Zanim ponownie zaczniemy się przemieszczać pomiędzy Japonią i USA, Indiami i Europą, zapytajmy, co w pierwszej połowie XX wieku działo się pośrodku, czyli między Władywostokiem a Petersburgiem.
Najprościej można by powiedzieć, że niewiele, jeśli chodzi o interesującą nas tu historię. Można jednak założyć, że i w miejscach, o których w naszym cyklu nie wspominamy, ludzie medytowali. Choć oczywiście czym innym jest wpisana w naturę człowieka skłonność do medytacji, której, tak czy inaczej, każdy jakoś ulega, a czym innym świadome jej praktykowanie, tworzenie dla niej szczególnych miejsc i pisanie na jej temat.
Rewolucja w Rosji i „Opowieści pielgrzyma” na Zachodzie
W interesującym nas okresie Rosja zafundowała sobie zamach stanu i wojnę domową, które zmieniły jej ustrój i pochłonęły miliony ofiar. Na sprawy duchowe nie pozostawiono zbyt wiele miejsca. Wspomniany powyżej Petersburg w 1914 r. stał się Pietrogradem, cztery lata później przestał być stolicą, a w 1926 r. został przemianowany na Leningrad. Już sama zmiana tych nazw godna byłaby medytacji, co zresztą pięknie uczynił Josif Brodski w eseju „Przewodnik po mieście, które zmieniło imię” (1979), do którego odsyłam ewentualnych zainteresowanych.
Poczynając od drugiej dekady XX wieku, do krajów Europy Zachodniej zaczęli masowo napływać rosyjscy uchodźcy, przynosząc z sobą także ocalałe skarby tamtejszej kultury i duchowości. Jednym z nich były „Opowieści pielgrzyma. W poszukiwaniu nieustannej modlitwy”.
Przez niemal sto lat uważano je za dzieło anonimowe, lecz dzisiaj wiemy, że autorem był Arsenij Trojepolski (1804-1870), twórca kilku innych jeszcze, całkiem dobrych książek.
„Opowieści pielgrzyma” ukazały się po raz pierwszy drukiem w 1881 r. w Kazaniu i do czasów rewolucji miały w Rosji kilka wydań, lekko zretuszowanych przez kościelną cenzurę. W 1925 r. książka ukazała się w niemieckim tłumaczeniu pod tytułem „Ein russisches Pilgerleben”, po czym pojawiły się tłumaczenia na inne języki, czyniąc z „Opowieści pielgrzyma” „najbardziej wpływową książkę duchową XX wieku” (S. Philips), co już bezpośrednio wiąże ją z naszą historią medytacji.
Hezychazm, czyli modlitwa Jezusowa
„Opowieści pielgrzyma” opisują, w formie przygodowej powieści, losy młodego i dotkniętego licznymi nieszczęściami mężczyzny, który – by uśmierzyć egzystencjalny ból – poszukuje „modlitwy nieustannej”. Znajduje ją w postaci powtarzanej formuły „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”.
Poza barwnymi przygodami i ciekawymi rozmyślaniami bohatera znajdziemy w książce cały szereg nauk na temat tej modlitwy. Dzieło jest w sumie „uprzystępnieniem” szerokiej publiczności istniejącej od wieków praktyki (i teorii) znanej pod takimi nazwami jak „modlitwa Jezusowa”, „modlitwa serca” czy hezychazm, których najlepszym podręcznikiem była i jest „Filokalia” (Arsenij Trojepolski był jej znawcą i miłośnikiem).
Posługując się współczesnym żargonem, można powiedzieć, że „Opowieści pielgrzyma” proponują modlitewną medytację za pomocą mantry. Tak też była ona i jest do dzisiaj traktowana przez wiele osób zainteresowanych praktykami duchowymi. Zaskakujące jest – i zarazem niemożliwe do opisania – ile osób w XX wieku przeszło od „modlitwy Jezusowej” do innych form medytacji. Albo odwrotnie – po zapoznaniu się z medytacją buddyjską lub hinduską znalazło szczęśliwy port właśnie w praktyce metody hezychastycznej.
