Himalaiści we mgle

W opowieści o pierwszej polskiej wyprawie w Himalaje jest wszystko, co zawierać powinna opowieść o 80 latach polskiego himalaizmu: ambicje, kłopoty i wielka historia w tle. Oraz sukces, dramat i tajemnica.

16.07.2019

Czyta się kilka minut

Polscy wspinacze podchodzą pod Śnieżną Kopę na Nanda Devi East, lato 1939 r. / Archiwum Magdaleny Bujak-Lenczowskiej za „Polscy himalaiści” Dariusza Jaronia
Polscy wspinacze podchodzą pod Śnieżną Kopę na Nanda Devi East, lato 1939 r. / Archiwum Magdaleny Bujak-Lenczowskiej za „Polscy himalaiści” Dariusza Jaronia

Właściwie było już zbyt późno. Zarówno jeśli chodzi o porę dnia, jak i roku.

W roku 1939 w indyjskich Himalajach monsun nadciągał wcześniej niż zwykle, przynosząc w dolnych partiach gór deszcz, a w górnych opady śniegu, które w połączeniu z silnym wiatrem powodowały nieustające śnieżyce. Prognozy nie dawały nadziei. Ale też dostęp do nich, jak i wiara w ich skuteczność były ograniczone – jako ludzie gór woleli ufać więc intuicji. Oraz kierownikowi wyprawy. Adam Karpiński dał się dotąd poznać jako cierpliwy i nieustępliwy w obliczu przeciwności losu, które pierwsza polska wyprawa w Himalaje napotykała niemalże na każdym kroku.

Mimo braku przesłanek, cierpliwie wyczekali więc krótkiego okna pogodowego, które 80 lat temu, na przełomie czerwca i lipca, otworzyło drogę na szczyt Nanda Devi East.

Karpiński nie mógł jednak wziąć udziału w decydującym ataku szczytowym. Kilka dni wcześniej przeforsował się ciężarem i wysokością, dostarczając ładunek do jednego z górnych obozów. Narzekał na serce i musiał zejść do głównej bazy.

W dniu właściwego ataku szczytowego około 300 metrów poniżej szczytu osłabł też Stefan Bernadzikiewicz. Zawrócił wraz z Davą Tseringiem – nepalskim uczestnikiem wcześniejszych brytyjskich wypraw na Mount Everest. Dava był jednym z szóstki tragarzy wysokościowych, którzy towarzyszyli czwórce polskich wspinaczy podczas wyprawy w indyjskie Himalaje.

Widoki godne bogów

Powyżej wysokości 7200 m zostało więc ich dwóch: Jakub Bujak i Janusz Klarner. Słońce zbliżało się już do zenitu, a oni mieli przed sobą jeszcze uskok na grani, najtrudniejsze miejsce na całej drodze na szczyt.

I znowu intuicja przydała się, by ominąć trudności skalne trudne do pokonania jak na możliwości przedwojennych wspinaczy. Omijająca ostatni uskok droga ostrzem grani otworzyła się na sporych rozmiarów śnieżną równię. Na niej wystarczyło już tylko odnaleźć najwyższy punkt liczącego 7434 m i niezdobytego wcześniej wschodniego wierzchołka Nanda Devi East, co przy słonecznej, choć wietrznej pogodzie, nie nastręczyło trudności.

Na zdjęciu szczytowym – przedstawia jedynie od tyłu, z odległości kilkunastu metrów, ciemną, bo kontrastującą z odbijającym słońce polem śnieżnym sylwetkę jednego ze zdobywców (działo się to na wiele dekad przed epoką ­selfie) – widać w tle dymiący pióropuszem chmur główny wierzchołek Nanda Devi, zdobyty trzy lata wcześniej przez Anglików Harolda Tilmana i Noela Odella. Do czasu zdobycia pierwszego ośmiotysięcznika – Annapurny, w 1950 r. – ten liczący 7816 m szczyt pozostawał najwyższym osiągniętym przez człowieka.

Nanda Devi była wówczas najwyższym szczytem Indii Brytyjskich, a później długo także niepodległych Indii (aż do 1975 r., czyli do przyłączenia się do nich Sikkimu wraz z leżącą na jego nepalskim pograniczu Kanczendzongą, trzecią górą świata).

