Reklama

Halo, tutaj twoja złość

Halo, tutaj twoja złość

30.04.2020
Czyta się kilka minut
Tamara Kasprzyk, psychoterapeutka, prezeska Fundacji Familylab w Polsce: – Kiedy mówię: „nie wolno odejść od stołu, dopóki wszyscy nie zjedzą”, to o co mi tak naprawdę chodzi? Może dla mnie jako mamy ważne jest, żebyśmy posiłki spożywali wspólnie. I lepiej właśnie to powiedzieć dziecku.
Śniadanie wielkanocne w czasie epidemii, Warszawa, 12 kwietnia 2020 r. / Fot. Anna Golaszewska/East News
M

Maria Hawranek: Na ilu metrach mieszkasz?

Tamara Kasprzyk: Na 55. 

Z rodziną?

Z dwoma synami, 9- i 12-letnim.

Pracujesz?

Tak. A oni się uczą. Dlatego teraz możemy rozmawiać.

I jak wam jest?

Różnie. Wszyscy zmagamy się z obecną sytuacją i radzimy sobie lepiej lub gorzej, ale jakoś sobie radzimy. Staram się nie porównywać do innych, to nie pomaga – szczególnie śledzenie mediów społecznościowych. Nie stawiam sobie ambitnych celów: chcę, byśmy pod koniec dnia wciąż byli dla siebie życzliwi. Czasem więc odpuszczam uwagi, którymi miałabym ochotę się podzielić, krytykę, zdrowe żywienie, naukę. To są rzeczy dla mnie ważne, ale w tej chwili – drugoplanowe. Zależy mi, żebyśmy nie zrobili sobie rodzinnego piekła.

Jesper Juul, jeden z najsławniejszych terapeutów i pedagogów, szacuje, że czteroosobowa rodzina może mieć do 40 konfliktów dziennie. Teraz, w czasie pandemii, z pewnością jest ich więcej. Praca, nauka, wspólna przestrzeń 24 godziny na dobę, zamknięcie – jak żyć?

Nie trafiają do mnie gotowe porady. Ostatnio przeczytałam: bądź z dzieckiem, jak potrzebuje, pracuj – kiedy śpi. Pozbawianie się snu, który jest fizjologiczną potrzebą odpoczynku, nie może w pozytywny sposób przełożyć się na jakość bycia z dzieckiem następnego dnia. Spowoduje to tylko większą frustrację. Nie ma na to jednej recepty. Każda rodzina szuka swoich unikatowych rozwiązań. Wszyscy eksperymentujemy.

I doświadczamy frustracji, irytacji, złości na siebie w dawkach często wcześniej niewidzianych. To może chociaż powiesz, co z tym zrobić?

Potraktować tę złość poważnie, bo ona mówi coś ważnego o nas. Jeśli zauważam, że w ciągu dnia często się złoszczę albo że wieczorem nie robię już nic innego, tylko się złoszczę, to jest to świetny sygnał – złość próbuje zwrócić nam uwagę, że nasze granice zostały przekroczone. Jeśli na chwilę usiądę z tym tematem, a najlepiej – porozmawiam z kimś życzliwym, przyjaciółką, partnerem, to dojdę do tego, że złość pojawia się, bo robię czegoś za dużo, robię coś, na co nie mam ochoty, ktoś nie szanuje moich granic. 

Czego ty się ostatnio dzięki złości dowiedziałaś?

Że nie mam ochoty sprzątać po wszystkich naczyń. Kiedy byłam sama w domu, synowie w szkole, nie raziło mnie, że tylko ja o to dbam. W czasie pandemii mnie to uderzyło: mój syn ma 12 lat, przecież może to doskonale robić sam.

I co zrobiłaś? Ustaliłaś jakąś zasadę?