Tym samym do krwiobiegu współczesnej subkultury medytacyjnej została wprowadzona pradawna praktyka chrześcijańska, ocalała z wielowiekowej tradycji prawosławia, w tym czasie w Rosji prześladowanego, więc szukającego swego nowego wcielenia poza jej granicami.
Suficka medytacja w islamie: czym jest zikr
Drugą przestrzenią między Wschodem i Zachodem, nie mniej rozległą, był obszar ciągnący się od północnych Indii po północno-zachodnią Afrykę. Mam tu na myśli oczywiście islam, związany z nim sufizm i jego praktyki medytacyjne, które zaczęły docierać na Zachód, dokładając swoje trzy grosze do współczesnego ruchu medytacyjnego.
Wspominam o tym także dlatego, że prawosławny hezychazm i islamski sufizm mają wiele punktów wspólnych, a w przeszłości nawzajem na siebie oddziaływały. Nawet Arsenij Trojepolski w „Opowieściach pielgrzyma” wspomina o Bucharze, której mieszkańcy praktykowali modlitwę wewnętrzną.
Bez wnikania w historyczne rozważania i doktrynalne dyskusje na temat tego, czym jest sufizm, powiedzmy, że chodzi o nurt duchowości związany z islamem, pełen fascynujących postaci, pism i praktyk duchowych. Zikr (albo: dhikr) to jedno ze słów, które w sufizmie oznacza medytację.
Etymologicznie zikr to tyle co „pamięć” czy „wspomnienie”, a jego praktykowanie opiera się na trzech filarach: okresowym odosobnieniu, wewnętrznym skupieniu i recytacji imienia (lub wszystkich 99 imion) Allaha. Sufizm znał i zalecał praktykę tej medytacji indywidualnie, jak i w grupach, stwarzając nawet rodzaj rytuału, czasami powiązanego z muzyką i tańcem.
Jak sufizm dotarł do Europy
W epoce nowożytnej niektóre wiadomości na temat zikr dotarły na Zachód między innymi dzięki postaci Johna Gustafa Ageliiego, lepiej znanego jako Ivan Aguéli (1869-1917). Był to Szwed, który po pobycie na Bliskim Wschodzie osiadł około roku 1911 w Paryżu, gdzie założył stowarzyszenie zajmujące się praktyką i propagowaniem sufizmu.
Pominę tu wątek sensacyjny mówiący o tym, że Aguéli mógł swoją działalność duchową łączyć ze szpiegostwem na rzecz Imperium Osmańskiego. Nie pierwszy i nie ostatni raz duchowość i polityka splotły się ze sobą w historii medytacji. W każdym razie Aguéli przyczynił się do rozpropagowania sufizmu, mistyki i medytacji islamskiej w Europie, zwłaszcza że przez pewien czas jednym z członków jego stowarzyszenia był René Guénon (1886-1951), francuski pisarz ezoteryczny, współtwórca tzw. tradycjonalizmu integralnego.
Można by zresztą dodać tu całą listę badaczy, tłumaczy, pisarzy, malarzy, którzy w taki lub inny sposób uprzystępniali zachodniej publiczności skarby duchowości islamu. Pośrednio oddziałując także na świat medytacji.
Hazrat Inayat Khan i Międzynarodowy Zakon Sufich
Kilka słów należy też poświęcić postaci Hazrata Inayata Khana (1882-1927), dzięki któremu sufizm, jego duchowość i medytacja przebiły się na Zachodzie do szerszego grona osób. Inayat Khan pochodził z leżącego w środkowo-zachodnich Indiach miasta Baroda (dziś Vadodara), z rodziny wybitnych muzyków (jego dziadka nazwano indyjskim Bethoveenem).
Zainteresowania Inayata szły więc dwutorowo: ku muzyce i duchowości. Został wirtuozem sitaru, a zarazem przystał do sufickiego zakonu Chishitów, którego mistrz zalecił mu w pewnym momencie rozpropagowanie duchowości sufizmu na całym świecie. W 1910 r. Inayat Khan stworzył Międzynarodowy Zakon Sufich, a jego nauka o duchowej jedności wszystkich ludzi odbiła się szerokim echem na Bliskim (Europa) i Dalekim (USA) Zachodzie, które odwiedzał.
