Reklama

Fenomen wielkopolskości

Fenomen wielkopolskości

16.12.2008
Czyta się kilka minut
Historyk dr PRZEMYSŁAW MATUSIK: Uformowana w XIX w. specyfika Wielkopolski była odpowiedzią na ciążący nad Polakami kompleks klęski. Poznański punkt widzenia, obejmujący zwolenników postępu i konserwatystów, naznaczony był świadomością, że musimy się zmieniać, by sprostać warunkom zmieniającego się świata. Ale zachowując tradycyjne wartości.
A

Anna Gruszecka: "Legenda lubi stwarzać pięknych bohaterów-wodzów, ale my, Wielkopolanie, nie mieliśmy w naszym powstaniu ani legend, ani wodzów. Natomiast istniał wtedy zbiorowy duch całego niemal społeczeństwa i stanowił wtedy wyjątkową potęgę: jedynym, twórczym bohaterem powstania była bezimienna masa" - tak pisał kilkadziesiąt lat po Powstaniu Wielkopolskim Arkady Fiedler, sam powstaniec i przedstawiciel młodej generacji, która wbrew starszym rwała się do walki. Czy Polakom w Wielkopolsce udało się przetrwać i odzyskać wolność w wyniku walki bez wodzów?

Dr Przemysław Matusik: Pięknych bohaterów-wodzów, jak książę Poniatowski czy komendant Piłsudski w "siwym strzelca stroju", rzeczywiście nam brakowało. Może dlatego, że Powstanie Wielkopolskie trwało krótko, niespełna dwa miesiące, i jakby zabrakło czasu na wyłonienie postaci-legend. Jednak nie powinniśmy do końca wierzyć patosowi Fiedlera, gdy mówi o "bezimiennej masie", trochę w zgodzie z lansowaną już w latach 30., a następnie i w PRL-u tendencją do marginalizowania "niesłusznego" politycznie przywództwa powstania. Tymczasem do boju w grudniu 1918 r. stanęła nie jakaś bohaterska i amorficzna "masa", ale zorganizowane społeczeństwo, posiadające swą przywódczą elitę.

Przywódców powstania możemy określić mianem pokolenia Kulturkampfu, bo w większości przyszli na świat w latach 70. XIX w. Od dzieciństwa formowało ich doświadczenie najpierw ostrej walki władzy z Kościołem katolickim, co w Poznańskiem miało wymiar antypolski, a następnie od połowy lat 80. coraz drastyczniejszych posunięć germanizacyjnych. W tym czasie rolę przywódczą w Poznańskiem traci ziemiaństwo, przegrywające walkę o ziemię, a jego miejsce zajmuje nowa inteligencka elita. Brakowało wśród niej najliczniejszej zwykle grupy, urzędników, bo już od lat 30. XIX w. dostęp do zawodów urzędniczych był dla Polaków zamknięty. Wielkopolscy inteligenci to zatem przedstawiciele wolnych zawodów: adwokaci, lekarze i dziennikarze oraz liczne grupy nauczycieli szkół ludowych i duchownych. Szczególnie ci ostatni mieli odegrać w ruchu polskim nader istotną rolę.

Prusacy ukręcili na siebie bicz: prześladując Kościół, wzmocnili pozycję księży?

Od początku protestancki charakter państwa pruskiego stawiał Kościół katolicki w szczególnej sytuacji, zwłaszcza w Wielkim Księstwie Poznańskim, gdzie tradycja kościelna była związana z polską tradycją państwową i narodową, inaczej niż np. na Śląsku. Zarazem świadomość polskiego chłopa określało w XIX w. poczucie przynależności do wspólnoty lokalnej, parafii czy gminy, oraz do wspólnoty wyznaniowej. Dlatego takie znaczenie miała polityka Kulturkampfu, która wyostrzyła przeciwieństwo między państwem a katolickimi masami. Odtąd wśród rzesz polskiej ludności narasta przekonanie, że państwo, w którym żyją, jest obce. Zwalcza nas dlatego, że jesteśmy inni, jesteśmy katolikami. A z czasem dochodziła kolejna refleksja: zwalcza nas, bo jesteśmy Polakami.

To sprzyjało umocnieniu społecznej pozycji duchownych, którzy odegrali ogromną rolę w formowaniu świadomości narodowej i unowocześnieniu polskiego społeczeństwa. Księża byli tu menedżerami; nie tylko mobilizowali do działania, ale stawali na czele spółek i banków. Była to rola społecznie akceptowana: jedna z parafii skierowała podobno do kurii prośbę, by nowy proboszcz znał się na bankowości. Odpowiedziano, że Kościół święci księży, a nie dyrektorów banków. Niemcy analizowali polską działalność bankową i pracę polskich spółek, bo choć Polacy inspirowali się niemieckimi rozwiązaniami, robili to lepiej.

