Przejazd przez Pokrowsk, typowe górnicze miasto donieckiego zagłębia węglowego, nigdy nie należał do przyjemności. Dotąd jednak pomstowania kierowców dotyczyły dróg, miejscami wyjątkowo tutaj dziurawych. O jednym z mostów żartowano, że nie trzeba w mieście umocnień – starczy, że Rosjanom przyjdzie przeprawiać się przez te wertepy.
Teraz most, krótko po remoncie, leży zwalony precyzyjnym rosyjskim uderzeniem. Podobnie dwa inne. Paraliżują przejazd przez Pokrowsk, ogarnięty ponurą atmosferą zbliżającego się frontu.

Pokrowsk: strategiczna aglomeracja w Donbasie
Z oddali słychać wybuchy. Sam Pokrowsk – do niedawna 60-tysięczny, dziś pustoszejący – milczy. Jest po ósmej rano, trwa godzina policyjna (obowiązuje przez większość doby, od piętnastej do jedenastej następnego dnia). Na ulicach pusto. Poboczem przejeżdża odrapana łada, pracownicy służb porządkowych kręcą się po gruzowisku na miejscu, gdzie stał jeden z mostów.
Pył z ruin oblepia buty, gdy przechodzę na drugą stronę ulicy. Tam czeka biały bus ewakuacyjny, a w nim Sania i Slawik. Chłopaki z humanitarnej organizacji Dobra Sprawa zajmują się wywożeniem cywilów ze strefy frontowej. O takich jak oni mówi się: ewakuatorzy. To jeden z licznych neologizmów powstałych podczas tej wojny.
Mają ręce pełne roboty, odkąd Rosjanie posuwają się w stronę Pokrowska i pobliskich osiedli. Pokrowsk to strategicznie najważniejsza aglomeracja: zabezpiecza południowo-zachodnią część obwodu donieckiego.
Ewakuacja z Pokrowska pod obserwacją Rosjan
Wyjeżdżamy z miasta. Sania, trzydziestoparoletni, z szerokim uśmiechem sadowi się za kierownicą. Slawik, w średnim wieku i z nobliwym wąsem, popatruje na młodszego kolegę, gdy ten zaczyna beztroską pogawędkę.
– Potem opowiesz, teraz weź się rozglądaj – strofuje go i sam bacznie obserwuje horyzont. Okna auta są całkowicie otwarte, aby słychać było każde brzęczenie drona, gdyby się nad nami zjawił. – Oni już pół Lisiwki zajęli. Siedzą sobie obok, zaraz wylezą na trasę.
Lisiwka to jedna z ostatnich miejscowości, jakie stoją na rosyjskiej drodze do Pokrowska. Tego dnia ich wojska są w linii prostej 8 km od miasta.
– Widzisz tę hałdę z lewej? Jest już zajęta przez Rosjan – Sania wskazuje wielki pagór, wyrastający pośrodku horyzontu. Takie hałdy to typowy element krajobrazu Donbasu. – Śledzą z niej ruch w okolicy. Taka jest teraz wojna, że obie strony widzą niemal każdy swój ruch. I nas widzą też, doskonale. Oni wiedzą. Będą patrzeć, gdzie jedziemy. Jeśli zechcą, mogą w nas rąbnąć. Jesteśmy tu tylko dzięki ich dobrej woli, mogę tak powiedzieć. O, tabliczkę postawili. Uwaga, strefa działań bojowych. No nieźle.
– Patrz, płonie gdzieś w Sełydowem – Slawik wymienia pierwszą miejscowość z dzisiejszej listy.
Jesteśmy na drodze do centrum Sełydowego, kiedyś 20-tysięcznego miasteczka. Tu i na kilku innych odcinkach dzisiejszej trasy mijamy wraki samochodów tych, którzy nie jechali dość szybko, przynajmniej zdaniem Slawika. Choć przecież i my na dziurawej drodze musimy chwilami zwalniać do 20 km na godzinę, aby nie wylądować w rowie.

Sełydowe: „Ktoś rzucił na was zajawkę!”
