Europejskie wycinanki

W Platformie nie buzowało tak od lat. Czy to możliwe, że Grzegorz Schetyna ułożył listy na eurowybory nie pod kątem najlepszego wyniku, tylko w zamiarze uderzenia w ludzi Donalda Tuska?

25.03.2019

Czyta się kilka minut

Borys Budka, Wojciech Saługa, Grzegorz Schetyna i Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konferencji prasowej Koalicji Obywatelskiej, Chorzów, 2018 r. / DOMINIK GAJDA / AGENCJA GAZETA
Borys Budka, Wojciech Saługa, Grzegorz Schetyna i Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konferencji prasowej Koalicji Obywatelskiej, Chorzów, 2018 r. / DOMINIK GAJDA / AGENCJA GAZETA

A jednak chude lata w opozycji niewiele Platformę zmieniły. Wydawało się, że po rozpadzie KOD i autokompromitacji Nowoczesnej partia wyszła na prostą, zostawiając za sobą wewnętrzne konflikty i niesnaski. Co więcej: wyglądało na to, że w dominującej po stronie opozycji Platformie wszyscy popierają tworzenie wielkiej koalicji przeciw PiS.

Ostatnie dni pokazały jednak, że nawet wysoka temperatura rządów PiS nie okazała się dla PO otrzeźwiająca. Tak jak pod koniec swych rządów w latach 2014-15, tak i dziś politycy tej partii zajęci są głównie sobą.

Emocje wystrzeliły kilkanaście dni temu, gdy Grzegorz Schetyna zaprezentował listy kandydatów PO do Parlamentu Europejskiego. Platforma rozpoczyna kampanię razem z podzielonym PSL, pozaparlamentarnym SLD, fantomem Nowoczesnej i maciupkimi Zielonymi. Wydawało się, że sklecenie tego wielobarwnego – w PiS wolą mówić „tęczowego” – porozumienia to najtrudniejszy element, a potem będzie już z górki. Nic bardziej mylnego: ogłoszenie przez Schetynę nazwisk kandydatów, którzy z kontyngentu Platformy znajdą się na listach Koalicji Europejskiej, doprowadziło do ogromnego napięcia w partii.

Pól konfliktu jest kilka. O to, czy Schetyna dał za dużo dobrych miejsc innym partiom, kosztem własnych kandydatów. O to, dlaczego część kandydatów PO startuje z niskich miejsc lub w obcych okręgach. O to, czemu na wysokich miejscach znaleźli się przypadkowi ludzie spoza polityki. O to, czemu większość obecnych europosłów została zmarginalizowana, a część w ogóle nie wystartuje.

A wszystko to pod wspólnym mianownikiem: Schetyna uderza w ludzi Tuska.

Obdzielić koalicjantów

W wyborach do Parlamentu Europejskiego jest 13 okręgów wyborczych. To zazwyczaj odrębne województwa, przy czym w jeden okręg połączone zostały Małopolska ze Świętokrzyskiem, lubuskie z zachodniopomorskim, Dolny Śląsk z Opolszczyzną oraz warmińsko-mazurskie z podlaskim. Za to z Mazowsza wydzielono Warszawę.

Na 13 „jedynek” aż sześć Platforma dała koalicjantom. Ludowcy otwierają listy na Mazowszu, Podkarpaciu i Lubelszczyźnie. Lewica w Warszawie, w Łódzkiem i w okręgu lubusko-zachodniopomorskim. Pozostałe ugrupowania Koalicji Europejskiej – Nowoczesna i Zieloni – praktycznie nie liczą się przy podziale miejsc.

Już same te proporcje rozpalają głowy polityków PO. Dla przykładu – na liście w Łódzkiem przedstawicielka Platformy będzie dopiero na trzecim miejscu, a to znaczy, że partia prawdopodobnie nie będzie mieć po raz pierwszy w historii europosła z tego regionu („jedynkę” z puli SLD dostał były premier i szef NBP Marek Belka, na „dwójce” jest poseł PSL Paweł Bejda). Ale to i tak w sumie drobnostka.