Chłopi, którzy w 1918 r. stanęli do walki, zostali wychowani na Polaków przez księży katolickich?

W dużej mierze tak. Ale nie tylko i nie przede wszystkim chłopi. Powstanie Wielkopolskie było głównie fenomenem miejskim. Choć ponad połowa Poznańczyków żyła na wsi, to wśród walczących 75 proc. pochodziło z miast, gdzie świadomość narodowa formowała się szybciej. Wiązało się to ze zmianami zachodzącymi tu na przełomie XIX i XX w., gdy z powodu boomu demograficznego spora liczba ludności osiedliła się w miastach. Dało to częściowe spolszczenie miasteczek wielkopolskich, dotąd zdominowanych przez Niemców i w mniejszym stopniu Żydów. Także i tu naturalnym liderem był miejscowy proboszcz.

Ma to związek z ogólnoeuropejskimi zjawiskami, które obserwujemy w XIX w., niesłusznie uchodzącym za wiek postępującej laicyzacji. Tymczasem obok niej mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, co w niemieckiej historiografii określa się nawet mianem rekonfesjonalizacji. W XIX w. po raz pierwszy znakomita większość ludności trafiła do szkoły, podlegając tym samym systematycznej edukacji religijnej, czego dotąd nie było.

W Wielkim Księstwie Poznańskim przymus szkolny funkcjonuje od 1825 r. i pod koniec XIX w. w zasadzie wszyscy umieją czytać i pisać, co wyróżnia nas na tle innych zaborów. To dawało możliwość szukania innych metod religijnego oddziaływania, czego wyrazem był fenomen "Przewodnika Katolickiego". Ten tygodnik, wydawany od 1895 r. i adresowany do masowego odbiorcy, szybko osiągnął niebywałe jak na Wielkopolskę 60-, 70-tysięczne nakłady, większe niż łączne nakłady wszystkich polskich dzienników wychodzących wtedy w Poznaniu.

Wielkopolanin to zatem z jednej strony katolik, a z drugiej Polak, czyli zwolennik Narodowej Demokracji?

Narodowa Demokracja zdobyła w Wielkopolsce rzeczywiście sporą popularność. Był to bowiem region rolniczy, pozbawiony większego przemysłu i wielkich skupisk robotniczych. Wśród polskiej ludności miejskiej dominowało drobnomieszczaństwo, parające się rzemiosłem i drobnym handlem. Szczególnie dobrze trafiała do niej argumentacja solidarystyczna i narodowa, a nie klasowa, nie mówiąc już o antyklerykalizmie rozmaitych "kręgów postępowych".

Największym bowiem problemem Poznańczyków była z jednej strony niemiecka konkurencja - nieuczciwa, bo wspierana przez państwo - a z drugiej bieżące szykany, dotykające ich jako Polaków. Nie szczędziły tego władze pruskie i spora część niemieckich sąsiadów, traktujących Polaków z poczuciem wyższości. Widać to na przykładzie niemieckich powieści kresowych (Ostmarkenromane). Wyszło ich kilkadziesiąt. Polak w nich to nieudacznik, pijak, nierób, osobnik moralnie zdeprawowany. W jednej umierający polski hrabia mówi synowi: "Pamiętaj, na zarządcę nie bierz nigdy Polaka. Polak może być twoim lokajem czy woźnicą, zarządcą - zawsze Niemiec".

Dlatego ruch socjalistyczny miał tu charakter śladowy, a aktywni Wielkopolanie uczestniczyli głównie w ruchu narodowym czy działaniach chrześcijańsko-społecznych.

Społeczeństwo wielkopolskie funkcjonuje jako jeden organizm pod wpływem Kościoła katolickiego i przedstawicieli Narodowej Demokracji?

Na tę kwestię możemy spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Z jednej strony byłby to organizm ułomny, pozbawiony ważnych społecznych segmentów, szczególnie w obrębie elit (brak kadry urzędniczej, administracyjnej). Z drugiej jednak strony społeczeństwo wielkopolskie tworzyło zwartą całość: organiczną i zorganizowaną hierarchicznie. Każdy znał w niej swoje miejsce. Kilkudziesięcioletnia aktywność całego systemu organizacji uczyła wszystkich, kto w danym środowisku lokalnym jest co wart: kto jest aktywny, kto jest naturalnym przywódcą. To okazało się zbawienne w 1918 r., bo wszyscy - zarówno na szczeblu poznańskim, jak i w miasteczkach i wsiach - doskonale się znali i wiedzieli, kto do czego się nadaje.