Ze wschodniego szczytu Nanda Devi, zdobytego przez Polaków, jej główny wierzchołek wyglądał na bliski, połączony z nim – a jednak oddalony na odległość aż trzykilometrowej, piekielnie stromej i poszczerbionej grani (pokonanej zaledwie raz i dopiero w 1976 r. przez Japończyków). Złowrogi niczym nazwa przywołująca przydomek (Nanda) hinduistycznej bogini (dewi) śmierci Kali. I niczym ludożercza klątwa bogini Nandy mówiąca, że zdobywca szczytu zginie, a jego ciało nigdy nie zostanie odnalezione.

„Wieloimienna bogini śmierci Parwatti – Kali – Nanda uznała nas, widać, za pątników, pobożnie odbywających pielgrzymkę, a nie za świętokradców wdzierających się do jej siedziby – chce nasze wysiłki wynagrodzić widokiem godnym bogów” – słowa, które zanotował Janusz Klarner, świadczą, że wizja znanej już wówczas klątwy grała polskim himalaistom w głowach i w duszach. Ale nie powstrzymała przed powiedzeniem: sprawdzam.

Narodziny polskiego himalaizmu

Tak właśnie 2 lipca 1939 r. symbolicznie narodził się polski himalaizm. W późnych godzinach popołudniowych. Bujak zanotuje później w dzienniku czas pobytu na szczycie między godz. 17.20 a 18.00.

Nanda Devi Wschodni – nie tak istotny, bo niższy, drugi pod względem wysokości w całym masywie – stał się w tym momencie szóstym najwyższym zdobytym przez człowieka szczytem świata. Przerastały go tylko jeszcze zdobyte kolejno w latach 1930-33: Jongsong Peak (7462 m; wyznaczający indyjsko-chińsko-nepalski trójstyk granic), Kamet (7756 m; w Garhwalu, który zdegradował go z pozycji najwyższego zdobytego szczytu), Minya Konka (7556 m; najwyższy szczyt Syczuanu) oraz zmieniający nazwę zgodnie z kierunkiem politycznych wiatrów Pik Stalina, później Pik Komunizma, a dziś Szczyt Ismaila Samaniego (mierząca 7495 m, najwyższa góra Tadżykistanu nosi dziś imię założyciela dynastii Samanidów, rządzących Azją Środkową od IX do XI wieku).

Droga na szczyt – poprowadzona przez przełęcz Longstaffa i dalej stromą południową granią – może jednak uchodzić za jedno z większych pod względem pokonanych trudności osiągnięć przedwojennego himalaizmu. Skalę trudności potwierdził późniejszy pierwszy zdobywca Everestu Tenzing Norgay, który drugie wejście na wschodni wierzchołek Nanda Devi – podczas wyprawy francuskiej w 1951 r. – uznał po latach za swoją najtrudniejszą wspinaczkę.

Potwierdza ją także fakt, że na drugie polskie wejście, mimo wcześniejszych prób, trzeba było czekać aż do tegorocznej rocznicowej wyprawy – podczas której 27 czerwca na szczycie stanęli Jarosław Gawrysiak i Wojciech Flaczyński.

Trudne początki wyprawy

W dodatku dwójka himalaistów, która dokonała pierwszego wejścia, nie rokowała takiego sukcesu – w świetle wcześniejszych wydarzeń i doświadczeń.

Janusz Klarner nie należał do czołowego grona polskich wspinaczy, którzy mogli liczyć na rekomendację Klubu Wysokogórskiego przy wyborze składu pierwszej polskiej wyprawy himalajskiej. A należeli do nich m.in. zaledwie dwudziestokilkuletni wówczas Wawrzyniec Żuławski i Jan Staszel, Stanisław Groński (nieco starszy uczestnik wypraw w Alpy), Konstanty Narkiewicz-Jodko i Wiktor Ostrowski (wcześniejsi polscy rekordziści wysokości, zdobywcy Aconcagui) oraz Witold Henryk Paryski, uczestnik drugiej polskiej wyprawy andyjskiej.

Klarner, który na początku 1939 r. pierwszy raz zimą wspinał się w Tatrach, wchodząc z Bujakiem i Karpińskim na Lodowy Szczyt, wydawał się przy nich nowicjuszem. Jednak ambitny 29-letni taternik miał pewną zaletę, która już w tamtych czasach mogła być kartą przetargową ułatwiającą udział w kosztownej wyprawie. Pochodzący z bogatego domu młodzieniec – syn Czesława Klarnera, ministra przemysłu i handlu, a następnie skarbu – był w stanie samodzielnie sfinansować swój udział w wyprawie, która borykała się przez wyjazdem z problemami finansowymi. Mogły one zniweczyć cały trud kilkuletnich przygotowań.

