Dźwięk alarmu wstrząsa twoim ciałem. Na oślep mierzysz dłonią w stronę telefonu. Powiodło się: hałas ustąpił miejsca ciszy. Wiercisz się, przeciągasz. Wyjmujesz jedną nogę spod kołdry i na moment zapadasz w półsen. Ponieważ nic tak dobrze nie cuci jak blask ekranu, łapiesz w końcu telefon i najzwyczajniej w świecie się gapisz.
Podobnie robisz przy śniadaniu i na światłach, w drodze do autobusu. A potem w autobusie. W drodze z przystanku do pracy i w windzie biura. Sprzątasz mieszkanie, a potem gotujesz kolację, także wgapiony. Gapisz się w telefon nawet kiedy partner albo partnerka opowiada ci o swoim dniu, choć obiecałeś, że już nie będziesz. Ale on albo ona, mówiąc do ciebie, także się gapi. I wasz przyjaciel tak samo. A także wasze dzieci, twoja matka. I cały świat – przynajmniej ten, który pojawił się w dopasowanym do twoich zainteresowań algorytmie.
Świat z ekranu
Świat na ekranie potrafi być bardziej absorbujący od świata poza nim. Bo czy prawdziwe życie ma w swoim arsenale muzykę, która najdokładniej określa nastrój tego wieczora? Posiada tak zmyślne cięcia, sprawną pracę kamery? Spowolnienie, przyspieszenie, rwącą narrację?
Rzeczywistość medialna jest pod każdym względem bardziej angażująca. W efekcie nie tyle doświadczamy codzienności, co spędzamy ją w stanie stałego rozkojarzenia.
Oczywiście, można, a nawet należy krytykować za ten stan rzeczy tych, którzy stworzyli cyfrowe światy platform społecznościowych. Warto jednak posłużyć się spichlerzem myśli filozoficznych (one też się czasem na coś przydają), by poszerzyć rozmowę o wpływie socjali na dotychczasową codzienność.
Bo może nie potrzeba nam kolejnej statystyki, która wskaże negatywne skutki aplikacji takich jak Facebook, Instagram czy TikTok na mózgi młodych i dorosłych. Może zamiast tego potrzebujemy filozofii codzienności, która nie tyle zdeprecjonuje hiperrealizm świata digitalnego, co będzie gotowa mu świadkować.
Sens rzeczy małych
Otóż mamy taką filozofię: została wyrażona w „Szczelinach istnienia”, kultowej książce Jolanty Brach-Czainy z początku lat 90. Bazuje ona na prostym, naiwnym wręcz założeniu: rzeczy nie są takie, jakie nam się jawią na powierzchni. Można się w nich całkiem dosłownie zanurzyć, o ile oczywiście ma się czas, chęci i pewną wrażliwość na to, jakie są naprawdę.
Brach-Czaina jest w tym sensie realistką: uznaje, że każdy przedmiot jest nośnikiem głębokiej prawdy o sobie samym. Ta z kolei istnieje w szczelinie jego bycia niezależnie od tego, czy chcemy w nią wnikać, czy nie. Przy czym autorka nie traktuje filozofii jako hermetycznej, niedostępnej dla zwykłych śmiertelników nauki. Tym również wyprzedza wielu mędrców, w tym wielu jej poprzedników, którzy całe swoje życie poświęcili objawianiu ludzkości „prawdziwej architektoniki” świata czy też jego „fundamentów”.
W „Szczelinach istnienia”, zamiast podstawy, na której ma opierać się całe istnienie, otrzymujemy szczegółowy zapis (lub opis) małych, pozornie błahych rzeczy, takich jak owoc wiśni lub ścierka do podłogi. Dla filozofki to konkretne, namacalne przedmioty, a nie idee, stanowią o naszym świecie. Sens rzeczywistości nie jest skumulowany w jednym (abstrakcyjnym w dodatku) punkcie, a rozproszony po wszystkich drobinach materii.

Warto go poznać nadgryzając, rozcinając, dotykając opuszkami palców. Jest delikatny, jędrny; chowa w środku pestkę o nieco ostrym obramowaniu – jak w przypadku owocu wiśni. Ścierka do podłogi nie posiada tych atutów. Jest oślizgła i wilgotna albo zesztywniała, kiedy wyschnie. Cechuje ją jednak większa powaga: to ona zbiera na sobie cały brud czystych mieszkań. Jest świadectwem ciągłej walki z siłami entropii. To zadanie iście metafizyczne.
Nie bez powodu na wydziałach filozofii w całej Polsce „Szczeliny istnienia” wciąż posiadają rangę książki kultowej. Bo Brach-Czaina nie tyle pragnie przekonać swoich czytelników do tego, że świat wokół nas ma jakiś sens, co pokazuje na przedmiotach wyrwanych codzienności, że sens jest ukryty wszędzie. Wystarczy podjąć trud wnikania. Zdaje się jednak, że ten proces zostaje przerwany, zanim ma okazję dobrze się rozkręcić. Czyli w momencie, kiedy otwieramy socjale.