Wielkopolanie chyba już w XIX w. przećwiczyli, jak się działa w organizacjach pozarządowych?

Tak, przećwiczyli organizacje pozarządowe, które tu miały również charakter antyrządowy. Ale ta samoorganizacja jest wówczas zjawiskiem ogólnoeuropejskim, wymusza ją formująca się nowa cywilizacja, wyzwalająca jednostkę z rozmaitych ograniczeń, ale i pozostawiająca ją samej sobie. To wyzwalało energię społeczną i organizacyjną nie tylko w celu walki o swoje interesy, ale też dla realizacji choćby potrzeb kulturalnych. Przykładem wspaniały rozwój ruchu chóralnego czy muzycznego w Niemczech, a także w ówczesnej Wielkopolsce. Tu powiela się zachodnioeuropejski wzorzec funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa, wyrażający się w aktywności licznych i różnorodnych organizacji celowych.

To organizowanie się jest modelem europejskim, ale nie polskim, gdy patrzymy na inne zabory.

Na ziemiach zaboru rosyjskiego wszystko było zakazane. Po 1905 r., gdy następuje rozluźnienie reżimu, pojawia się erupcja polskiej aktywności. Być może wszyscy Polacy byliby tacy, gdyby tylko mieli po temu okazję.

Ale nie mieli, więc rodacy traktowali ich jako innych, dziwaków. Pisał o tym Witold Hulewicz, przypominając, jak Kazimierz Brodziński nazwał Wielkopolskę "Beocją", w której myśli się jedynie o sprawach materialnych, o gospodarce i bogaceniu się. Sam Hulewicz twierdził, iż rok 1918 dowiódł, że gdyby porównywać polskie dzielnice do Grecji, to Wielkopolska jest tą twardą, nieustępliwą, patriotyczną Spartą.

Takie inne traktowanie wynika z faktu, że Wielkopolanie czują (w większym stopniu niż Galicjanie), iż są w mniejszości - większość Polaków formują doświadczenia rosyjskiej opresji. Wielkopolanie są inni, ale jak określić tę inność? Najprostszym sposobem, wytrychem do zrozumienia tego fenomenu było wpisanie ich w kalkę niemieckości. Np. w latach 40. XIX w. widzi się ich przez pryzmat ówczesnego stereotypu Niemca-filozofa. Gdy Mickiewicz czy Słowacki mówią o Poznaniakach, mówią kąśliwie o poznańskich Heglach, bo rzeczywiście heglizm był ówcześnie wśród naszych elit popularny. Jednocześnie brak uniwersytetu w Poznaniu nie pozwolił na uformowanie tu silnego środowiska intelektualnego czy kulturalnego, które narzuciłoby - jak te w Krakowie i Lwowie (przy rozumieniu wszelkich proporcji) - własny obraz tej dzielnicy. To także jest elementem owej "spartańskości" Poznańskiego, tak podkreślanej przez Hulewicza: organizacja, patriotyzm i męstwo, ale bez ateńskiego blasku.

Do tego dodałbym swoiście poznański demokratyzm, wynikający zarówno ze słabości polskich elit, jak i z niemieckiego nacisku, który zmuszał społeczeństwo, by trzymało się razem. Poznańskie elity nie mogły pozwolić sobie na izolację. Politycznie mogły mieć znaczenie, jedynie czując za sobą poparcie mas.

Tu również szybciej niż gdzie indziej do elit dołączają ludzie pochodzenia plebejskiego. Już w latach 30. XIX w. niekwestionowanym przywódcą społeczności polskiej jest dr Karol Marcinkowski, syn karczmarza; a na przełomie XIX i XX w. najbardziej monumentalna postać ruchu polskiego to chłopski syn ks. Piotr Wawrzyniak, patron Związku Spółek Zarobkowych.

Ta krótkość dystansu społecznego stoi w opozycji do ostrzejszych podziałów w społeczeństwie zaboru rosyjskiego czy "arystokratycznej" Galicji.

To chyba paradoks: i hierarchizacja, i demokratyzacja.

