Francuskie media trąbią o kryzysie czytelnictwa. Narodowe Centrum Książki opublikowało badanie, z którego wynika, że Francuzi czytają coraz mniej, a czas wyrwany Proustowi oddają platformom streamingowym. Tylko 63 proc. Francuzów przeczytało w zeszłym roku co najmniej 5 książek (sic!), a czas na codzienną lekturę spadł do poziomu najniższego od niemal dekady. Statystyczny Francuz czyta 3 godziny 40 minut tygodniowo. Czyli tyle, ile codziennie poświęca na rozrywkę w internecie.
Niewątpliwie jest gorzej, ale z perspektywy Polski wydaje się, że nadal jest bardzo dobrze. Zamiast komentować słupki i cyferki, opowiem więc, co widzę. Oczywiście nie bez znaczenia jest, skąd patrzę. Jestem w stolicy, która w mocno scentralizowanej Francji podbija wszystkie statystyki. Inna rzecz, że mieszkałam też na uboższych, północnych przedmieściach, gdzie w imię wyrównywania szans mediateki dotowane są szczodrzej niż stołeczne. Jak wiemy z lektur Annie Ernaux czy Édouarda Louisa, erudycja jest we Francji drabiną do awansu społecznego.
Bogactwo bibliotek
Paryż jest rajem dla czytelniczek i czytelników. Jeśli ktoś lubi czytać, to naprawdę ogranicza go tylko czas. W mieście działa sieć 57 bibliotek miejskich i 15 bibliotek specjalistycznych. Jedna karta upoważnia do korzystania ze wszystkich, a centralny katalog ułatwia zlokalizowanie konkretnej pozycji, którą można zarezerwować przez internet.
Biblioteki regularnie kupują świeżutkie nowości, które, żeby sprawiedliwie obdzielić niecierpliwych, wypożyczane są na tydzień. W bogatych księgozbiorach można znaleźć też pozycje obcojęzyczne (głównie angielskie, ale też hiszpańskie, niemieckie, arabskie, w jednej filii nawet polskie), książki z dużą czcionką dla słabowidzących i audiobooki. Państwo dba o to, żeby dało się być oczytanym i na bieżąco, nie wydając na to ani grosza.
Książki w budżecie
Mimo wszystko większość czytelniczek i czytelników nadal kupuje książki. Motywacji jest wiele: fetyszyzm, chęć wsparcia autora, niecierpliwość, przyzwyczajenie wyniesione z domu. Do dziś pamiętam, jak mój chłopak, architekt, wrócił kiedyś ze spotkania w mieszkaniu klienta i nie mógł się nadziwić – ponad sto metrów kwadratowych i ani jednej książki! Oczywiście ze względów lokalowych nie każdy może zgromadzić bibliotekę, ale ja jeszcze nie widziałam tu mieszkania, nawet mikrokawalerki, gdzie nie byłoby chociaż półeczki z książkami.
Argument „nie stać mnie” nie działa, bo popularne wydania kieszonkowe to 8 euro z groszami, czyli mniej niż kawa i rogalik. Można kupować książki, zamiast jeść ciastka. Młodzież od 15. do 18. roku życia dostaje dodatkową zachętę w postaci tak zwanego pass culture, czyli talonu do wykorzystania na dobra kulturalne: kino, teatr, muzea czy właśnie zakup książek (najpierw drobne kwoty, a potem 300 euro na wejście w dorosłość).
Ceny książek przystępne i regulowane
Wydania kieszonkowe ukazują się zwykle po roku od wydania formatowego – oczywiście dotyczy to głównie pozycji, które dobrze się sprzedały i dalej nieźle rokują. Zarówno tzw. kieszonkówki, jak i książki w dużym formacie mają ustandaryzowaną cenę: ustaloną przez wydawcę i, pod rygorem prawa, również przez niego respektowaną.
Ustawa o jednolitej cenie książki jest kategoryczna: „Niezależnie od sieci dystrybucji (księgarnia, supermarket, sprzedaż online, punkt sprzedaży na dworcu kolejowym itp.) sprzedawca detaliczny nie może zmieniać ceny ustalonej przez wydawcę lub importera. Jakakolwiek podwyżka lub obniżka ceny jest surowo wzbroniona. Reguła ta stosuje się również do samego wydawcy, gdy sprzedaje swoje książki bezpośrednio konsumentowi końcowemu”.