Wejrzenie w szczelinę istnienia wymaga czasu, uwagi, skupienia na życiu. Nie jest to możliwe, jeżeli filtrujemy je przez wyskakujące z prędkością karabinu maszynowego treści na ekranie telefonu. Ale przecież, jeśli się nad tym zastanowić, kiedy gapimy się w książkę, świat również nas omija.
Różnica jest jednak zasadnicza: książka przyzywa do życia. Jest namacalna, można wyodrębnić ją ze wszystkich innych książek na całym świecie. Z kolei, dajmy na to, dobra rolka na Instagramie czy TikToku zdaje się pływać w oceanach bezczasu. I rzadko przyzywa do życia. Platformy społecznościowe są bowiem skonstruowane tak, aby przedłużać nasz bezruch. To z kolei oddala nas od świata, w którym nie mamy wyboru – musimy pozostawać świadomi.
Trend bez telefonu
Ten fakt, co ciekawe, szczególnie dobrze oddają właśnie trendy obecne na platformach społecznościowych. Na przykład tzw. raw-dogging, który fetyszyzuje życie sprzed socjali. Polega on na kompletnym porzuceniu telefonu i innych form rozrywki, by w zamian oddać się nicnierobieniu.
Naturalnie ten, kto raw-dogguje, powinien wstawić na socjale wideo pokazujące, jak skutecznie nie sięga po telefon. Zresztą urządzenie i tak stoi obok, bo przecież nagrywa twórcę. Ten z kolei siedzi, patrząc przed siebie, zwyczajnie istniejąc. Słowem: gapiąc się na świat.
Raw-dogging praktykuje się podczas długich podróży w zamkniętych przestrzeniach, takich jak samolot czy pociąg, gdzie sięganie po wszelkiego rodzaju ekrany zdaje się jedyną alternatywą do wytrzymania udręki. Niemniej znajdziecie w swoim telefonie również materiały ukazujące raw-doggerów siedzących w swoim mieszkaniu i tam praktykujących szlachetne nicnierobienie.
Trend przypomina nieco zdekonstruowaną, pozbawioną filozoficznych i religijnych konotacji formę medytacji. Tak naprawdę ma jednak na celu po prostu imitować codzienność starszych pokoleń, której Zetki zwyczajnie nie zaznały.
Możemy więc zadać sobie następujące pytanie: czy pokolenia dorastające ze smartfonem w ręku postrzegają życie sprzed ery socjali tak, jakby ich rodzice i dziadkowie codziennie dostępowali nirwany z uwagi na brak rozkojarzeń? Przy czym istotne, że ów akt fetyszyzacji istnieje na tych samych platformach społecznościowych, do których porzucenia ma jednocześnie skłaniać.
Raw-doggujące społeczności jednocześnie kpią ze swojego znerwicowania i ciągłej potrzeby bodźców, jak korzystają z generujących ów stan mediów, aby to wyrazić. To chyba najlepiej pokazuje, jak nieodzowne stały się one dla ludzkiej interakcji ze światem.
Po drugiej stronie medialnego rozumienia codzienności jest ukryty strach przed tym, co pospolite. Niechęć do prozy życia sprawia, że socjale pękają w szwach pod naporem treści ukazujących, że nasze życia są jak najbardziej niecodzienne. To z kolei przyczynia się do rosnącego wstydu wobec nieco zbyt codziennej codzienności odbiorców takich treści.
Dzień mija za dniem, a bierny obserwator coraz bardziej traci przeświadczenie o ich istotności.
Filozofia krzątania
Właśnie z uwagi na to najbardziej rewolucyjną tezą Jolanty Brach-Czainy wydaje się dziś ta o głębi znaczeń znajdujących się w prozie życia: sens kryje się w krzątaniu od jednego małego zadania do drugiego. Bo, zgódźmy się z filozofką, taka właśnie jest codzienność: krzątacza. Nie przespać budzika, wstać z łóżka, pościelić łóżko. Zjeść śniadanie, zdążyć na autobus. Pojawić się na spotkaniu, które mogło być mailem. Zjeść coś (wreszcie). Wypróżnić. Czas płynie, dzień minął. Jutro od nowa.
Nie tylko człowiek, ale „i mrówka, i żuk gnojak” krzątają się między różnymi obowiązkami. Każda z tych czynności jest pozornie bez większego sensu. Niemniej, zdaniem Brach-Czainy, to właśnie nasze codzienne krzątanie skrywa w sobie głęboką prawdę na temat istnienia. „Gdy wsiadamy do autobusu, pochłania nas to kompletnie. Obserwacja doświadczenia codziennego, które wciąga nas w nieustanny rytm zaangażowania i obojętności, pozwala odkryć, że codzienność układa się w formy dramatyczne”, pisze filozofka.
