Jedynki i pojedynki

Obywatelska inicjatywa "Stop jedynkom" to próba pokazania partyjnym przywódcom, że lud wszystkiego nie kupi.

20.09.2011

Czyta się kilka minut

Przed laty we Włoszech wyborca mógł głosować na całą listę lub też wskazać na niej ulubionego kandydata. Z tej drugiej możliwości korzystano różnie w różnych częściach kraju: słynny amerykański badacz Robert Putnam odkrył, że skłonność do indywidualnych wskazań była odwrotnie proporcjonalna do tradycji obywatelskich. To nie jest aż takie paradoksalne. Na północy Włoch obywatele aktywniej włączali się w życie wewnętrzne partii i potem akceptowali zbiorowe ustalenia co do znaczenia kandydatów. Na południu każdy z kandydatów budował swoją klientelę, o którą się potem troszczył.

W naszych wyborach wskazać kogoś się musi. Najłatwiej - lidera listy. Lecz właśnie przeciwko takiemu wskazywaniu zawiązała się obywatelska inicjatywa "Stop jedynkom". Jaki jest jej sens, a jaki możliwy praktyczny skutek?

W przypadku obu największych partii wzory głosowania były dotąd bardzo podobne. Na jedynki wskazywało ok. jednej trzeciej wyborców, procent ten wahał się jednak od osiemdziesięciu kilku do kilkunastu. Na to zróżnicowanie w części składały się czynniki niezależne od kandydata - przede wszystkim charakter okręgu. Na liderów list znacznie częściej głosowali mieszkańcy największych miast. Jeśli zaś w okręgu jest więcej rywalizujących ośrodków - byłych miast wojewódzkich bądź po prostu powiatów - udział jedynki w poparciu dla ugrupowania nieuchronnie spadał. Inny czynnik był zależny od partii - konkretnie zaś, od strategii układania list. "Spadochroniarze" na pierwszych miejscach otrzymywali średnio o jedną piątą mniej głosów niż "miejscowi".

Na podstawie tych czynników można wyjaśnić los co czwartego głosu w ostatnich wyborach. Czynnikiem znacznie bardziej osobistym, lecz przecież nie pozbawionym wpływu całego ugrupowania, była wcześniejsza widoczność medialna. Imienne ulokowanie głosu w przypadku co dziesiątego wyborcy da się wyjaśnić liczbą cytowań, która była udziałem danej "jedynki" w ciągu 9 miesięcy przed wyborami. Wreszcie: co dwudziesty wyborca musiał się kierować czymś, co wykracza poza takie czynniki. Jeśli sporządzić listę odchyleń od powyższych "twardych" uwarunkowań, utrafi ona całkiem dobrze w nasze intuicje. Na plusie znaleźli się Bogdan Zdrojewski i śp. Przemysław Gosiewski, na minusie Grzegorz Schetyna czy Ludwik Dorn. Jedni najwyraźniej mają dryg do kontaktu z wyborcami, drudzy zaś mają go jakby mniej. To w końcu nie jedyna cecha wymagana od polityka - np. zdolności analityczne czy upór w dążeniu do celu zwykle nie są oczywiste u "brata-łaty".

Tak czy inaczej, z liderów list PO i PiS, ani w 2005, ani w 2007 r. nikt wyborów nie przegrał. Co więcej: media ekscytowały się liczbami zdobytych przez nich głosów, zupełnie nie rozumiejąc, że te liczby to tylko w niewielkim stopniu zasługa kandydatów. Przecież w najmniejszym okręgu częstochowskim nie da się zdobyć nawet jednej trzeciej głosów oddawanych w Warszawie...

Świadomość takich mechanizmów stała się dziś widoczna we wszystkich partiach, więc o pierwsze miejsca toczy się kilka rodzajów gier. Najpierw w PO odbyły się wewnętrzne walki, które skutkowały zepchnięciem z "jedynki" dotychczasowego lidera - stało się tak w co czwartym okręgu. Z reguły nowi szefowie regionalnych struktur uznali, że to im się należy splendor wielkomiejskich "lokomotyw", zaś prawdopodobne spektakularne liczby głosów utwierdzą ich przywództwo, wynikające dotąd raczej z biegłości w kuluarowych podchodach. Potem w SLD wciąż słabo trzymający się w siodle Napieralski użył obsady list do utwierdzenia swych wpływów i utrącania przeciwników - zwłaszcza że w tej partii większość mandatów przypadnie jedynkom.

Na koniec Jarosław Kaczyński poszedł jeszcze krok dalej niż w 2007 r.: na co szóstej jedynce znalazł się ktoś, kto jeszcze nigdy nie startował z sukcesem w wyborach. O ile w 2007 r. taki manewr zastosowano z ważnymi ministrami własnego rządu - Grażyną Gęsicką, Zytą Gilowską czy Janem Dziedziczakiem - to tym razem łaska prezesa spłynęła na zacnych profesorów, o których jednak nawet posłowie z przypisanych im okręgów musieli szukać informacji w Wikipedii. Także w PSL na listach doszło do kilku roszad, choć tam ich skala jest znacząco mniejsza, a racjonalność mniej wątpliwa.

Ścieżki były więc różne, lecz efekt jest ten sam - napięcia w największych partiach są w tym roku większe niż kiedykolwiek. W uszach "zdegradowanych" posłów główny postulat akcji "Stop jedynkom" brzmieć więc musi słodko. Oni koncentrują swoją uwagę na pojedynkach z nowymi jedynkami. Jednak dla samych wyborców takie głosowanie to akt pewnej desperacji, grożący narastającym zniechęceniem. W poprzednich wyborach ci, którzy nie głosowali na jedynki, w większości oddali głos na kandydatów, którzy mandatu jednak nie dostali. Taka jest logika tego wrednego systemu - nadmiar pretendentów jest na rękę dotychczasowym triumfatorom. Zaś jedynki i tak w przytłaczającej większości zdobędą mandat.

Jednak sama akcja może mieć pozytywny efekt, nawet w ramach tej nieracjonalnej sytuacji. Jeśli choć w kilku przypadkach doprowadzi do spektakularnych klęsk "jedynek", może skłoni na przyszłość partie do unikania manipulacji opartych na założeniu, że ciemny lud wszystko kupi. Bo owszem: partiom mogą być potrzebne w sejmowych ławach osoby mniej popularne, przedstawiciele ważnych, acz niszowych środowisk, czy wreszcie może im służyć "przewietrzanie" przywództwa. Jednak krajowi liderzy powinni umieć do tego przekonać własnych kolegów i sympatyków, nie zaś iść na skróty. Bo przy okazji gubi się kolejna cząstka obywatelskiego ducha.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w zakresie socjologii polityki,… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 39/2011