Jak lustrzane odbicie

Polaków i Litwinów połączyły kompleksy narodów słabych i niezbyt pewnych swojej racji.
Czyta się kilka minut

Dlaczego to sąsiedztwo jest takie trudne? Dlaczego, nie od dziś zresztą, stosunki między Polakami a Litwinami muszą być tak poplątane, nerwowe i - co tu ukrywać - nie bardzo przyjazne? Poszukiwaniom odpowiedzi na to pytanie poświęcono wiele wysiłku. Słusznie, bo chcąc usunąć chorobę, trzeba odnaleźć jej przyczynę. Korzystając z tego, że w tym numerze zajmujemy się sprawami polsko-litewskimi, chciałbym się do tych poszukiwań dołączyć, proponując wzięcie pod rozwagę pewnej hipotezy.

Otóż sądzę, że działamy tak sobie wzajemnie na nerwy, bo jesteśmy do siebie podobni. Jedni w drugich, jak w zwierciadle, oglądamy własne wady i kompleksy.

Polak i Litwin, mówiąc o jakimś wybitniejszym rodaku, dodaje "światowej sławy", "laureat Nagrody Nobla" czy coś w tym rodzaju. Nie spotkałem tego nigdy np. u Amerykanów i Anglików. Oni niczego nie dodają, bo nie muszą. Kiedy ktoś u nich jest światowej sławy, to po prostu wszyscy o tym wiedzą. A my, Polacy i Litwini, musimy? Po prostu z góry zakładamy, że nikt o tym naszym nie wie. Ot, wspólny kompleks niższości.

Jesteśmy cholernie pamiętliwi. Polacy do dziś nie mogą darować Krzyżakom, a Litwini są na Polaków do dziś wściekli za Unię Lubelską, którą (mniejsza: słusznie czy nie) uważają za źródło wszystkich swoich narodowych nieszczęść. A co powiedzieć o wydarzeniach bliższych naszym czasom? Zajęcie Wilna przez Piłsudskiego (Żeligowskiego) do dziś Litwinów dotkliwie boli, jak Polaków utrata Lwowa.

Nie lubimy obcych. By nie wspominać polityki II Rzeczypospolitej, zmierzającej do polonizowania na siłę mniejszości narodowych, można przypomnieć problemy Litwinów mieszkających w województwie ełckim. Całe dziesięciolecia nie mogli się doprosić Mszy w swoim języku, aż do czasu, kiedy ówczesny biskup łomżyński Juliusz Paetz podjął odważną, bo niepopularną wśród Polaków decyzję i wprowadził Mszę w języku litewskim w bazylice w Sejnach. W 1987 r. utworzył też Diecezjalny Komitet Pomocy Litwie.

Litwini mają za złe Polakom z Wileńszczyzny, że się nie zaangażowali w litewskie dążenia do niepodległości w roku 1990. Pomijając pytanie, dlaczego tak było (a było), można sobie wyobrazić, jak my, w analogicznej sytuacji, patrzylibyśmy na obcych, którzy nie uczestniczą w obalaniu komunistycznego reżimu. Na zawsze zostaliby zaliczeni do kategorii kolaborantów...

Nie tylko jesteśmy w naszych kompleksach do siebie podobni, ale losy naszych narodów sprawiły, że często jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Moja babka ze strony ojca pochodziła ze spolszczonej rodziny wywodzącej się z Wielkiego Księstwa Litewskiego. Mickiewicz-Mickevičius pisał "Litwo, ojczyzno moja". Wrogowie Czesława Miłosza poczytywali mu za grzech to, że uważał się za Litwina. Zarówno dla nas, jak i dla Litwinów wyrazista odrębność tożsamości narodowej jest (ale dlaczego?) sprawą śmiertelnie ważną, zasadniczą.

Przyjaciel Litwin czynił kiedyś mi wyrzuty, że w (polskim) artykule napisałem Wilno, a nie Vilnius, i Kowno, nie Kaunas. Nie pomogło odwoływanie się do analogii: tłumaczenie, że piszemy Mediolan, nie Milano, Paryż, a nie Paris. Nie pomogło, według niego kwestionowałem ich narodową tożsamość.

Kiedy przed paru laty byłem w Wilnie (Vilniusie), w sympatycznej rozmowie z młodymi Litwinami, ubolewającymi z powodu obecnego stanu rzeczy, padły słowa nadziei, że kiedy razem będziemy w Unii, to się zmieni, że układ z Schengen i otwarcie granic napięcia złagodzi. Przecież będziemy - mówili - w jednej Europie.

Jesteśmy w jednej Europie, a problemy istnieją. Prawda, że stopniowo wzajemne uprzedzenia ustępują. Sam układ z Schengen jednak nie zmieni mentalności, bo zmiana stereotypów wymaga czasu, cierpliwego i obustronnego wysiłku wzajemnego zrozumienia, a także uznania, że w przeszłości nie zawsze mieliśmy (my, Polacy, my, Litwini) rację. To zaś, jak wiadomo, ani Polakom, ani Litwinom łatwo nie przychodzi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2010