich częścią. Szybko okazało się jednak, że działania komisji rewizyjnej są nieefektywne. Spotykaliśmy się raz w miesiącu i przez pół roku nie przeanalizowaliśmy ani jednego przypadku nadużyć. Wraz z innymi świeckimi członkami komisji słuchaliśmy wymówek księży tłumaczących, że sprawa nie trafi pod rozważania, bo oskarżony duchowny jest już za stary, na pewno niczego nie zrobił, a jego ofiara kłamie. Często zrzucano też winę na media lub prawników, którzy reprezentowali ofiary w sądach. Pół roku później zrezygnowałam z zasiadania w komisji.

Wtedy po raz pierwszy zgłosiłaś się do prawnika i opowiedziałaś o tym, że byłaś molestowana seksualnie. Czemu nie zrobiłaś tego wcześniej?

Gdy w 2003 r. w Kalifornii zawieszono tymczasowo przedawnienie przestępstw seksualnych, myślałam, że nie mam podstaw do złożenia pozwu przeciwko Kościołowi. Nie molestował mnie ksiądz, tylko osoba świecka. Prawnik powiedział mi jednak, że mogę pozwać pracodawców sprawcy molestowania: zarówno liceum Mater Dei w Santa Ana, jak i nadzorującą je diecezję Orange. Z ujawnionych w wyniku procesu akt wynika, że Thomas Hodgman przyznał się przed władzami szkoły do winy. Ówczesny dyrektor liceum, ojciec John B. Weling, zamiast zgłosić sprawę do służb zajmujących się ochroną dzieci, wymusił na Hodgmanie obietnicę, że już nigdy nie dopuści się nadużyć wobec uczennic.


CZYTAJ TAKŻE

OJCIEC ADAM ŻAK SJ, koordynator episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży: Nie mam żadnych przesłanek, by uznać, że w polskim Kościele postępowano inaczej niż w amerykańskim albo irlandzkim.


Opowiedz, jak zaczęła się Twoja ­historia.

Pochodzę z katolickiej rodziny. Mój ojciec i matka byli wolontariuszami w kościele św. Józefa w Santa Ana i nieraz zbierali fundusze na rzecz liceum Mater Dei. Wyglądaliśmy na perfekcyjną rodzinę. Nikt nie wiedział, że moja matka jest alkoholiczką. Często miała huśtawki nastrojów – w jednej chwili mówiła, że jestem jej ukochaną córką, a w drugiej wyzywała mnie od najgorszych. Cierpiałam przez nią na depresję i kilka razy podcięłam sobie żyły. Po tym, jak próbowałam powiesić się w garażu, trafiłam na kilka dni na oddział psychiatryczny. Gdy przyjmowano mnie do liceum, uprzedzono nauczycieli, by uważnie mnie obserwowali. Wśród nich był też Thomas Hodgman. Miałam zadatki na sopranistkę i dołączyłam do prowadzonego przez niego chóru.

Kiedy poczułaś, że jego zachowanie wymyka się spod kontroli?

Na początku było bardzo niewinnie. Często mnie chwalił, poświęcał mi więcej czasu niż innym, dawał drobne prezenty. Zwierzałam mu się ze swoich problemów z matką. Powtarzał, że jego ojciec też jest alkoholikiem i że wie, jak się czuję. Byłam zagubiona i potrzebowałam uwagi ze strony innych. Potrafił to wykorzystać. Za każdym razem, gdy jeździliśmy z chórem na występy, nie odstępował mnie na krok. Po miesiącach niewinnych dotknięć kilka razy próbował mnie pocałować. Bałam się powiedzieć o wszystkim rodzicom, bo już i tak od dawna nie mogłam liczyć na ich pomoc. Poszłam wtedy do wicedyrektorki szkoły, która powiedziała, że powinnam zachować wszystko w tajemnicy. Inaczej nigdy nie skończę liceum i nie dostanę się na studia. Na koniec dodała, że to, co robi Hodgman, to po prostu miłość.