Starałam się powiedzieć obu synom językiem osobistym, o którym mówi Jesper Juul, co jest dla mnie ważne. Powiedziałam więc: słuchajcie, źle się czuję, kiedy tylko ja sprzątam naczynia po posiłku, wtedy irytuję się na was. Nie chcę tak zaczynać każdego dnia, proszę, sprzątajcie swoje talerze.

Podziałało?

Oczywiście, że nie! Nie od razu. Na początku powtarzałam w kółko: hej, schowaj to, włóż do zmywarki. Aż sama nie mogłam siebie słuchać. Ale pomyślałam: dlaczego męczy mnie mówienie tego do synów, a do siebie samej – nie? Wiele kobiet doświadcza teraz szczególnie mocno tego, że podział prac w ich domu jest nierówny i inni mają w nim więcej praw – do odpoczynku, swojego biurka, spokojnego czasu na pracę. Jeśli nas ta nierówność irytuje, warto coś z tym zrobić.

Wspomniałaś o granicach. Właściwie co to takiego?

Trudno mi je zdefiniować. Granice zawierają to, co mieści się w ich obrębie – odpowiedź na pytanie: kim ja jestem? Co lubię, co jest dla mnie ważne, na co się zgadzam, a na co nie. Moje granice są unikatowe, każdy ma inne.

„Trzeba dzieciom stawiać granice” – to zdanie zna niemal każdy z nas i się z nim zgadza. O co właściwie w nim chodzi?

Jak studiowałam psychologię 20 lat temu, to też je słyszałam, jak zresztą my wszyscy, bo wiedza o granicach przeniknęła do życia codziennego. I dobrze, że znamy takie pojęcie. Jednak źle go używamy. Jak mówi Jesper Juul, nie chodzi o stawianie granic dzieciom, ale rozpoznanie własnych, osobistych granic i skuteczne komunikowanie ich światu, w tym – swoim dzieciom. Musimy im pokazać, gdzie leżą.


CZYTAJ TAKŻE

Rozmowa z Jesperem Juulem, pedagogiem i terapeutą: 80 proc. europejskich kobiet poproszonych o szczerą odpowiedź na pytanie, czy czują się samotnymi matkami, odpowiedziałoby: „tak”. I miałoby rację >>>


Możesz pokazać na przykładzie?

Dziecko wspina się na zjeżdżalnię. Mówimy: „nie wchodź na tę zjeżdżalnię, jesteś za mały”. Mówimy, jakie dziecko jest, jakoś je definiujemy, zamiast powiedzieć mu o własnych granicach: „nie zgadzam się, żebyś wchodził na tę zjeżdżalnię, martwię się, że spadniesz”. Dobrze widać to przy nastolatkach: „nie pójdziesz na tę imprezę, jesteś jeszcze za młoda na takie wyjścia!”. W sytuacji, gdy większość rówieśników właśnie wybiera się na imprezę, twój syn czy córka wie, że to nie jest prawda. Prawda o tej sytuacji jest taka: „nie zgadzam się, żebyś poszła na tę imprezę, dla mnie to jeszcze za wcześnie, żebyś chodziła na takie wyjścia”.

Tradycyjnie do stawiania granic używano zasad: „nie wolno kłaść nóg na stole”, „nie skacze się po łóżku”. Tyle, że to często nie działa.

Ale kiedyś, 40 lat temu, działało znacznie lepiej. Wtedy większość dorosłych była zgodna w swoich dążeniach wychowawczych, których celem było posłuszeństwo. Teraz ogromna część rodziców dba o rozwój, samostanowienie swoich dzieci, posłuszeństwo nie jest dla nich takie istotne. Tym, którzy wciąż próbują je osiągnąć, trudno przekonać dzieci do tego, że „nie wolno jeść na kanapie” albo „trzeba siedzieć prosto przy stole” czy „nie wolno iść na imprezę przed 15. rokiem życia”, bo mają nieustannie okazję skonfrontować – u kolegów, u babci, w internecie, filmach, że te zasady wcale powszechnie nie obowiązują. Właśnie dlatego potrzebujemy nowego sposobu komunikowania tego, na czym nam zależy – w sposób bezpośredni, językiem osobistym. Kiedy mówię: „nie wolno odejść od stołu, dopóki wszyscy nie zjedzą”, to o co mi tak naprawdę chodzi? Może np. dla mnie jako mamy jest ważne, żebyśmy posiłki spożywali wspólnie i byli razem do momentu, kiedy wszyscy zjemy. I lepiej właśnie to dziecku powiedzieć. 