Koneksji rodzinnych nie brakowało także Jakubowi Bujakowi – synowi Franciszka, profesora, znawcy historii gospodarczej i społecznej Polski, przez krótki czas ministra rolnictwa i dóbr państwowych w rządzie Władysława Grabskiego. W przeciwieństwie do Klarnera, nie brakowało mu jednak doświadczenia: wspinał się w Tatrach, Alpach, a w 1935 r. także na Kaukazie, gdzie wraz ze Stefanem Bernadzikiewiczem jako pierwsi Polacy weszli na Szcharę, najwyższy szczyt Gruzji.

W początkowej fazie wyprawy w indyjskie Himalaje – która na przełomie kwietnia i maja 1939 r. wyruszyła drogą morską w dwóch turach z Genui do Bombaju, by następnie drogą lądową dotrzeć do Almory, leżącej na pogórzu Himalajów Małych – nie dopisywało jednak Bujakowi szczęście. Z końcem maja leżał w bazie złożony chorobą. Lekarz wyprawy i jednocześnie jej oficer łącznikowy J.R. Foy podejrzewał dyzenterię, a koledzy nawrót przechodzonego półtora roku wcześniej paratyfusu. Rozważali nawet jego ewakuację (trudną z uwagi na długą drogę do najbliższej wioski z placówką medyczną).

Z początkiem czerwca stan Bujaka jednak się poprawił. Zaczął wracać do formy, podczas gdy forma Karpińskiego – uskarżającego się w czerwcu na zapalenie gardła – zaczęła spadać.

Marzenie o Evereście

Być może te przypadki miały wpływ na losy wyprawy.

Karpiński („Akar”, jak nazywali go przyjaciele) miał także własne ambicje. Himalaje były marzeniem życia tego spóźnionego o stulecie romantyka, którego niektórzy uważali wręcz za fanatyka gór. Czy można bowiem uznać jeszcze za romantyzm inspirowany Słowackim, czy już za fanatyzm jego kompletnie szalony zamysł, aby pierworodny syn przyszedł na świat na szczycie Mont Blanc? Zamysł, dodajmy, do którego przekonał żonę (lekarkę i taterniczkę), i który nieskutecznie próbowali wcielić w życie...

Podobnie jak o Evereście. „Akar” nie był pierwszym i jedynym Polakiem, który już przed wojną – słysząc o próbach Mallory’ego – marzył o zdobyciu najwyższej góry świata, ale jako pierwszy zaczął działać w tym kierunku. „On mówił, że prawdopodobnie z Everestu nie wróci, ale wierzył, że na nim będzie” – wspomni po latach w filmie dokumentalnym o wyprawie na Nanda Devi jego pasierbica.

Treningowi przed wymarzoną wyprawą w Himalaje podporządkował spory kawałek swojego życia od 1922 r., kiedy jako 25-latek zaczął wspinać się w Tatrach. Konsekwentnie dążył do celu, pomnażając doświadczenie przez taternictwo zimowe, do którego rozwoju się przyczynił, wielodniowe wędrówki i wspinaczki graniowe z biwakami, wyprawy w Alpy i wreszcie pierwszą polską wyprawę andyjską. Był w pięcioosobowej grupie, która dokonała pierwszego znanego (po Inkach, którzy prawdopodobnie wcześniej osiągali szczyt) wejścia na Mercedario – trzeci co do wysokości szczyt Ameryki.

Marzenie o Evereście w latach 30. XX w., wobec brytyjskiej monopolizacji wypraw na ten szczyt, okazało się mrzonką. Dlatego Karpiński zaczął forsować pomysł zdobycia innego szczytu. „Namawiam na K2: góra olbrzymia, obronna, więc tym większa chwała dla narodu, który na niej walczy. Nawet po osiągnięciu wierzchołka Everestu będzie pierwsze wejście na K2 liczone do wielkich czynów” – pisał z charakterystyczną dla siebie nutą patriotycznego patosu. Stanął nawet na czele Komisji Himalajskiej, powołanej w Klubie Wysokogórskim, która miała przygotować wyprawę w góry najwyższe. W jej skład weszli też Bujak i Stefan Bernadzikiewicz, taternik i polarnik, w wieku zaledwie 27 lat kierownik Pierwszej Polskiej Wyprawy Polarnej, która w 1934 r. wyruszyła na Spitsbergen.