Oba zjawiska się nie wykluczają: hierarchizacja, bo wiadomo, kto jest na czele; demokratyzacja, bo świadomi dążymy do niwelowania społecznych różnic. W 1841 r. otwarto w Poznaniu z inicjatywy Karola Marcinkowskiego hotel "Bazar" - sfinansowane przez naszych ziemian centrum życia polskiego w Poznańskiem. Ponieważ "Bazar" miał m.in. służyć integracji społecznej, więc - jak wspomina kronikarz ówczesnego Poznania Marceli Motty - na jeden z bazarowych balów w latach 40. zaproszono mieszkańców podmiejskich wsi. Powstała sytuacja znana nam z "Wesela" Wyspiańskiego: starcie różnych sfer. I choć integracja poznańskich ziemian, mieszczan i chłopów zupełnie wówczas nie wyszła, to przecież do takiego spotkania mogło dojść tylko w ówczesnym Poznaniu. W Krakowie czy Warszawie taka sytuacja byłaby chyba nie do pomyślenia.

Czynnikiem zmniejszającym dystans społeczny była wspominana powszechna edukacja, a także zainicjowane już w 1823 r. (40 lat wcześniej niż w Królestwie Polskim) uwłaszczenie chłopów. Dzięki temu Wielkopolanie już w lata 40. XIX w. wchodzą z mniejszymi przeciwieństwami między dworem, wsią a plebanią niż na pozostałych ziemiach polskich. Wyraźnie było to widać w wydarzeniach roku 1848.

Jakieś różnice jednak są, a chłopi podporządkowują się autorytetowi księży i ziemian.

To zrozumiałe, że dla ludności chłopskiej, nieufnie przyjmującej nowinki z miasta, miejscowy właściciel ziemski czy proboszcz byli nadal autorytetami. Chłopi łatwiej więc akceptowali zmiany, jeśli za nimi stało ich zdanie. Przykładem ziemianina, który całe życie poświęcił dla podnoszenia poziomu kultury rolnej polskiej wsi, był Maksymilian Jackowski, patron poznańskich kółek rolniczych, które zaczęły się szybko rozwijać od lat 60. XIX w. Jackowski łączył kształtowanie nowoczesnej kultury rolnej na wsi z pielęgnowaniem tradycyjnych wartości religijnych i formowaniem świadomości narodowej wśród chłopstwa. Co roku w Poznaniu odbywały się w hotelu "Bazar" zjazdy kółek rolniczych. Gdy w 1875 r. powstał w Poznaniu Teatr Polski - zresztą zbudowany ze składek Polaków ze wszystkich zaborów, co dokumentuje napis na frontonie "Naród sobie" - stałym punktem zjazdów było uczestnictwo w spektaklu. Chłopscy delegaci, wyłonieni przez lokalne społeczności, szli wieczorem hurmem do Teatru Polskiego na polskie przedstawienie.

Co stanowi zatem o fenomenie Wielkopolski u progu powstania? Nowoczesna gospodarka i otwarcie na zmiany w połączeniu z wiarą w tradycyjne wartości?

Na uformowanie wielkopolskiej specyfiki złożyło się kilka czynników. Po pierwsze, dzielnica ta pozostała krajem rolniczym, nie miały tu miejsca gwałtowne procesy dezintegrujące więzi społeczne. Miasta, które rozwinęły się w szybszym tempie w końcu XIX w., rosły bez gwałtownej urbanizacyjnej eksplozji. Sprzyjało to zachowywaniu tradycyjnych wartości.

Do tego Wielkopolanie zostali skonfrontowani ze świadomie modernizującym się państwem pruskim, które we wprowadzaniu nowoczesnej cywilizacji chciało widzieć sposób na germanizację Polaków. Wynikało to z przekonania, że skoro Polacy (jako Słowianie) są niżsi kulturowo od Niemców, to obdarzeni przez nich dobrodziejstwem wyższej (niemieckiej) cywilizacji nawrócą się na niemieckość. Skądinąd Prusacy niespecjalnie inwestowali w Wielkopolskę, ale dzielnica rozwijała się nolens volens w ramach rozwijającego się państwa pruskiego. Wprowadzało tu ono nowoczesną organizację państwową, system prawny, nowoczesną infrastrukturę komunikacyjną i miejską. Wpływało to także na charakter polskiego społeczeństwa.