Bardziej od reprezentacji regionalnych liczą się bowiem personalne rozgrywki. Przykładów, które bulwersują polityków Platformy, jest wiele. Weźmy najbardziej efektowne. Warszawa – tu listę Koalicji Europejskiej otwiera Włodzimierz Cimoszewicz jako reprezentant SLD. Taki był warunek byłego premiera – wystartuje tylko, jeśli dostanie „jedynkę” w Warszawie, czyli gwarancję wyboru.

Oczywiście można uznać, że traktuje to jako swoistą rekompensatę za to, że w 2005 r. ludzie PO (zresztą po raz pierwszy pod rękę z Romanem Giertychem, ówczesnym liderem rydzykowej partii Liga Polskich Rodzin) utrącili jego kandydaturę w wyborach prezydenckich. Można także zrozumieć, że czuje się ojcem idei Koalicji Europejskiej – miał ją jako pierwszy przedstawić w gronie polityków różnych partii w swej rodzimej Białowieży, a potem napisał tekst w „Gazecie Wyborczej” na ten temat („Proeuropejskie partie, organizacje pozarządowe, władze lokalne i aktywni obywatele powinni utworzyć szeroki blok wyborczy Europa, który opowie się za gruntowną zmianą polityki europejskiej naszego kraju i zgłosi wspólne listy kandydatów” – postulował).

Ale prawda jest taka, że Cimoszewicz jest na politycznej emeryturze, którą sam kilka lat temu ogłosił. Bywał w przeszłości polityczną lokomotywą, tyle że to było bardzo dawno temu. Schetyna wcale nie musiał mu dawać pewnego miejsca w najbardziej prestiżowej lokalizacji.

Czemu zatem to zrobił? Wygląda na to, że głównie po to, by nie oddać stołecznej „jedynki” Ewie Kopacz, którą – choć jest cieniem dawnej premier i kandydatki na szefową PO – wciąż uważa za zagrożenie. Głównie dlatego, że ma wieloletnie, silne związki z Tuskiem – jest lekarką i pomagała mu, gdy chorowały jego matka i siostra. Tusk zawsze ślepo jej bronił i nawet dziś udzielając wywiadów, często o niej wspomina – jak w ostatnim wywiadzie dla TVN24.

Wędrówka z Kopacz

Schetyna przymierzał Kopacz do różnych okręgów. Moi rozmówcy w Platformie twierdzą chociażby, że rozważany był pomysł wystawienia jej w okręgu małopolsko-świętokrzyskim. Tak się składa, że PiS ma tam wyjątkowo silną listę – Beata Szydło, Ryszard Legutko, Patryk Jaki, Dominik Tarczyński, Arkadiusz Mularczyk – i wiadomo, że znokautuje Koalicję Europejską.

Kopacz ma w swym otoczeniu ludzi, którzy doskonale rozumieją, jak działa ordynacja europejska, dlatego nie dała się wmanewrować w beznadziejne starcia. Skończyło się zgniłym kompromisem – będzie otwierać listę w życzliwej Platformie Wielkopolsce, a zatem pewnie zdobędzie mandat. Ale Schetyna utrudnił jej zadanie. Nie dość, że Wielkopolska to region z silną tożsamością, w którym wywodzącej się z mazowieckiego Szydłowca Kopacz trudno będzie prowadzić kampanię. Dodatkowo Schetyna wstawił jej na „dwójkę” innego byłego premiera: Leszka Millera z SLD. Żeby była jasność – to nie było szczególne oczekiwanie lidera SLD Włodzimierza Czarzastego, który z Millerem ma szorstkie relacje i nie podchodzi do jego kandydowania z entuzjazmem.

W tym, że od zawsze łódzki Miller kandyduje z Wielkopolski, na pozór nie ma logiki. Chyba że chodzi o osłabienie wyniku Kopacz, co – biorąc pod uwagę, że Miller jest powszechnie rozpoznawalny – może być skuteczne.