A właściwie dlaczego tak jest lepiej?

Niemal wszyscy rodzice na świecie kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej. Język osobisty pomaga okazywać im miłość i troskę w taki sposób, by do ich dzieci docierało to właśnie jako miłość i troska, a nie opresja, przymus, coś nieprzyjemnego.

Żeby go stosować, trzeba się trochę zastanowić – najpierw o co nam chodzi, a potem – jak to powiedzieć.

Dokładnie. Komunikowanie granic w ogóle jest trudne, bo ujawnia różnice, a my przyzwyczailiśmy się do tego, że różnice – wywołujące zwykle większy lub mniejszy konflikt – niosą ze sobą ryzyko zerwania relacji. Tuszujemy więc je, próbując przekonać drugą stronę do swoich racji – tak, żeby uznała nasze argumenty, przejęła nasze stanowisko i żebyśmy przestali się różnić. To dotyczy partnera, ale i dzieci, a to wcale im na dłuższą metę nie służy. 

Przykład poproszę.

Wyobraźmy sobie, że czteroletnie dziecko bardzo chce zjeść drugiego loda, a my jesteśmy zdecydowani, że mu go nie kupimy. Wielu rodziców w tej sytuacji zaczyna tłumaczyć: zjadłeś przed chwilą jednego loda; nie możesz jeść tak dużo lodów, bo rozboli cię brzuszek, będzie bolało cię gardło itp. Odwraca uwagę dziecka od tego, czego ono chce. Ale rodzic może też powiedzieć tak: wiem, że bardzo masz na niego ochotę, bo były pyszne, ale następnego ci już nie kupię, bo tak zdecydowałem. I przygotować się na krótki wybuch złości. 

Dlaczego to pierwsze rozwiązanie jest gorsze?

Bo jeśli chodzi o dziecko, to jest ten moment, w którym zaczyna ono zrywać dobrą relację ze swoim ciałem i sygnałami płynącymi z niego na rzecz zachowania dobrej relacji z ważną osobą. Ten drugi komunikat rodzica niesie ze sobą bardzo istotny element budowania relacji w oparciu o równą godność: uznanie emocji dziecka, jego pragnień. Emocje, chęci, pragnienia, preferencje nie podlegają ocenie – nie można powiedzieć, czy to dobrze czy nie, że dziecko ma ochotę na loda – po prostu chce, i tyle. Kiedy zagłębiamy się w tłumaczenie mu, dlaczego nie powinno chcieć, dajemy mu przeciwny komunikat: coś jest nie tak z twoimi pragnieniami. Pomyślmy, jak by to było z nami dorosłymi – wypijamy kieliszek wspaniałego wina i kiedy prosimy o kolejny, partner/partnerka mówi: „Hej! Już wypiłaś/eś kieliszek! To ci wystarczy!”, lub kiedy oglądamy wciągający film i w pewnym momencie bliska osoba decyduje: „Już godzinę siedzisz przed komputerem! Dość, bo będą cię bolały oczy”. Jak byśmy się wtedy czuli?

Fatalnie. Ale jednak nie chcemy, żeby nasze dzieci robiły to, co chcą przez cały czas. Wielu rodziców ma teraz kłopot z tym, że dzieci spędzają dużo czasu przed ekranami.

W naszej rodzinie to też jest główny obszar konfliktów – i na co dzień, i w czasie pandemii. 

Próbujesz się jakoś umawiać na godziny?