Do dziś się rumienię na myśl o własnym faux pas: kiedyś, na spotkaniu autorskim, zapytałam, czy premierową książkę można nabyć z rabatem, bo podobne praktyki pamiętałam z Polski. Zapadła niezręczna cisza, a potem usłyszałam, że niestety wszędzie i zawsze obowiązuje cena okładkowa.
Francuski księgarz pod parasolem
Oczywiście pisząc o sprzedaży książek, nie można nie wspomnieć o słoniu, jakim jest Amazon. Co prawda ceny nowych książek obniżać nie może, ale konkuruje wygodą, bo dostawa jest szybka i tania. A raczej była, bo żeby chronić niezależne księgarnie, które w czasie pandemii przegrywały z gigantem, w 2023 r. rząd wprowadził minimalny koszt wysyłki w wysokości 3 euro. I nawet leniwym opłaca się już pofatygować do księgarni.
Zwłaszcza że naprawdę warto, bo paryskie librairies to żywa ilustracja tego, że książka nie jest tylko towarem, a księgarz to zawód z powołaniem. W księgarniach regularnie odbywają się wieczorne spotkania z autorami oraz nieformalne dysputy o książkach, sesje biblioterapii i poradnictwa książkowego. Często mam wrażenie, że księgarz przeczytał wszystkie książki w swoim rewirze – a przynajmniej sążnistą recenzję i słynne dzieło Pierre’a Bayarda o tym, jak błyskotliwie mówić o książkach, których się nie zna.
Uwielbiam odręcznie wypisane karteluszki z recenzjami personelu, które przyczepia się do książek – ufam im bardziej niż celebryckim blurbom. No i nic mnie tak nie ujmuje jak to, gdy ktoś opowiada o „swoim księgarzu” (mon libraire), tak jak mówi się o swoim lekarzu czy fryzjerze. Relacja jest wieloletnia i oparta na wzajemnym zaufaniu. Ja wiem, że mi dobrze doradzisz, a ty wiesz, że wysłuchawszy rady, nie pójdę do Jeffa Bezosa.
Kłótnie o literaturę francuską
Podobnym zaufaniem cieszą się krytycy, których nikt nie posądza tu o konszachty z wydawcami. Albo o obniżanie standardów w ramach promocji czytelnictwa. We Francji o książki można się kłócić, czego najlepszym przykładem jest kultowa audycja „Le Masque et la Plume”, gdzie recenzenci z pazurem i swadą spierają się o książki (program poświęcony jest na zmianę literaturze, filmowi i teatrowi).
Oczywiście jest też program telewizyjny „La Grande Librarie”, następca kultowych „Apostrophes” Bernarda Pivota (1975-1990). Nadawany w najlepszym czasie antenowym, czyli po kolacji, gromadzi prawie pół miliona ludzi. Tu mowa o wielkiej literaturze, ale, o czym wielokrotnie się przekonałam, w dyskusjach nie ma snobizmu – prestiżowa rozgłośnia France Culture nadaje audycje o kryminałach, dużym powodzeniem cieszy się też komiks.
Zapewne idealizuję. Bo Francuzi też czytają mniej, bo w metrze coraz więcej TikToka, a coraz mniej Balzaka, bo rynek książki przejmuje prawicowy oligarcha Vincent Bolloré. Owszem, pojawiają się niepokojące objawy. Ale pacjent nadal jest w stanie dobrym i pod doskonałą opieką. Z medialnej dyskusji jasno bowiem wynika, że państwo nie zostawia go samego i chroni przed dzikim kapitalizmem.

W piątek 12 kwietnia, mimo bardzo napiętego kalendarza, Emmanuel Macron znalazł czas na odwiedzenie paryskich targów książki. W reakcji na niepokojący barometr czytelnictwa mówił o konieczności systematycznej lektury i rozwijania „uzależnienia od czytania u młodych”. Więcej książek w szkołach i bibliotekach, dobre wzorce u dorosłych.
Sam słynie z tego, że dużo czyta, a w jego przemówieniach nie brak aluzji literackich. Snobizm? Możliwe, ale chyba zdrowszy niż to, co prezentuje Donald Trump, który – jak z niedowierzaniem powtarzają wciąż tutejsze media – nie czyta ponoć absolutnie nic.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