Jednak wyprawa na K2 wymagała także zgody rządu Indii Brytyjskich – szczyt leżał wówczas na terenie należącego do nich Kaszmiru – a więc nieoficjalnie Brytyjczyków. Podania z prośbą o pozwolenie na zdobywanie szczytu z roku na rok spotykały się z odmową. Dlatego do kolejnego wspinacze dołączyli wariant rezerwowy: organizacji wyprawy w Himalaje Gahrwalu (tak określa się najwyższe pasmo Himalajów indyjskich, gdzie leżą źródła Gangesu) – i dopiero na nią uzyskali zgodę rządu indyjskiego.

Wybór padł na niezdobyty szczyt w masywie najwyższej góry Himalajów Gahrwalu.

Wysoka cena

Teraz, w lipcu 1939 r., już po zdobyciu Nanda Devi East, mogli spakować bazę i ruszyć w dół do Almory, aby wcześniej wrócić do kraju – wojna wisiała w powietrzu, obawy przed jej wybuchem wyrażali już, żegnając się z rodzinami przed wyjazdem z Polski.

Jednak wszelkie zmiany planów w tamtych czasach – braku bezpośredniej łączności – były trudne; konieczne było np. wezwanie tragarzy. Tymczasem okolica, zwłaszcza niezbadane otoczenie lodowca Milam, kusiły dzikością. Himalaiści podjęli więc próbę wejścia na jeszcze jeden siedmiotysięcznik: Tirsuli. Orientacyjnie skomplikowany, choć technicznie łatwiejszy i niższy, trójszczytowy.


Czytaj także: Bartek Dobroch: Ten trzeci


18 lipca Karpiński i Bernadzikiewicz dotarli na wysokość ok. 6150 metrów, skąd przez schodzących niżej tragarzy w liście do towarzyszy poinformowali o swoich zamiarach. Wieczorem być może już spali bądź parzyli herbatę.

Oficer Foy tak napisał potem we wspomnieniach (przetłumaczonych przez Jana Józefa Szczepańskiego i opublikowanych w 1952 r. w „Tygodniku Powszechnym”): „Nocy tej usłyszeliśmy w bazie przeraźliwy łoskot lawiny z kierunku szczytów Tirsuli. Hałas był taki, jakby dwadzieścia pociągów wpadło jednocześnie na stację Victorii, a powietrze drżało ponad naszymi namiotami”.

Poszukiwania na lawinisku nie przyniosły efektów. Masy śniegu pogrzebały obu polskich himalaistów. „Młody alpinizm polski drogo opłacił swój pierwszy wspaniały sukces w Himalajach” – pisała „Gazeta Lwowska” w wydaniu z 30 lipca 1939 r.

Wielka historia przysypała wkrótce na dekady małą historię, tę górską. A śnieżna lawina uruchomiła dopiero lawinę dramatycznych zdarzeń, która – jak spełnienie klątwy Nanda Devi – przypieczętowała losy wracających do kraju himalaistów.

Bez żadnych śladów

Znowu było za późno. Dopiero 23 sierpnia wypłynęli z Bombaju. Wiadomość o wybuchu wojny zastała ich w Kanale Sueskim na pokładzie włoskiego statku „Victoria”. Musieli go opuścić. Na innym okręcie udali się przez Dardanele do rumuńskiej Konstancy. Stamtąd udało się im przedrzeć – rzecz niezwykła – do Lwowa. Dotarli tam 12 września, gdy rozpoczęła się już obrona miasta przez Wojsko Polskie.

„Janusz Klarner z ciszy i bieli Himalajów błyskawicznie wskoczył w huk i szkarłat wojny” – pisze w wydanej niedawno książce „Polscy himalaiści” Dariusz Jaroń. Zgodnie z obietnicą złożoną przed wyprawą ojcu, ledwie zrzucili sprzęt wyprawowy u rodziców Bujaka we Lwowie, Klarner – podporucznik rezerwy – wsiadł na rower i udał się na front.

