Gran Cafe Tortoni

Najpierw trzeba postać. Tak nabiera się apetytu. Cała kolejka podekscytowana faktem, że stoi przed Gran Cafe Tortoni. Elegancki odźwierny starannie dozuje napięcie, raczej wypuszczając niż wpuszczając - więc usiłujemy wyczytać swą przyszłość w twarzach szczęśliwców, których sen się ziścił. Nasyceni, wychodzą na piękną Avenida de Mayo, bulwar bardziej paryski niż te w Paryżu, podczas gdy my, przestępując z trzewika na trzewik, nerwowo poprawiamy przyodziewek. Usiłujemy dorosnąć do sytuacji, która po dwudziestu z górą minutach podąża nam naprzeciw w postaci uchylonych właśnie wrót do innej czasoprzestrzeni.
Czyta się kilka minut

Jesteśmy wypisz, wymaluj w wieku dziewiętnastym, może nawet z lekkim przechyłem ku stulecia końcówce. Dla Argentyny oznacza to złoty (czy też raczej srebrny - zważywszy na nazwę państwa) wiek. Różnie o tym opowiadają: jedni, że najbogatsze państwo świata, inni, że czołowa szóstka czy ósemka. W każdym razie: cr?me de la cr?me. Stoliki zatłoczone jak się patrzy, tłumem ubranym nonszalancko odświętnie, nawet malkontenci muszą przyznać, że entourage sprostał najbardziej wyrafinowanym oczekiwaniom.

Postaliśmy, więc idziemy posiedzieć - ale niby to tak zasiadamy, niby składamy zamówienie na barki kelnera Alfonso, niby zastanawiamy się, dlaczego każde z nas ma identyczną kartę dań z innymi cenami (galopująca inflacja? ksenofobia? lookizm? ageism?) - a tak naprawdę szukamy Naszego. I jak nie poczniemy omiatać przestrzeni przecudnych zapomnianą dawno urodą. Omiatamy i omiatamy, po sokolemu wytężonym wzrokiem, a tu figa w Cafe Tortoni. Nie to, żeby nie było śladów wszelakich: tablic, plakiet, dyplomów, rzeźb, portretów, szkiców piórkiem, węglem i guanem jest wypisz, wymaluj Borges; jest Gardel, jest mrowie suwenirów po najróżniejszej maści i proweniencji aforystach, szansonistach i poetessach - ale Naszego brak, brak ów zieje czeluścią zaniedbania tak karygodnego, że aż tak, ad hoc, chce się zmajstrować jakąś dajmy na to tabliczkę z imieniem i nazwiskiem - że: "On tu", nie tyle że: "On tu też", ale tak buńczucznie, choć zgodnie z naszym najgłębszym przekonaniem, że: "On tu przede wszystkim". Wszakże On tu tworzył, On siedział, On stał, On się przechadzał, myślał, wymyślał, wmyślał. Może w rogu? Może gdzieś centralnie? Być może pod lustrem - najprawdopodobniej przed lustrem - ale z pewnością On. Jesteśmy do tego stopnia po polsku rozgoryczeni, że aż chcemy desperacko prysnąć odpowiednie graffiti. A co?! Niech popamiętają! Lepiej późno niż wcale, se?oras y se?ores.

Aż tu nagle jest! Gdzieś w salce na zapleczu, ale nawet, nawet reprezentacyjnie. Nie w postaci statui, popiersia, plakiety, broszy czy foty. W pięknej formie, w formie odpowiedniej, w formie książki stoi na regale. "Gombrowicz w Argentynie".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2009