Chyba nigdy nie czułaś się tak samotna.

To był najgorszy okres w moim życiu. Nie wiedziałam, co robić. On jednak nie odpuszczał. Raz powiedział uczniom, że potrzebuje pomocy przy przeprowadzce. Gdy pojawiłam się u niego w domu, okazało się, że jesteśmy tam sami. Za każdym razem szukał okazji, by spotkać się ze mną po zajęciach. Nie potrafiłam mu odmówić. Wciąż powtarzał, że jestem wyjątkowa. Byłam naiwna i myślałam, że mnie kocha. Wykorzystywał mnie seksualnie przez dwa lata. Pod koniec liceum zaszłam z nim w ciążę. Niedługo potem dowiedziałam się też, że mam chorobę weneryczną. W tajemnicy przed rodzicami poszłam na leczenie i dokonałam aborcji.


CZYTAJ TAKŻE

Zuzanna Radzik: Strażnicy poza kontrolą


Jak zareagowali Twoi rodzice, gdy ­dowiedzieli się o wszystkim?

Rozpętało się piekło. I nie chodziło o to, że zaszłam w ciążę, ani o to, że ją usunęłam. Byli wściekli, że przyniosłam naszej rodzinie wstyd. Powiedzieli, że się puszczam i sama jestem sobie winna. Zakazali mi zgłaszania tej sprawy w szkole.

Czy potrafiłaś to wybaczyć swojej ­rodzinie?

Z ojcem po latach udało mi się odbudować relacje. Teraz bardzo mnie wspiera. Z matką nie chciałam mieć kontaktu. Chyba nigdy nie wybaczyła mi tego, że zaszłam w ciążę. Nie zdążyłyśmy się pojednać. Umarła, gdy miałam 27 lat.

Jak te doświadczenia wpłynęły na Twoje dorosłe życie?

Zajęło mi dziesięć lat, żeby dojść do siebie. Podczas studiów miałam myśli samobójcze. Czułam, że to ja jestem wszystkiemu winna. Nienawidziłam siebie. Aby uciec od rodzinnego domu, przeprowadziłam się z ówczesnym chłopakiem do Kolorado i wzięłam z nim ślub. To był toksyczny związek. Nawet gdy mieliśmy dobre momenty, to i tak podświadomie chciałam wszystko zniszczyć.

Coraz częściej myślałam o śmierci. Po dwóch latach małżeństwa byłam emocjonalnym wrakiem. Zdecydowałam wtedy, że albo pójdę na terapię, albo nie dożyję trzydziestki. Po rozwodzie wróciłam do Kalifornii i zamieszkałam w Palm Springs. Dopiero gdy stanęłam w pełni na nogi, zdecydowałam się na przeprowadzkę w rodzinne strony. Bałam się, że powrót będzie zbyt bolesny.

Czy Thomas Hodgman odpowiedział kiedykolwiek za swoje czyny?

Dopiero w styczniu tego roku. Na fali ruchu #MeToo musiał zrezygnować z posady dyrektora chóru w Adrian College w stanie Michigan. Nigdy jednak nie poniósł odpowiedzialności karnej. Gdy w 2003 r. składałam pozew do sądu, nie mogłam już wytoczyć mu procesu karnego. Miałam 33 lata, a według ówczesnego prawa powinnam była to zrobić przed ukończeniem 24. roku życia. Jedyne, co mi pozostało, to doprowadzenie do zwolnienia Thomasa Hodgmana z Adrian College. Pracował tam od 1999 r. Już 13 lat temu wysłałam władzom szkoły list wraz z kopią odtajnionego w procesie oświadczenia Hodgmana, w którym przyznał się do nadużyć seksualnych.