Nie. Takie umowy to są próby obejścia sprawowania władzy rodzicielskiej – próbujemy się jej zrzec, bo trochę się jej boimy. I kiedy zawieramy te niby-kontrakty, to tak naprawdę narzucamy dzieciom własne reguły, tylko zawoalowane. Załóżmy taki wariant – „umawiamy się”, że dziecko może grać 1,5 godziny dziennie. Gra już drugą godzinę, przychodzi rodzic i mówi: ale nie tak się umawialiśmy. Jedyny wniosek, jaki może z tego wyciągnąć nasze dziecko, to taki, że coś jest z nim nie tak: umawiałem się z mamą, a nie dotrzymuję słowa. Tylko, że to nie była prawdziwa umowa, bo wtedy musielibyśmy negocjować. Dziecko pewnie powiedziałoby, że chce grać dziesięć godzin, kompromis wyszedłby na pięciu. Musimy też mieć na uwadze, że gry komputerowe są tak skonstruowane, by maksymalnie nas zaangażować, by kolejny poziom dawał obietnicę czegoś nowego, i dzieci są wobec nich bezbronne. Trudno oczekiwać od 10-latka, że w pewnym momencie powie: już mi wystarczy.


SERWIS SPECJALNY „TYGODNIK NA KWARANTANNĘ” – WEŹ, CZYTAJ! >>>


To co robić?

Jeśli naprawdę ważne jest dla nas, by dzieci nie grały za dużo – miejmy na uwadze, że dla jednego rodzica za dużo to 15 minut, dla drugiego – trzy godziny. Dobrze byłoby wesprzeć w tym dzieci. Jak? Najpierw zakomunikować im, że decydujemy, iż mogą grać te trzy godziny. A kiedy przyjdzie na to czas, powiedzieć: „Minęły trzy godziny, na więcej się nie zgadzam. Wyłącz komputer/zabieram komputer”. 

Brzmi bardzo władczo. A ludziom zwykle wydaje się, że zrezygnowanie z tworzenia zasad, reguł, oznacza chaos, dyktaturę dzieci. 

Dziecko jest przecież od nas zależne i mamy nad nim władzę. Tylko że z władzą wiąże się odpowiedzialność za dziecko, ale i za naszą z nim relację. Dziecko w pierwszej chwili będzie oczywiście wściekłe na rodzica, i ma do tego prawo. Podobnie jak wściekły będzie maluch, którego rodzic zdecydował, że wychodzimy z placu zabaw, kiedy on się tak świetnie bawi. Mówienie dziecku „nie” nie jest przyjemne, im mniejsze dziecko, tym bardziej możemy się spodziewać, że wybuchnie złością albo płaczem. Ale dla dziecka wcale nie jest aż tak ważne, by dostało to, czego chce. Odczuwanie frustracji jest częścią doświadczenia każdego człowieka. Jest niemiłe, ale nie destrukcyjne. Trzeba tylko być gotowym na przeżycie frustracji swojego dziecka. Wiele współczesnych mam, z którymi się spotykam, ma z tym ogromną trudność, robią wszystko, by jej uniknąć. Zabiegają o to, by być fajnym rodzicem w oczach dziecka. To nie ten kierunek. Dzieci nie potrzebują mieć fajnego rodzica, tylko takiego, na którym będą mogły polegać. Jeśli doświadczają złości i frustracji, a my pozwalamy ich emocjom przepłynąć i towarzyszymy im w tym, wszystko jest w porządku.  

No ale jednak my, dorośli, nie możemy po prostu pozwolić złości płynąć, bo zalałaby całe mieszkanie i jego domowników. Co robić, gdy w nas narasta?