Zdrojewski? Takiego tu nie ma

Pójdźmy dalej – Dolny Śląsk. Tu listę otwiera działaczka społeczna Janina Ochojska, która dostała miejsce z puli Platformy. Osiągnięć Ochojskiej w działalności charytatywnej nie sposób przecenić, ale „jedynka” w jednym z bastionów PO, i to w wyborach europejskich – które w minimalny sposób dotyczą jej społecznikowskiej aktywności – wywołała w partii zdumienie.

Jeszcze większe emocje budzi to, że z listy usunięty został były wieloletni minister kultury Bogdan Zdrojewski, obecny europoseł. W ostatnich eurowyborach otwierał listę PO i zdobył ponad 162 tys. głosów, podczas gdy jego ówczesny konkurent z PiS Dawid Jackiewicz ponad dwa razy mniej (niespełna 80 tys.).

Problem w tym, że Zdrojewskiego nie cierpi Schetyna. Mają wieloletnie porachunki – Dolny Śląsk to matecznik lidera PO, z którego był rugowany za rządów Tuska, także rękami Zdrojewskiego. W dodatku Zdrojewski ma duże ambicje, sięgające premierostwa. – W ostatnich miesiącach Zdrojewski opowiadał, że pojednali się ze Schetyną, że nawet spotykają się czasem rodzinnie. Od początku uważałem, że w niczym to mu nie pomoże – mówi jeden z europosłów.

Zdrojewski był gotowy kandydować z dowolnego miejsca na liście, ale Schetyna doskonale zna jego wyborczy potencjał i nie wpuścił go na listy w ogóle, proponując kandydowanie do Sejmu – Zdrojewski odmówił. W dodatku twierdzi, że o tym, iż ostatecznie go na liście nie będzie, dowiedział się z mediów. „Mam pretensję o brak odwagi i klasy kierownictwa PO” – żalił się „Super Expressowi”, sugerując, że Schetyna go oszukał.

„Może do zobaczenia...”

Niskie miejsca na listach dostali także inni europosłowie, których serce bije raczej dla Tuska: Michał Boni (były szef doradców Tuska za czasów jego premierostwa, w poprzednich eurowyborach drugi na liście w Warszawie), Adam Szejnfeld (były wiceminister gospodarki w rządzie Tuska; pięć lat temu był drugi w Wielkopolsce, ale osiągnął najlepszy rezultat na liście) czy Elżbieta Łukacijewska (była liderka listy PO na Podkarpaciu).

Boni swój profil na Twitterze zmienił na kilkadziesiąt godzin w litanię żalu i pretensji do nienazwanego Schetyny. Najpierw zaatakował sam: „Chcę startować z Koalicji Europejskiej i robić dobrze to, co robiłem. Ale muszę mieć jakąś szansę. Nie dano mi jej. (...) Platformo, może do zobaczenia...”.

Potem umieszczał na profilu ostre wpisy swoich fanów: „To skandal zmarginalizować tak pracowitego europosła”, „Na listach Koalicji musi być miejsce dla emerytów politycznych, więc eksperci, fachowcy i reformatorzy muszą znaleźć inną robotę”, „Szkoda, że tak łatwo rezygnujemy z najbardziej przyzwoitych ludzi i najbardziej kompetentnych specjalistów”. Ostatecznie zdecydował się nie żegnać z Platformą, ale szanse na mandat ma iluzoryczne.

Z obecnych europosłów PO „jedynki” – i pewny wybór – mają tylko Jerzy Buzek (Śląsk), Janusz Lewandowski (Pomorze) i Róża Thun (Małopolska-Świętokrzyskie).

Ale i tu pojawiają się rozgrywki i utyskiwania. Schetyna rozważał zepchnięcie Lewandowskiego na „dwójkę”, by listę otwierała wdowa po Pawle Adamowiczu (ostatecznie to ona będzie druga). A jeśli chodzi o Thun, to szef partii planował umieścić na jej miejscu prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, ale dostał kosza.