W odpowiedzi usłyszałam tylko, że prześladuję ich pracownika. Na władze szkoły podziałał dopiero list wysłany jesienią zeszłego roku. Jednak i tak władze poszły Hodgmanowi na rękę i pozwoliły mu samemu złożyć wypowiedzenie. Tak samo postąpił w 1989 r. dyrektor liceum Mater Dei. Hodgman pewnie nie odszedłby wtedy ze szkoły, gdyby nie opublikowany przeze mnie tekst w uczelnianej gazecie na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara. Napisałam, że byłam wykorzystywana seksualnie i dokonałam aborcji. Choć w tekście nie ujawniłam nazwiska Hodgmana, władze liceum wystraszyły się skandalu i skłoniły go do odejścia ze szkoły.

Od momentu złożenia pozwu przeciwko liceum Mater Dei i diecezji Orange stałaś się osobą publiczną. Wielokrotnie opowiadałaś w mediach swoją historię. Dla Twoich bliskich to musi być trudna sytuacja.

Mam szczęście, bo po pierwszym nieudanym małżeństwie spotkałam kochającego mężczyznę. Jesteśmy już 14 lat po ślubie. Zaczęliśmy się umawiać niedługo przed tym, jak zdecydowałam się pozwać diecezję Orange. Mike zawsze wspierał mnie w mojej walce, czasem angażuje się w moje projekty. Mamy 12-letniego syna. Śmiejemy się, że dla naszych sąsiadów w Newport Beach [miasto w południowej Kalifornii – red.] jesteśmy zwyczajną amerykańską rodziną. Nikt z nich nie wie, że działam na rzecz ofiar pedofilii.

Zaczęło się kilkanaście lat temu od dołączenia do stowarzyszenia SNAP. W jaki sposób pomagasz innym?

Stowarzyszenie skupia się na prowadzeniu grup wsparcia. Ja jednak zawsze chciałam pomagać ludziom w dochodzeniu własnych praw. Dla niektórych ofiar byłam pierwszą osobą, której opowiedziały swoją historię. To bardzo ważne, bo większość ofiar pedofilii boi się, że nikt im nie uwierzy. Każdemu powtarzam, że nawet jeśli sprawa molestowania seksualnego przedawniła się i nie można już dochodzić praw w sądzie, zawsze warto złożyć zeznania na policji. Chodzi o to, by po nadużyciu pozostał jakikolwiek ślad. Osobom, które mogą jeszcze złożyć pozew w sądzie, pomagam w znalezieniu prawnika, raportuję w diecezji przypadek molestowania seksualnego. Szukam innych osób, które padły ofiarą tego samego księdza. Im więcej ludzi zacznie mówić o swojej traumie, tym większa jest szansa na walkę z nadużyciami w Kościele.

Niedawno stworzyłaś własną organizację STOP Team. Na czym się teraz skupisz?

Mój priorytet to zmiany w prawie. Dlatego lobbuję za wydłużeniem okresu przedawnienia przestępstw seksualnych wobec dzieci. Tym razem się nie udało i gubernator Jerry Brown nie zatwierdził regulującej te kwestie ustawy. Jednak już teraz szykuję się na walkę po listopadowych wyborach na gubernatora stanu. Moje starania mogą potrwać kolejne lata, ale nigdy się nie poddam. ©

FOT. MARTA ZDZIEBORSKA
FOT. MARTA ZDZIEBORSKA

JOELLE CASTEIX (ur. 1970) jest aktywistką działającą na rzecz ochrony ofiar pedofilii, dyrektorką organizacji STOP Team (Survivors Taking on Predators), działała też w kalifornijskim oddziale Ruchu Ofiar Księży (SNAP). Napisała kilka bestsellerowych książek o problemie przemocy seksualnej wobec dzieci (m.in. „The Well-Armored Child: A Parent’s Guide to Preventing Sexual Abuse”). Casteix była molestowana przez dyrektora chóru w liceum katolickim w Santa Ana w Kalifornii. W 2003 r. wraz z 89 ofiarami molestowania seksualnego ze strony księży złożyła pozew przeciwko Kościołowi. Dwa lata później diecezja Orange wypłaciła poszkodowanym 100 mln dolarów zadośćuczynienia.

Galeria zdjęć
  • FOT. ARCHIWUM PRYWATNE


ogłoszenie społeczne

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]