Reklama

Impresje

Impresje

20.05.2009
Czyta się kilka minut
Maj kojarzy się z kwitnącymi kasztanami, maturami i warszawskimi targami książki. Przez ciała (czasami mdłe) i dusze polskich czytelników przechodzi dreszcz pobudzenia. Zbliża się, zauważane nawet przez media, wielkie święto książki. Trwa ono tylko kilka dni, ale pozostawia na szczęście pamięciowy ślad na wiele miesięcy. Jakkolwiek oceniamy kolejne targi, dzięki nim w małych, ale ważnych dla kultury wspólnotach czytelniczych pojawia się wielki energetyczny potencjał.
M

Międzynarodowe targi książki w Warszawie stały się istotnym elementem historii powojennej Polski. W czasach komunizmu pozwalały przez kilka dni przebywać w zaklętym kręgu zachodniej literatury i wdychać inny zapach farby drukarskiej, wtedy upajający. Dziś, kiedy Europa stanęła otworem, dostęp do książki stał się tak łatwy, że tylko głupi by z tego nie skorzystał. Warto zatem zadać pytanie, na które i tak nikt nie zna satysfakcjonującej odpowiedzi, dlaczego tak niewielu z nas (myślę o polskim społeczeństwie) z tej możliwości korzysta.

Opublikowane ostatnio przez Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej wyniki badań czytelnictwa wprowadziły mnie w stan ostrej konfuzji. Najsmutniejsze jest to, że wiedza analityka książki w tłumaczeniu społecznego fenomenu braku zainteresowania czytaniem w niczym nie pomaga. Od lat uczę socjologii i metodologii socjologii, podkreślając wagę zasady aksjologicznej neutralności, ostatnio jednak często chwytam się na tym, że znacznie lepiej rozumiem czytających niż nieczytających. Pod koniec mojego zawodowego, akademickiego życia nie jestem w stanie przyjąć neutralnej postawy wobec ludzi, którzy wykazują emocjonalną i intelektualną obojętność wobec książki. Narasta we mnie bunt, gdyż to, co jest dla mnie ogromną wartością, nie jest zauważane przez większość społeczeństwa. Mam ochotę wprowadzić na ulice samochody z głośnikami dramatycznie nawołującymi: "Ludzie, na Boga, czytajcie!".

Przez wiele lat starałem się pokazywać studentom związek między problemami socjologicznymi i wielkimi tematami literatury. Miałem po temu mnóstwo możliwości, prowadząc wykłady ze "Wstępu do socjologii literatury popularnej" i "Wstępu do antropologii śmierci". Jeszcze kilka lat temu odnosiłem wrażenie, że niektóre z przytaczanych przeze mnie przykładów budzą zainteresowanie. Teraz wydaje mi się coraz częściej, że mówię ponad głowami. Moje lekturowe doświadczenie nikogo już nie interesuje. Współcześni młodzi ludzie z dumą podkreślają swój życiowy pragmatyzm. Liczą się umiejętności praktyczne, doświadczenie, cechy psychofizyczne i pewność siebie. Żadna z tych cech nie jest rozwijana, ich zdaniem, przez kanon literatury pięknej, a nawet poprzez kontakt z literaturą popularną. Jakby nie rozumieli, że czytanie pozwala utrzymywać umysł w stanie ciągłej sprawności intelektualnej.

Nie jest bowiem czytaniem skopiowanie wskazanego artykułu lub fragmentu książki i podkreślenie niektórych zdań, które wydają się ważne w pierwszej, powierzchownej lekturze. Rosnąca przepaść między "kulturą narracji", z którą się identyfikuję, a obcą mi "kulturą obrazu" (lepiej "obrazka") sprawia, że coraz częściej myślę o emeryturze. Nie rozumiem bowiem specyficznej obrazkowej wyobraźni coraz młodszego pokolenia, które uczę. Umberto Eco miał powiedzieć, że różnica wieku między nauczycielem akademickim a jego studentami nie powinna przekraczać dwudziestu pięciu lat. Podobno tylko wtedy istnieje szansa na choćby minimalną wspólnotę doświadczenia. Nie chcę, by wyglądało to jak skarga, ale stwierdzam, że ja jej ze współczesnym młodym pokoleniem nie mam. Najistotniejszą zaś różnicą, która jak mur pojawia się między nami, jest brak wspólnych lektur, które tworzą delikatną, impresyjną tkankę podobnej wrażliwości i refleksyjności.

Na jednym z ostatnich wykładów okazało się, że zdecydowana większość obecnych na nim studentów nie czytała nawet "Tajemniczej wyspy", a więc przywoływane przeze mnie, w bardzo osobistej narracji, dramatyczne obrazy ostatniego wyznania kapitana Nemo i jego "Nautiliusa" tonącego w podziemnej grocie, która stała się po trzęsieniu ziemi więzieniem, trafiły w emocjonalną pustkę. I wtedy chyba zrozumiałem wreszcie sens potocznego porzekadła, że "pora umierać". Skończył się w jakimś sensie mój świat. Wokół mnie coraz mniej osób, z którymi łączy mnie wspólnota lektur, a więc i wspólnota społecznego doświadczenia. I, niestety, wrażliwości. Coraz dotkliwiej zaczynam odczuwać samotność. Tyle lat gromadziłem literaturową wiedzę, by ją przekazywać, a teraz okazuje się, że nikomu nie jest ona potrzebna. Moja przez kilkadziesiąt lat gromadzona biblioteka jeszcze, na szczęście, studentom służy, ale interesuje ich tylko księgozbiór specjalistyczny; nie pamiętam już, ile lat temu ostatni raz wypożyczyłem komuś książkę Manna, Cendrarsa, Babla, Sołżenicyna lub Camusa.

Krążę wśród półek tworzących Cmentarz Zapomnianych Książek, dotykam czule ich grzbietów, ścieram kurz i staram się zrozumieć czas. Bardzo jest mi ich żal. Nie wiem bowiem, co się z nimi stanie, kiedy mnie już nie będzie. I cały czas zadaję sobie pytanie: co robią ludzie, kiedy nie czytają? Nie potrafię tego zrozumieć.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]