Swoją rolę odegrała również wielka emigracja zarobkowa w końcu XIX w.; niektórzy podają, że przed I wojną światową na zachodzie Niemiec przebywało nawet 500 tys. polskich robotników. Np. w Westfalii tysiące Poznańczyków widziało lepsze życie, wyższy poziom cywilizacyjny, uczyło się nowocześniejszych zachowań i cywilizacji miejskiej. Wielu uczyło to też polskości: w obcym środowisku odkrywali, że są nie tylko mieszkańcami Świerczewa, Rydzyny czy Szamotuł, ale że są Polakami. To przekonanie wzmacniał ich katolicyzm i uczestnictwo w rozwijającym się bujnie na wychodźstwie życiu polskich organizacji. A ich centrum był Poznań, tu mieściły się zarządy sporej części organizacji działających w skali całego państwa niemieckiego. Na Poznań więc zwracały się oczy wszystkich Polaków żyjących pod rządami niemieckimi. To była ich stolica, symbol polskiej przeszłości i teraźniejszości.

Czyli to dzięki Niemcom zwyciężyliśmy w powstaniu przeciw Niemcom, bo zmusili nas do wysiłku i rozwoju, organizacji, samoorganizacji i współdziałania?

Jestem zwolennikiem tezy, że w historii nie ma determinizmu. Wprawdzie pruskie państwo skierowało nas na drogę modernizacji, ale przecież wcale nie musieliśmy nią podążać. Nasi zaborcy mieli zresztą coraz mniej chęci, by nas cywilizować, a coraz więcej, by nas marginalizować, zamykając w jakiejś społecznej niszy. Z kolei podjęcie rzuconej nam rękawicy niekoniecznie musiało się zakończyć sukcesem.

Zasługa więc Niemców polegała na tym, że ich państwo było państwem nastawionym na modernizację, która obejmowała tak czy owak ziemie zaboru pruskiego. A zasługą Polaków było aktywne włączenie się w ten proces, co wynikało ze zrozumienia, że trzeba się zmienić razem ze zmieniającym się światem. Było to poniekąd zgodne z maksymą Lampedusy: "Wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu", co widać już w pierwszych tekstach organicznikowskich z lat 30. XIX w.

Znamienne, że nie powstało tu wówczas żadne środowisko, które można określić mianem reakcyjnego, a więc starające się bronić za wszelką cenę wszystkich starych struktur, stylów życia, obyczajów. Poznański punkt widzenia, obejmujący i zwolenników postępu, i konserwatystów, naznaczony był już wtedy świadomością, że to my musimy coś zrobić, by sprostać nowym warunkom zmieniającego się świata. Przejawem takiego myślenia była choćby inicjatywa Karola Marcinkowskiego, ojca poznańskich robót organicznych. Stworzył on organizację stypendialną, mającą pomóc w wykrystalizowaniu się polskiego stanu trzeciego: inteligencji i mieszczaństwa, których u nas dramatycznie brakowało.

Marcinkowski zobaczył we Francji, a szczególnie w Anglii, że te warstwy są solą współczesnej cywilizacji. Wielkopolska była rolnicza, ale organicznicy wiedzieli, że tak nie będzie zawsze, więc wybiegli naprzód i sformułowali strategię dostosowania się do nowej sytuacji. Bez Towarzystwa Naukowej Pomocy nie byłoby nowych elit, które stanęły na czele społeczeństwa polskiego na przełomie XIX i XX w. A TNP mogło rozwinąć swą działalność dzięki hojnym datkom, które płynęły ze strony wielkopolskiego ziemiaństwa i proboszczów.

Znów dochodzimy do wniosku, że tu wszyscy ze sobą współdziałają, nawet w cudzym interesie. To z poczucia obowiązku?

Tak, ale także z poczucia, że jeśli nie będzie jedności, to przegramy. To wyraz głębokiego kompleksu klęski, który ciążył nad Polakami w XIX w., kompleksu rozbicia i polskiej anarchii. Prócz tego nacisk pruski pokazywał, że oni nas wszystkich traktują przede wszystkim jako Polaków. A to ograniczało pole manewru, nie pozwalając na eksponowanie podziałów i różnic: jesteśmy mniejszością i jeśli chcemy bronić swego, musimy to robić w jedności. Tego trzymano się przez całe dziesięciolecia.?h

Dr PRZEMYSŁAW MATUSIK jest adiunktem w Zakładzie Historii Polski XIX i XX w. w Instytucie Historii UAM w Poznaniu. Zajmuje się historią idei, Kościoła i przemian społeczno--kulturowych w XIX w., ze szczególnym uwzględnieniem Wielkopolski. Wydał m.in. "Religię i naród: życie i myśl Jana Koźmiana 1814-1877" (1998). Przygotowuje książkę "Kościół a modernizacja. Stosunek poznańskich elit katolickich do przemian cywilizacyjnych XIX wieku (1836-1871)".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]