Dał za to „jedynkę” na Podlasiu oraz Warmii i Mazurach innemu byłemu piłkarzowi – Tomaszowi Frankowskiemu. W poprzednich wyborach listę otwierała tam prof. Barbara Kudrycka, minister nauki w rządzie Tuska. Teraz Kudrycka nie wystartuje, podobnie jak inna zmarginalizowana minister jego rządów – Julia Pitera. Startować z pośledniego miejsca nie chciała też Danuta Hübner, niegdyś minister ds. europejskich kojarzona z SLD, a w ostatnich latach przyciągnięta do Platformy przez Tuska (w 2014 r. „jedynka” PO w stolicy – zdobyła ponad 225 tys. głosów, prawie trzy razy więcej niż wszyscy pozostali kandydaci Platformy razem wzięci). W ostatniej jednak chwili przed sobotnia prezentacją kandydatów dała się przekonać i będzie „czwórką” w Warszawie.

Europosłowie z szubienic

Jesienią 2017 r. portrety Hübner, Pitery, Kudryckiej, Boniego, Thun oraz Jazłowieckiej narodowcy powiesili na szubienicach w centrum Katowic. To była symboliczna egzekucja za to, że w europarlamencie zagłosowali za rezolucją wzywającą rząd PiS do przestrzegania praworządności – zrobili to wbrew zaleceniom władz Platformy. Teraz wiadomo, że większości z tej szóstki nie będzie już w europarlamencie.

– Wiem, że w partii pojawiają się głosy, że Grzegorz wycina ludzi Tuska. Ale to bardziej skomplikowane – przekonuje stronnik Schetyny ze ścisłych władz partii. I wymienia: – Musieliśmy dać dobre miejsca kandydatom PSL, bo jeśli nie zdobędą kilku mandatów, to nie ma co marzyć o wspólnych wyborach do Sejmu. Do tego dochodzą premierzy z SLD – z racji ich pozycji politycznej musieli dostać dobre miejsca. Musieliśmy pogodzić także interesy regionalne. W okręgach składających się z dwóch województw lub takich, w których jest kilka większych miast, trzeba mieć kandydatów z każdego z tych miejsc.

Nawet on jednak przyznaje, że w niektórych przypadkach, takich jak Kopacz, wędrówki po mapie nie były nacechowane życzliwością Schetyny.

Mówi jeden z polityków spoza Platformy, który negocjował powstanie Koalicji Europejskiej: – Uważam, że Schetyna wycina ludzi Tuska. Zdałem sobie z tego sprawę podczas układania list. Mnie to nie martwi, bo dzięki temu kandydaci PO w okręgach, gdzie liczymy na mandat, są słabsi i nie przeskoczą naszych ludzi. Zresztą to wewnętrzne porachunki Platformy, które nas nie dotyczą.

Sojusz z komunistami

Tu się mój rozmówca może srodze mylić, bo wojna wewnętrzna w największej partii stanowi zagrożenie dla całej koalicji, którą ona tworzy. A tworzy ją – nie oszukujmy się – nie po to, by posłać 20 czy 30 polityków na dobrze płatne europejskie fotele. Buduje ją, by pobić PiS w jesiennych wyborach sejmowych.

W Platformie emocje zaczynają górować nad zdrowym rozsądkiem. Choć konflikt zaczął się od nazwisk i miejsc na listach, to teraz sprawa weszła już na wyższy poziom – ideologiczny i polityczny.

Ludzie Schetyny – choćby partyjny rzecznik Jan Grabiec – sugerują, że na listy nie wpuścili tylko tych europosłów, którzy szkodzili partii, byli leniwi i nie przykładali się do partyjnej orki.

W rozmowach z odtrąconymi słychać zarzuty w drugą stronę: że Schetyna rozbija partię, że upadają struktury, że sukcesem w miastach maskuje rzeczywistą porażkę w wyborach samorządowych, a nawet, że nie odsunął podejrzanego o korupcję sekretarza generalnego PO Stanisława Gawłowskiego (okazuje się, że – wbrew publicznej obronie Gawłowskiego – wielu ludzi Platformy nie wierzy w jego niewinność).

