Po raz pierwszy w Polsce mamy okazję zobaczyć wystawę jego obrazów i prac na papierze. Włoch Giorgio Morandi przez wielu uznawany jest za jednego z najwybitniejszych malarzy ubiegłego wieku. Urodzony w 1890 r. w Bolonii artysta funkcjonował trochę na uboczu.
Niemal całe życie spędził w swoim rodzinnym mieście, mieszkając i tworząc w niewielkim mieszkaniu dzielonym z trzema siostrami. Niechętnie podróżował, najlepiej czując się w domu – toteż wystawę przygotowano we współpracy z bolońskim MAMbo – Museo d'Arte Moderna, posiadającym duży zbiór prac malarza.
W młodości Morandi interesował się futuryzmem, a na początku lat 20., pod wpływem Giorgia de Chirico, tworzył obrazy mieszczące się w nurcie la pittura metafisica – pozostając wierny sztuce dawnej. Fascynował się dziełami Piera della Francesca, Rembrandta, Jeana Chardina i Paula Cézanne’a.
Malował niewielkie obrazy: utrzymane w stonowanej kolorystyce pejzaże i martwe natury. I to z tych ostatnich – przedstawiających najprostsze, wręcz banalne przedmioty: butelki, rondle czy dzbanki – stał się znany.
Chwalił go wybitny historyk sztuki Roberto Longhi, a Józef Czapski przekonywał, że na płótno Morandiego trzeba patrzeć „jak na obraz w kaplicy”. Czy jego prace zachowały aktualność?
Na wystawie w Zachęcie nie ma tłumów. Nie doczekała się też wielu recenzji. Pozwala jednak zderzyć wreszcie wzniosłe słowa o wielkości mistrza z jego pracami: oszczędnymi, ascetycznymi. Okazuje się, że ważne dla Morandiego były nie tylko obrazy, ale sam proces ich tworzenia. Może zatem malarz z Bolonii jest nam bardziej współczesny, niż mogłoby się zdawać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