Formy dramatyczne, o których czytamy u Brach-Czainy, trwają zaledwie chwilę, zanim stracą swoje znaczenie. Mając to na uwadze, możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak portale społecznościowe odciągają nas od własnego krzątania się po codzienności. Bo jeśli zarówno przed, jak i po, a czasem w trakcie wykonywania prozaicznych obowiązków jesteśmy zajęci obserwacją czyjegoś życia, nasze bezpowrotnie mija.
Z uwagi na odczuwany brak sensu poszukujemy tym większej ilości treści z ekranu. Wreszcie stajemy się przebodźcowani krzątaniem, bo przecież nie tylko poszukujemy szczelin istnienia we własnej codzienności, ale i w codzienności twórców na naszym feedzie.
Kiedy Jolanta Brach-Czaina pisała „Szczeliny istnienia”, nie miała pojęcia, że kolejne pokolenia zaczną albo fetyszyzować krzątanie się, albo je znienawidzą. Wiedziała jednak, że ciężko nam pojąć sens aktywnego uczestnictwa w codzienności nawet bez współczesnych rozkojarzeń. Dlaczego? Bo krzątanie się jest wycieńczające. Właśnie na tym wycieńczeniu żerują platformy społecznościowe.
Czy da się krzątać tak jak kiedyś, czyli bez pośrednictwa socjali? Bo te z konieczności generują podział na twórców i odbiorców. Interakcja w nich jest tym bardziej skuteczna, im bardziej odbiorca pasywnie przyjmuje treści. Czy więc koniecznym jest, aby każdy z nas stał się w pewnym stopniu twórcą, aby doświadczać codzienności w bardziej świadomy sposób?
Powrót do życia
Jak powrócić do satysfakcji z codzienności? Oto pytanie bez jednej właściwej odpowiedzi. Sugeruję na początek następujące rozwiązanie: zacznij udawać, że raw-doggujesz, tylko tego nie nagrywaj. Ewentualnie łuskaj fasolę albo wykonuj równie nudną i niepotrzebną nikomu czynność. Przyda ci się do zintensyfikowania samoświadomego życia.
Wreszcie: odłóż telefon i, z perspektywy trzecioosobowej, przyjrzyj się swojej porannej rutynie. Idę o zakład, że będzie wyglądać jak niżej.
Dźwięk alarmu wstrząsa twoim ciałem. Na oślep mierzysz dłonią w stronę telefonu. Powiodło się. Zdołałaś trafić w odpowiedni fragment ekranu. Nastaje męcząca cisza. Tym razem dasz radę? Wiercisz się, przeciągasz. Wyjmujesz jedną nogę spod kołdry, zapadasz w półsen. Ponieważ nic tak nie cuci jak blask ekranu, sięgasz po telefon.
A! Przecież miało być bez telefonu. Bierze cię złość. Zwykle przecież minutę po obudzeniu przeglądasz zdjęcia z wczorajszego wieczoru, z imprezy koleżanki niewidzianej od lat. Weź oddech. Oddychasz. Stale, nieprzerwanie, od dekad. No, czasem z przerwami, np. wtedy, kiedy zanurkowałaś na pięć metrów i niemal ci bębenki w uszach rozsadziło. Miałaś pięć lat. Byłaś na wakacjach z rodziną.
Trzeba wstać. Dzień powszedni nie tyle jest dziś syzyfową robotą, co platformą dla setek różnych doświadczeń. Momentami jest oczywiście nieco absurdalny. Sielanka śniadania przerwana pędem do autobusu. Praca, której nie należy brać zbyt poważnie (nawet jeśli jest poważna), bo jesteś przecież tylko mrówką w wielkim mrowisku, a to mrowisko jest na małej planecie Ziemia, która sobie fruwa przez wielki kosmos. O sens tego nie musimy przecież nawet pytać.
Jolanta Brach-Czaina (1937-2021) była profesorką filozofii, autorką i współautorką książek z zakresu estetyki, filozofii sztuki i kultury, a także antropologii oraz gender studies. Studiowała filozofię i fizykę w Warszawie oraz reżyserię w Paryżu. Wykładała na uniwersytecie w Białymstoku. Autorka m.in. „Szczelin istnienia” (1992) i „Błon umysłu” (2003), które podpisała jako „Jolanta, córka Ireny, wnuczka Bronisławy, prawnuczka Ludwiki”.
Zapytana o to przez Katarzynę Kubisiowską tłumaczyła na łamach „Tygodnika”, że podkreślanie kobiecego rodowodu jest dla niej „odpowiedzią na męską cywilizację, która przerywa związki między kobietami i wymazuje ślady tych powiązań”. Na temat poznawania świata mówiła z kolei: „jeśli mogę czegoś dotknąć, dotykam. A jeśli piszę o tym, to dlatego, że uważam, że dotyk jest w literaturze pomijany i zdominowany przez wrażenia wzrokowe”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