Pojawia się też zmasowana krytyka koalicyjnych kandydatów, zwłaszcza z SLD. Jeden ze zmarginalizowanych przez Schetynę europosłów mówi: – Zawsze byłem i będę antykomunistą. Lewica na naszych listach, proszę bardzo. Ale my wzięliśmy komunistów. I to nierozliczonych. Jak teraz możemy krytykować PiS za umizgi do Włochów z partii Liga Północna czy Francuzów z Frontu Narodowego, którzy są finansowani z rosyjskich pieniędzy? Przecież Miller to „pożyczka moskiewska”!

Chodzi mu o nielegalną pożyczkę, którą upadająca PZPR wzięła od radzieckich towarzyszy tuż po upadku komunizmu. Pieniądze – ponad milion dolarów – pochodziły z kasy KGB i miały zostać wydane na stworzenie nowej partii oraz jej zaplecza gospodarczego. Miller był zaangażowany w zwrot części tej pożyczki – oczywiście poza legalnym obiegiem finansowym. Do tego Miller i lider sojuszniczego SLD Włodzimierz Czarzasty to twarze „afery Rywina” – skandalu korupcyjnego z 2002 r., który stał się symbolem patologii rządów lewicy.

Do tej pory wydawało się, że ostry sposób uprawniania polityki przez PiS unieważnił dawne spory: że zasypał podział na ugrupowania wywodzące się z Solidarności i dawnych komunistów. Wprowadzając Millera na listy, Schetyna – sam gorący antykomunista – ów podział ożywił. Na razie we własnej partii, choć ze strony PiS coraz częściej słychać pomrukiwania o postkomunistycznych inklinacjach Koalicji Obywatelskiej.

– Cimoszewicz i Belka nie budzą negatywnych emocji. Ale z Millerem jest kłopot – przyznaje stronnik Schetyny z władz PO.

Strach

Ci, którzy są zdeklarowanymi przeciwnikami PiS i z utęsknieniem czekali na zjednoczenie opozycji, mogą się czuć rozczarowani. Po powstaniu Koalicji Europejskiej w partiach ją tworzących nie ma entuzjazmu. Chodzi nie tylko o to, że politycy bywają obłudni – przez lata liderzy opozycji publiczne deklarowali potrzebę stworzenia dużej, antypisowskiej formacji, a jak przyszło co do czego, to zajęli się brutalną wojną o własne interesy.

Świeżo upieczona formacja ma inny jeszcze problem – paraliżujący ją strach liderów. Szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz boi się, że jeśli nie zdobędzie co najmniej trzech europoselskich mandatów (dziś PSL ma cztery), to ludowi seniorzy w stylu Waldemara Pawlaka czy Marka Sawickiego się go pozbędą. Z kolei Schetyna boi się, że PSL pójdzie do wyborów sejmowych bez niego – co już dziś sugeruje Kosiniak-Kamysz – a to utrudni wygraną z PiS. A jeśli Schetyna przegra z PiS, trudno mu będzie obronić przywództwo w partii.

Biorąc pod uwagę obecne nastroje w Platformie, jedno można powiedzieć ponad wszelką wątpliwość: ludzie Tuska nie będą go żałować. ©

Autor jest dziennikarzem Onet.pl, stale współpracuje z „TP”.


OD REDAKCJI: W tekście zaktualizowano informację o starcie Danuty Hubner z czwartego miejsca w Warszawie. Kandydatka wbrew wcześniejszym swoim zapowiedziom podjęła decyzję w ostatniej chwili, już po oddaniu numeru do druku.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz Onetu, wcześniej związany z redakcjami „Rzeczpospolitej”, „Newsweeka”, „Wprost” i „Tygodnika Powszechnego”. Zdobywca Nagrody Dziennikarskiej Grand Press 2018 za opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” artykuł „Państwo prywatnej zemsty”. Laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2019