Bujak najpierw postanowił czekać we Lwowie na żonę, która wraz z dwójką dzieci uciekła z Warszawy. Przybyła jednak do miasta za późno. Wcześniej Bujak zdecydował się na ucieczkę ze Lwowa, który – w ramach podziału Polski – przypadł Związkowi Sowieckiemu, i w którym narastał już sowiecki terror. Wraz ze szwagrem i czwórką innych mężczyzn poszli przez zieloną granicę na Węgry (przez masyw Gorganów).

Stamtąd dołączył do Wojska Polskiego we Francji, skąd z kolei w lutym 1940 r. przeniesiono go do Londynu. Najpierw służył jako mechanik w ośrodku polskiego lotnictwa w Blackpool, a następnie zaczął pracować w brytyjskich zakładach lotniczych (zajmował się silnikami wysokoprężnymi), aż w końcu trafił do wojskowych zakładów ­Rolls-­Royce’a w Derby. Zarówno z Budapesztu, jak i z Anglii pisał do pozostawionej w Polsce rodziny, zawsze jednak pod zmienionym imieniem.

Po zakończeniu II wojny światowej chciał wrócić do Polski, ale ze względu na tajny charakter jego pracy w Anglii w przemyśle zbrojeniowym nie było to możliwe. W komunistycznym już kraju czekałoby go zapewne co najmniej aresztowanie i śledztwo.

Zapisał się do miejscowego Klubu Alpejskiego, jeździł na wycieczki i wspinaczki do Peak District i innych skalnych rejonów Anglii. Tak też postanowił spędzić urlop latem 1945 r. Wraz z zaprzyjaźnioną Lorną Wilkinson biwakował i wędrował po wzgórzach i klifach Kornwalii. Po raz ostatni widział ich 5 lipca znajomy lotnik, stacjonujący w pobliżu. Według niego relacja Bujaka i Wilkinson nie wyglądała na romantyczną. Tego dnia wysłali też do znajomych kartkę z miejscowości Penzance. W tym miejscu ich ślad się urywa.

Według najpoważniejszej hipotezy poszli kąpać się lub wspinać na klifach i utonęli, porwani przez silne morskie prądy. Według innych zaginięcie mogło mieć związek z tajną pracą Bujaka dla brytyjskiego wojska. Tak czy inaczej, historia Jakuba Bujaka urwała się gwałtownie.

We mgle

Równie tajemniczy jest finał życia Janusza Klarnera.

Przeżył wojnę na terenie okupowanej Polski. Wcześniej w kampanii wrześniowej dowodził baterią artylerii. Walczył u boku brata Jerzego, który popełnił później samobójstwo, po pojmaniu go przez gestapo. Janusz z kolegami inżynierami otworzyli w okupowanej Warszawie warsztat samochodowy. Wziął udział w powstaniu warszawskim. Został poważnie ranny: kula przeszła przez czaszkę, nie uszkadzając jednak mózgu. Zdążył zostać jeszcze ojcem.

Ale przynależność do Armii Krajowej w komunistycznej Polsce stała się brzemieniem. Żadne wydawnictwo nie chciało opublikować książki „Nanda Devi”, którą napisał jeszcze pod koniec wojny.

W sobotę 17 września 1949 r. wyszedł z mieszkania przy ul. Lipskiej i rozpłynął się w warszawskich ruinach. Tak jak po wielu jego kolegach, nie pozostał po nim nawet ślad w dostępnych dziś archiwach. Za jego zaginięciem – według najsilniejszej hipotezy – mógł stać Urząd Bezpieczeństwa, polujący na oficerów AK. Czy został zamęczony w katowni UB i pogrzebany anonimowo? Jednak wtedy powinien zostać w archiwach jakiś ślad. Czy może trafił w ręce sowieckiego NKWD i zmarł w syberyjskim łagrze?

Podobnie jak ostatnie chwile wszystkich uczestników wyprawy, także los Janusza Klarnera rozmył się niczym w monsunowej himalajskiej mgle. ©

 

Korzystałem z książek: Dariusza Jaronia „Polscy himalaiści”, Janusza Klarnera „Nanda Devi” oraz z „Dziennika himalajskiego i innych opowieści Jakuba Bujaka” w opracowaniu Magdaleny Bujak-Lenczowskiej.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz od 2002 r. współpracujący z „Tygodnikiem Powszechnym”, autor reportaży, wywiadów, tekstów specjalistycznych o tematyce kulturalnej, społecznej, międzynarodowej, pisze zarówno o Krakowie, Podhalu, jak i Tybecie; szczególne miejsce w jego… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2019