Pierwszą falę złości najlepiej wypuścić „w bok”, by siła tej emocji przeszła. Jeśli pozwolimy jej mówić, nasz komunikat będzie pełen oskarżeń i prawdopodobnie nie zostanie przyjęty. Teraz, podczas pandemii, nie zawsze możemy fizycznie coś z nią zrobić – pójść pobiegać, wyjść na spacer. Ale możemy ją chociaż wyoddychać na balkonie, w łazience, a najlepiej wygadać w telefonie do kogoś bliskiego, kto nas zrozumie: ależ mnie dziś mąż wkurzył, nie wyobrażasz sobie… Samo powiedzenie o złości już obniża napięcie. I jak się to uda, to możemy zobaczyć, o co nam chodzi, i powiedzieć o tym partnerowi czy dziecku. Zamiast ich oskarżać i mówić, co jest z nimi nie w porządku, powiedzieć: „Słuchajcie, odkryłam coś ważnego na swój temat. Nie lubię, gdy…”. 

Jeszcze jedno mnie zastanawia: mówisz, że rodzice często starają się zaoszczędzić dzieciom przeżywania smutku, złości, wolą się dostosować do życzeń dziecka. I że trzeba być na te złości gotowym, gdy mówi się dzieciom „nie”. Ale przecież nie zawsze mamy na to siłę. Wczoraj odmówiłam mojemu dwulatkowi ciastka, wpadł w rozpacz, położył się na podłodze, trwało to minutę, potem się przytuliliśmy i po sprawie. Ale może innego dnia nie potrafiłabym go tak przytulić.

Oczywiście, nie zawsze potrafimy zareagować na frustrację dziecka z życzliwością i empatią. Jeśli np. jestem z dzieckiem w urzędzie i jest kolejka, a ja daję mu smartfon, żeby się nie nudził, bo jestem zmęczona i nie mam siły na jego dociekliwe pytania albo dziecięcą ruchliwość – w porządku. Ale jeśli robię tak za każdym razem, by uniknąć jego złości czy nudy, to płynie z tego dla rodzica ważna lekcja. Nie chodzi teraz o to, by się biczować, zwykle matki wpadają w poczucie winy, a na tym nikt nie korzysta. Warto wziąć odpowiedzialność za siebie i jeżeli to możliwe, zadbać o to, bym nie była taka zmęczona każdego dnia. Bo jeśli nie jestem dobra dla siebie, nie mam wystarczającej przestrzeni na normalną aktywność moich dzieci – szczególnie tych małych.  

Mówiłaś, że granice każdej osoby są inne. Takie założenie oznacza, że nie ma żadnych obiektywnych, moralnych prawd do przestrzegania.  

Dokładnie tak. Każdy rodzic postępuje według najlepszej wiedzy, jaką posiada w tym momencie. Żaden specjalista ani żaden rodzic nie wie na pewno, co jest najlepsze dla dziecka. Dlatego w jednej rodzinie np. nie można w ogóle jeść słodyczy, w innej można jeść je tylko w weekend, a w jeszcze innej – codziennie trochę. I jeszcze jedno: to, co wiemy o sobie i świecie, zmienia się, zmieniają się też nasze granice. Jutro może nam już nie przeszkadzać coś, czego dawniej nie tolerowaliśmy, i odwrotnie.

Masz coś takiego, co się zmieniło w czasie pandemii?

Do tej pory nie zgadzałam się, żeby dzieci jadły i skakały na kanapie – nie dlatego, że nie wolno, tylko dlatego, że wydałam na nią pieniądze i nie chciałam, żeby się zniszczyła. Ale teraz nie wychodzimy z domu, a mój 9-letni syn ma dużo energii, którą musi jakoś rozładować. Wydaje mi się nieuczciwe, by teraz zakazywać mu ruchu, bo nie ma gdzie go zażyć. Z żalem popatrzyłam na kanapę i spisałam ją na straty. Wciąż proszę ich tylko, by na niej nie jedli – nie lubię plam na tkaninie. 

TAMARA KASPRZYK – psycholożka, psychoterapeutka, prezeska Fundacji Familylab w Polsce, organizacji promującej idee wychowawcze Jespera Juula. Mama dwóch synów.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]