– Komersanci zrywają nasze ogłoszenia o bezpłatnej ewakuacji. Sami oferują ludziom wywiezienie za duże pieniądze – tłumaczy Slawik z rolką taśmy klejącej w zębach. Przykleja ulotkę fundacji na przystanku, z którego od dawna nie odjeżdża już nic.
Komersant to określenie biznesmena, które teraz, w realiach wojny, nabrało nieco innego charakteru, zdecydowanie negatywnego. – Eh, a w czasie ewakuacji z Bachmutu numer ewakuacyjny wypisywaliśmy po prostu sprayem na ścianach. Nie dało się tego zerwać.
Ogłoszenia trafiają na kilka bram wjazdowych i przydrożny słup. Choć do sporej części Sełydowego nie dociera już internet, zdecydowani na ewakuację mieszkańcy nieraz wchodzą na położone wyżej budynki, żeby złowić zasięg.
– Ci, którzy chcą wyjechać, zrobią wszystko, żeby załapać się na ewakuację – Slawik przykleja ostatnie ogłoszenie. Sania pędzi pod jedyny adres w Sełydowem, jaki został podany dziś jako ewakuacyjna zajawka (może to być tzw. pinezka – adres zapisany w nawigacji i przesłany na telefon odbiorcy). Stuka w okno, wykrzykuje swoją formułkę: – Ktoś rzucił na was zajawkę, czy chce się pani ewakuować? Chyba wasi krewni ją rzucili, sprawdzę numer.
– Nie! – z mieszkania dobiega stanowczy kobiecy głos. – Nigdzie nie wyjeżdżam. W dodatku mam sparaliżowanego męża. Nie mamy gdzie się podziać.
Sania wzrusza ramionami. Wyjaśnia, że już wczoraj był pod tym adresem.
Dlaczego cywile zostają w okolicach Pokrowska
Wśród tych, którzy decydują się zostać, nie zważając na to, że ich miasteczka, osiedla i wsie za chwilę mogą zamienić się w ruinę, zmiecione z powierzchni ziemi przez artylerię i lotnictwo, przeważają ludzie starsi i z niepełnosprawnościami. Choć wolontariusze są gotowi ich wywieźć, spotykają się z odmową.
Od znalezienia się w samym środku strefy działań bojowych wielu miejscowych najwyraźniej bardziej przeraża perspektywa porzucenia rodzinnej miejscowości i życia gdzieś na obczyźnie, za niewielkie pieniądze z emerytury lub zasiłku. Czasem odmawiają nawet ci posiadający krewnych, którzy mogliby się nimi zaopiekować. Nie umieją opuścić domu.
Część zaś świadomie czeka na przyjście Rosjan – tych język wojny nazywa żdunami (od rosyjskiego słowa żdat’, czekać).
– Ta ulica to istny korytarz dla dronów kamikadze. A tu do niedawna pracował sklepik. No, dużo powiedziane, otwierał się, jak ktoś dowiózł jakiś towar – Sania wczuwa się w rolę przewodnika, gdy mkniemy przez opustoszałe centrum. Wiatr przerzuca pierwsze jesienne liście między „smoczymi zębami”, betonowymi zaporami przeciwpancernymi, których rzędy zamykają ulice. – A o tym parku po lewej to wszyscy mówią, że zajęty już przez Rosjan. Ja tam nie wiem, ale przejeżdżaliśmy przez niego ostatnio, kiedy jechaliśmy za zajawką.
Hirnyk: donieckie miasteczko na granicy frontu
Na południowy wschód od Sełydowego leżą Ukraińsk i Hirnyk, nieduże górnicze osiedla-miasteczka. Pierwsze, teraz niemal całkowicie kontrolowane przez Rosjan, pojawiło się w ukraińskim internecie za sprawą nagranego przez wolontariusza spotkania z rosyjskim żołnierzem. Ten nie sprawił problemów, pozwolił dalej prowadzić ewakuację cywilów.
– Wszystkim się poszczęściło. I tym wolontariuszom, że żyją, i żołnierzowi, że nie było Ukraińców w okolicy – komentuje Sania. – On szedł jak jakiś Rambo, sam z automatem tylko i bez kamizelki.
