Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Instrument, który śpiewa

Instrument, który śpiewa

31.08.2011
Czyta się kilka minut
Nicholas Daniel, wybitny oboista: Żeby być oboistą, trzeba mieć wysoki próg odporności na ból. Oboista musi umieć wytrzymać na bardzo długim oddechu. Ćwiczę to na basenie. Wypuszczam całe powietrze z płuc i pozwalam ciału opaść na dno. Rozmawiał Piotr Matwiejczuk (Polskie Radio)
P

Piotr Matwiejczuk: Pewien oboista mówił mi kiedyś, że gra na oboju źle wpływa na układ oddechowy.

Nicholas Daniel: Ani trochę! Jest niezwykle zdrowa! Statystycznie oboiści żyją bardzo długo... Żeby dobrze grać na oboju, trzeba mieć wzorowe wyniki HRR (Heart Rate Recovery), czyli znakomitą szybkość normalizacji rytmu serca. Nie jestem osobą szczególnie wysportowaną, ale HRR mam jak lekkoatleta. Można powiedzieć, że jestem wyczynowcem w oddychaniu, czy - jak to się mówi o muzykach - uprawiam lekką atletykę "małych mięśni". Lekarza bardzo zaskoczyła pojemność moich płuc i mój HRR. Rytm serca może zmienić mi się o niemal 100 proc. w ciągu zaledwie pięciu sekund. Żeby być oboistą, trzeba także mieć wysoki próg odporności na ból. Oboista musi umieć wytrzymać na bardzo długim oddechu. Ćwiczę to na basenie. Wypuszczam całe powietrze z płuc i pozwalam ciału opaść na dno, patrzę w górę, pozostając w tej pozycji przez około pół minuty. Relaksuję się i przyzwyczajam ciało do tego, że nie ma w nim powietrza. Ludzie mówią, że to bardzo niezdrowe, ale to nieprawda. Grający oboista wygląda groźnie, lecz krzywda mu się nie dzieje.

Najlepsze instrumenty smyczkowe stworzyli kilkaset lat temu włoscy mistrzowie, tacy jak Stradivari czy Guarneri. Od tego czasu nikt nie zbudował lepszych skrzypiec, altówek i wiolonczel. A jak to jest z obojem?

Aby dotrzeć do początków współczesnego instrumentu, powinniśmy udać się do Paryża. To właśnie tam, na przełomie XIX i XX w., został zaprojektowany i skonstruowany instrument, na którym gra się współcześnie. Nie istnieje natomiast taki obój, który moglibyśmy porównać z instrumentami Stradivariego. Gdyby kilkusetletniego oboju używać tak, jak skrzypiec - po prostu uległby zniszczeniu. Przetrwały oczywiście oboje z tamtych czasów, ale nie można obchodzić się z nimi jak ze zwykłymi instrumentami. Dlatego dziś gra się na współczesnych obojach. Najlepsi budowniczowie to wciąż Francuzi - takie pracownie jak François Lorée, Strasser Marigaux & Lemaire czy Rigoutat. Wszystkie są małymi, rodzinnymi manufakturami, z których większość znajduje się w Paryżu. Każda z nich wypracowała własne modele instrumentów i własne rozwiązania. I, oczywiście, wszystkie konkurują ze sobą, stając w szranki podczas rozmaitych konkursów.

A Pan na jakim instrumencie gra najchętniej?

Najbardziej lubię oboje Lorée. To paryska firma o dość długiej tradycji, jej początki sięgają lat 80. XIX w. To właśnie w jej pracowni udoskonalono system klapowy, który pozwala grać z większą precyzją intonacyjną i który stosowany jest do dziś.

Współczesny ruch wykonawstwa historycznego dał nam szansę poznania dawnych instrumentów. Dziś nietrudno usłyszeć obój z czasów Bacha. Czym się on różni od tego, na którym gra Pan?

To ciekawe pytanie, ale sądzę, że najpierw należałoby zapytać, czym różnią się współczesne sale koncertowe od pomieszczeń, w których dawniej wykonywano muzykę. Jeśli udamy się do pałacu książąt Esterházych, gdzie pracował Józef Haydn, przekonamy się, że sala koncertowa jest niewielka, dość wysoka, i że mogło się w niej pomieścić - wraz z orkiestrą - nie więcej niż 100 osób. Z tego, co wiem, nowa sala koncertowa we Wrocławiu ma dysponować widownią na 2000 miejsc... Tak więc siła brzmienia instrumentu musi być po prostu dostosowana do sali, w jakiej słucha się muzyki. Nowoczesny obój wykonany jest z bardzo twardego afrykańskiego drewna, tzw. fałszywego hebanu, pochodzącego z drzewa o nazwie dalbergia czarnodrzew. Natomiast obój barokowy budowany był z miękkiego drewna bukszpanowego. Dlatego jest o wiele za cichy do współczesnej sali koncertowej. Poza tym miał tylko dwie klapy. Mój instrument dysponuje systemem około 60 klap. To sprawia, że płynne granie wysokich nut jest o wiele łatwiejsze. Oczywiście, skala instrumentu jest również dużo większa. Istotne jest również to, że dziś obój, tak jak wszystkie instrumenty, stroi się wyżej. Strój zresztą wciąż się podnosi. Z tego powodu instrumenty muszą dziś być dużo bardziej wytrzymałe. Jest to więc nadal ten sam instrument, ale różnice są ogromne. Ja gram zarówno na oboju barokowym, jak i na instrumencie współczesnym, co zresztą staje się coraz bardziej popularne. Studenci szkoły, w której uczę, w niemieckim Trossingen, zobowiązani są do nauki gry na oboju barokowym przez rok. Wielu z nich bardzo się to podoba i po skończeniu studiów wybierają dawny instrument. Myślę zresztą, że coraz więcej oboistów grać będzie na obu rodzajach instrumentów. Ja sam nie jestem zbyt dobry w grze na dawnym oboju i nie odważyłbym się zagrać na nim przed publicznością.

