Grecja jest krajem demokratycznym, biedniejszym wprawdzie niż większość partnerów z Unii Europejskiej, ale stabilnym. Przypadkowa, tragiczna śmierć 15-letniego chłopca, zastrzelonego przez policjanta podczas utarczki z grupą młodzieży, nie wywołałaby takich następstw, gdyby iskra nie padła na podatny grunt. W ogniu mogłaby stanąć jedna lub dwie dzielnice Aten, ale nie cały kraj, od Salonik po Kretę. Grecy nie protestują przeciwko jednemu fatalnemu zdarzeniu. Odrzucają politykę, która sprawiła, że 20 proc. z nich żyje dziś poniżej granicy ubóstwa. W poniedziałek na cztery godziny przerwała pracę administracja lokalna, a wykładowcy wyższych uczelni rozpoczęli trzydniowy strajk. W ich ślady rychło mogą pójść inne branże i kolejne grupy zawodowe. Na środę już zapowiedziano 24-godzinny strajk generalny - protest przeciwko zmianom w systemie emerytalnym i polityce gospodarczej rządu. Gdyby nie to, łatwo byłoby o prostą konstatację, że to lewacy i anarchiści pociągnęli za sobą skłonną do rozróby młodzież.
Premier Kostas Karamanlis zapewne popełnił błąd, chcąc osiągnąć zbyt wiele naraz. Jednoczesna reforma wielu dziedzin (oświaty, ochrony zdrowia, świadczeń socjalnych, emerytur), forsowana prywatyzacja (władze lokalne strajkują, bo między innymi nie godzą się, by część ich kompetencji oddano firmom prywatnym), do tego skandale na szczeblu rządowym, korupcja i lekceważenie nastrojów społecznych - wszystko to nie mogło nie podkopać pozycji rządu. Karamanlis zgrzeszył brakiem wyobraźni.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Inne artykuły tego autora
Najnowsze artykuły
Wersja audio




















