Był człowiekiem dobrze wychowanym. Nigdy nie słyszałem od niego nieprzyzwoitego słowa. A jednak opowiadano, że kiedy postrzelił go jakiś bandzior i był wieziony do szpitala jakimś konnym zaprzęgiem, to klął – płynnie, nieustannie, przez całą drogę. To znaczy, że umiał, to znaczy, że do tej umiejętności sięgnął. Ale tylko wtedy.
Hejt w internecie a przymus natychmiastowej reakcji
Piszemy dziś w „Tygodniku” o hejcie, zwłaszcza internetowym. Myślę o tym, jak się mu nie dać? Są ludzie, u których wewnętrzny przymus reagowania na wszystko, czemu są przeciwni, działa z siłą nie do opanowania. Nic nie jest w stanie ich powstrzymać od natychmiastowego reagowania, pisania tego, co akurat przyszło im na myśl, wysyłania tego w świat za pośrednictwem mediów społecznościowych.
Oczywiście każdego coś może zirytować, coś może wołać o ripostę. Ale nie zawsze, niestety, towarzyszy temu krytyczna refleksja.
Jeśli wierzyć specjalistom, irytacji na zachowanie bliźnich nie sposób całkowicie wyeliminować: trzeba ją jakoś rozładować. Jak? Tu rady ekspertów są mniej klarowne. Moje sposoby (mało oryginalne) są takie: nie działać nigdy pod wpływem emocji, przejść się, zająć się czymś innym, odczekać. Spokojnie raz jeszcze pomyśleć, czy to, co w pierwszym odruchu wydawało się jedyną słuszną reakcją, jest nią rzeczywiście.
Kiedy minie pierwsze wzburzenie, może się okazać, że pomysł napisania czegoś obraźliwego jest reakcją głupią, zbędną i mało skuteczną. Może się okazać, że lepiej nie reagować albo reagować po jakimś czasie, spokojnie... czego zwykle już nie robię.
Anonimy w sieci – dlaczego najlepszą odpowiedzią jest milczenie
Są takie wpisy, najczęściej anonimowe, których najlepiej byłoby nie czytać, ale czytam, bo jakże nie czytać tego, co ktoś pisze do mnie. Na takie wpisy należy nie reagować wcale, nie tylko w sensie nieodpisywania (jak odpowiedzieć na anonim?), ale także poddawania się wewnętrznemu wzburzeniu (jak się wzburzać na anonim?). Przecież ktoś, kto pisze anonimowo, zwykle nie ma dobrych intencji.
Jest jeszcze inny sposób nękania: zasypywanie nas wpisami. Podyktowane złą wolą, chęcią wytrącenia z równowagi, doprowadzenia do szału lub rozpaczy. Temu również nie wolno się dać terroryzować. Bez względu na to, co jest napisane, bez względu na trafność lub bliską trafności zbieżność z jakimiś faktami, nie należy odpowiadać.
W żadnym wypadku także nie należy takich tekstów wysyłać. Wysyłając, bierzesz odpowiedzialność za to, jak zareaguje odbiorca, odpowiadając, wchodzisz w grę, która może się okazać grą nie na twoje nerwy. Jak wiadomo: dziś internet pełen jest ludzi, którym chodzi właśnie o to, by wytrącić cię z równowagi. Zasada jest prosta: nie odpowiadam na teksty bez czytelnego dla mnie podpisu i sam nie piszę tekstów anonimowych, nigdy.
Anonimy były zawsze – najlepiej nie czytać
Anonimy nie są oczywiście współczesnym wynalazkiem. Wynalazkiem jest łatwość ich pisania i dostarczania. Wiem, że łatwo za pomocą takich listów doprowadzić do psychicznego załamania. Powiedzenie, by takich listów nie czytać, niestety nie wystarczy. Czytamy je i co gorsza: często przejmujemy się ich treścią, nawet gdy wiemy, że nie należy się przejmować.
Myślę, że jedynym dobrym sposobem na to jest bycie jak ślepy mur: niereagowanie na zaczepki, niepodejmowanie płonnych dyskusji. A może zasada niepisania i nieczytania anonimów uwolni nas od niepotrzebnych stresów?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