Zastanawiam się nad repertuarem obojowym. Powszechnie znane są chyba tylko dwa koncerty na obój - Mozarta i Ryszarda Straussa. Może jeszcze utwory Vivaldiego albo Marcella...

W swoim repertuarze mam koncerty pochodzące co najmniej z dwóch stuleci. Cała sytuacja, muszę przyznać, jest dla mnie dość wygodna. Choć koncerty obojowe Mozarta i Straussa są dość często grywane, to przecież dużo bardziej popularne są Koncerty skrzypcowe czy Koncert klarnetowy Mozarta, a z twórczości Straussa - "Dyl Sowizdrzał", "Metamorfozy" albo "Cztery ostatnie pieśni". Oznacza to, że nie czuję na plecach oddechu mistrzów sprzed lat, którzy pozostawili wielkie interpretacje. Dzięki temu jestem dużo bardziej swobodny wykonując te utwory. Jest też wiele innych koncertów obojowych - Haydna, Albinoniego, Martinů, Bacha, Haendla... Mój kolega, włoski oboista Sandro Caldini odkrył niedawno dwa nieznane dotąd koncerty obojowe Haendla, które właśnie wykonywałem w Ameryce i które wkrótce nagram. Tak więc repertuar obojowy się powiększa. Zresztą, jeśli by policzyć wyłącznie barokowe kompozycje na obój, okazałoby się, że jest ich przynajmniej sto. Dodajmy do tego gigantyczny repertuar XX i XXI w.

To, czego brakuje w literaturze obojowej, to wielki repertuar romantyczny...

Myślę, że spowodowane to było dominacją skrzypiec i fortepianu jako instrumentów solowych. Zaś obój, aż do końca XIX w., bardzo intensywnie się zmieniał. I pewnie dlatego kompozytorzy nie stworzyli niczego więcej, poza kilkoma świetnymi partiami obojowymi w ramach partytur orkiestrowych.

Sytuacja zmieniła się w XX w. A teraz, specjalnie dla Pana, piszą najwięksi kompozytorzy współcześni.

Wspaniały koncert obojowy skomponował dla mnie James MacMillan. Ten utwór zagram w październiku w Warszawie. Cieszy mnie szczególnie to, że kompozytorzy traktują obój nie tylko jako instrument wirtuozowski, ale przede wszystkim jako instrument, który potrafi śpiewać. Taki jest na przykład Koncert Elliotta Cartera, który wykonywałem trzy lata temu na festiwalu BBC Proms. Dwa genialne dzieła - "Kaleidoscopes" na obój i cztery kwartety smyczkowe oraz "Music of the Sky" na obój, tenor i fortepian - stworzył też dla mnie John Tavener.

We Wrocławiu będziemy świadkami niezwykłego koncertu, ponieważ zagra Pan recital na obój solo. Niełatwo chyba znaleźć tyle solowego repertuaru, by wypełnić nim cały wieczór.

Będzie pan zdziwiony, kiedy powiem, jak duży jest mój repertuar. To około 150 utworów! A nawet więcej, jeśli doliczyć do tego utwory barokowe. Zagram więc muzykę Marina Marais’a, ale też utwór współczesnego hiszpańskiego kompozytora Jorge Garcíi del Valle Méndeza na obój i taśmę. Program tego wieczoru będzie niezwykle urozmaicony, a wypełni go muzyka powstała na przestrzeni 400 lat. To zresztą nic nadzwyczajnego. Często przecież mamy okazję słuchać solowych recitali skrzypków lub wiolonczelistów. Jedyna różnica jest może taka, że mój koncert jest krótszy i trwa około godziny. Mam nadzieję, że będzie to wyjątkowy, nastrojowy występ. Muszę przyznać, że bardzo lubię Wrocław i wracam tam z wielką przyjemnością. Trochę tak, jakbym wracał do domu.

Recitalu Nicholasa Daniela wysłuchać będzie można 9 września we wrocławskiej Kolegiacie Świętego Krzyża i św. Bartłomieja.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]