Hirnyk, przed inwazją 10-tysięczne miasteczko, to kolejny nasz cel tego dnia. Jego skraj znajduje się już na terenie tzw. szarej strefy – terenu, którego nie kontroluje żadna ze stron.
Kulawy traf chciał, że zajawka to adres właśnie w tej okolicy. Chłopaki nie chcą wpakować się w taką sytuację, jaka miała miejsce w Ukraińsku. Slawik dzwoni do starszego człowieka, który na nas czeka. Pyta, czy jest w stanie przejść pieszo przynajmniej do skrzyżowania. – Mam dużo ciężkich bagaży – pada odpowiedź. – Proszę, przyjedźcie. Zabierzcie mnie stąd.
Głos należy do Jury, wysuszonego górnika tuż przed emeryturą. Oparty o laskę, czeka na krawężniku przed niskim blokiem. Do końca pracował w miejscowej kopalni węgla, aż do dnia jej zamknięcia. W ostatnim momencie zdecydował się na wyjazd z Hirnyka – 300 km stąd na zachód, w spokojnej wiosce w obwodzie dniepropietrowskim, czeka na niego rodzina.

Luba nie ucieknie przed frontem
Jurę odprowadza sąsiadka, Luba. Kobieta nerwowo kręci się między naszym busem a klatką schodową. Potyka się o kotka, który łakomie połyka garść karmy wysypanej na asfalt przez Sanię.
Czy chce się ewakuować? – Chciałabym, ale nie zostawię syna – odpowiada. – On nie pojedzie. Jest niepełnosprawny... – wzrok Luby ucieka w stronę okna na drugim piętrze.
– Igor ma czterdziestkę, a od dziesięciu lat nie wychodzi z domu. Nigdy go nie widziałem na oczy – Jura ćmi papierosa. Ze stoickiego spokoju nie wyrywa go nawet dron, który zawisł nad busem. Drugi w ciągu kwadransa. Na niebie odcina się drobna sylwetka, to dron zwiadowczy. Uderzeniowy odznaczałby się wyraźnym kadłubkiem zawierającym materiał wybuchowy.
Jura pali dalej, jakby nigdy nic: – Nikt go, prawdę mówiąc, nie widział. Nie wychodzi nawet na balkon, nie staje w oknie. Luba mówi, że tylko leży na wznak jak trup. Ale słychać go i to całkiem nieźle. Krzyczy na matkę, wyzywa ją.
– Powiedziałam. Nie ruszam się bez syna. A z nim nie dacie rady porozmawiać. Zostawcie mnie...
Lecz wolontariusze nie dają za wygraną, Luba się waha. – Widziałam, co się dzieje z ludźmi, którzy nie chcą wyjeżdżać... – wskazuje na dymiące wciąż szczątki domu, który sąsiadował z jej blokiem. Tak wygląda już wiele budynków w Hirnyku.
– Ci sąsiedzi odmówili ewakuacji. Następnego dnia ich ostrzelali. To Ukraińcy ich ostrzelali, bo oni nie chcieli stąd wyjeżdżać! – Luba zalewa się płaczem. Jura wzdycha.

Za nami pozostaje narastający pogłos artylerii
Drogą biegnie kilku żołnierzy w pełnym uzbrojeniu. Ich już rosyjski dron zwiadowczy by nie zignorował. Stąd przemieszczają się szybko, skaczą pomiędzy piwnicami.
Więcej ukraińskich żołnierzy w Hirnyku nie widać. Dopiero na drodze wyjazdowej w stronę Kurachowego mija nas obryzgany błotem samochód terenowy.
– Też się ewakuują – mruczy Sania na widok pięciu żołnierzy, którzy kulą się na pace pick-upa.
– Weź trzymaj się od nich na dystans – rzuca Slawik, ale wóz sam się oddala. – Szybko pędzą, chyba z rotacji.
Z tyłu za nami zostają Hirnyk, Luba z synem oraz narastający pogłos artylerii.
Tekst powstał dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