Częścią integralną jego nauczania, obok muzyki, konferencji i odosobnień, była także praktyka medytacji. Pisał o niej: „Medytacja to nie tylko ćwiczenie, które należy praktykować. Podczas medytacji dusza zostaje napełniona nowym światłem i życiem, a także natchniona i umocniona. W medytacji kryje się wszelkiego rodzaju błogosławieństwo”. Połączenie muzyki, tańca i medytacji, pod auspicjami powszechnej harmonii i uniwersalistycznej duchowości, pozyskało mu wielu zwolenników.
Dodajmy jeszcze, że żona Inayata Khana, Ora Ray Baker, była krewną Mary Baker Eddy, założycielki Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki (Christian Science), powiązanej z Ruchem Nowej Myśli (New Thought Movement). Z kolei przyrodnim bratem Mary był Pierre Bernard, sławny propagator jogi w USA. O czym wspominam, by podkreślić sieć powiązań, rodzinnych i towarzyskich, pomiędzy propagatorami medytacji różnych nurtów.
W tym samym czasie swoje duchowe doświadczenia i przygody odbywał, głównie pośród sufich, Georgij Iwanowicz Gurdżijew (znany na Zachodzie jako Georges Ivanovich Gurdjieff; 1872-1949), którego nauki stanęły u podstaw późniejszej tak zwanej medytacji dynamicznej.
Opowieść pielgrzyma:
Wyobraź sobie swoje serce, zwróć oczy ku niemu tak, jakbyś na nie patrzył. Zarazem umysłem nasłuchuj, jak ono bije i uderza raz za razem.
Nazywa się to według świętych ojców „sprowadzeniem umysłu z głowy do serca”. Gdy do tego stanu się przyzwyczaisz, to zacznij z każdym uderzeniem serca, patrząc na nie, łączyć słowa modlitwy w taki oto sposób.
Za pierwszym uderzeniem wymów lub pomyśl „Panie”; za drugim „Jezu”; za trzecim „Chryste”; za czwartym „zmiłuj się”; za piątym „nade mną”. Powtórz to wielokrotnie.
Będzie to dla ciebie łatwe, gdyż posiadasz już podstawy modlitwy serca. Potem, gdy i do tego już przywykniesz, zacznij wprowadzać i wyprowadzać całą modlitwę Jezusa do serca wraz z oddechem, jak uczą ojcowie, to znaczy wraz z wdechem wymów lub pomyśl „Panie Jezu Chryste”, a wydychając „zmiłuj się nade mną”.
Oddawaj się temu zajęciu często i jak tylko długo możesz, a w krótkim czasie odczujesz delikatny i przyjemny ból w sercu, a potem pojawi się w nim ciepło i rozgrzanie. Tak to z Bożą pomocą dojdziesz do działającej samoczynnie, przyjemnej i wewnętrznej modlitwy serca.
Zarazem jednak uważaj, aby w umyśle nie przedstawiać sobie żadnych wizji ani nie akceptować żadnych wyobrażeń, gdyż święci ojcowie z mocą nakazują, aby w modlitwie wewnętrznej chronić niewyobrażalność, aby nie popaść w złudne oczarowanie.
Fragment rozdziału IV, tłumaczenie: Maciej Bielawski
To siódma część cyklu o historii zachodniej medytacji
W poprzedniej pisaliśmy:
- o odarciu buddyzmu zen z japońskiej otoczki kulturowej i rytuałów,
- o D.T. Suzukim i medytacji rozumianej jako droga oświecenia,
- o korespondencyjnych kursach zen i ich powodzeniu wśród elit intelektualnych i kulturalnych.
W kolejnym tekście przeczytamy:
- o „naukowym” umocowaniu jogi w okresie międzywojennym,
- o Paramahansie Joganandzie i synkretycznej drodze medytacji jako zjednoczeniu z Bogiem,
- o zachodniej recepcji jogi za pośrednictwem tłumaczy myśli hinduskiej.
Więcej znajdziesz w cyklu Historia Medytacji >>>>
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











