Reklama

Dyplomata

Dyplomata

15.02.2007
Czyta się kilka minut
Kiedy mnie poproszono, abym napisał kilka słów o Władysławie Bartoszewskim jako dyplomacie - i pochopnie wyraziłem, ucieszony, zgodę - tuż po odłożeniu słuchawki zrozumiałem, że popełniłem nieodwracalny błąd.
Minister wolnej już Polski i kanclerz Niemiec
B

Błąd polega na tym, że wydawało mi się, odruchowo i nie do końca świadomie, że skoro byłem dwukrotnie podwładnym ministra Bartoszewskiego i skoro czuję się od lat zaszczycony Jego przyjaźnią, w takim razie wiem, co napisać.

Otóż nie wiem, co i jak napisać.

Żeby samemu sobie wyjaśnić powody niemocy, wymyśliłem, że pytanie dotyczy nie Bartoszewskiego, lecz na przykład Leonarda da Vinci lub Edisona, a ja mam opisać jeden z ich wielkich talentów - pomijając pozostałe, bez których ów opisywany będzie nie tylko przedstawiony niepełnie, ale w istocie próba będzie skazana na fiasko.

Powiem zatem przede wszystkim tak: wszystko jedno, czy zapytamy o Bartoszewskiego jako dyplomatę, historyka, czy o jakąkolwiek inną Jego właściwość, a Jubilat jest jak Światowid i tyleż ma obliczy i zainteresowań, którym się aktywnie poświęca - wszystko jedno, bo zawsze wyjdzie nam jeden nadtytuł, a mianowicie Bartoszewski jako człowiek.

I to jest klucz: Bartoszewski nie jest inny jako dyplomata, a inny - jako historyk Warszawy czy wojny. Nie jest inny, kiedy mówi o pojednaniu polsko-niemieckim czy polsko-żydowskim. Nie jest inny, gdy nie odpowiada na pytania śledczych na Rakowieckiej, a inny - gdy odpowiada na pytania na spotkaniach autorskich.

Bartoszewski jest bowiem rzadko spotykaną jednością, która nie tylko jest niepodzielna, ale odmawia bycia podzielną.

A teraz o dyplomacji. Odnoszę wrażenie, że dyplomacja jest dla Ministra przede wszystkim jednym z wielu sposobów mówienia o tym, jaki powinien być świat i człowiek, który Ziemię dostał w dzierżawę. Gorset, który towarzyszy temu zawodowi, też musiał poluzować. A czy było inne wyjście?

Cała filozofia i praktyka dyplomaty Władysława Bartoszewskiego objawiła się przede mną z całą mocą, kiedy w 1995 r. przed słynnym wystąpieniem w Bundestagu na 50. rocznicę zakończenia II wojny, obserwowałem, jak szykował przemówienie, jak monologował, a właściwie rozmawiał ze sobą w gronie kilku tylko współpracowników, jak zadawał pytania, skreślał zdania, zmieniał słowa i znowu mówił do nas i do siebie. Chciał usłyszeć w sobie i dostrzec w naszych oczach najprostsze zrozumienie tego, czym była groza wojny dla obu narodów. Chciał pojąć bez reszty, czego my, Polacy, oczekujemy od niemieckiego myślenia o nas, o sobie, o świecie. Chciał uchwycić najprościej, co sam być może myśli o człowieku - Polaku, Niemcu i każdym innym, który się wpisał w tragizm dziejów naszego świata. A jednocześnie był to hymn na cześć potencjału człowieka. Nie żadne naiwne wyznanie wiary w nieuchronną dobroć, ale dekalog człowieczych obowiązków. Obowiązków niezbywalnych.

Pamiętam długą ciszę, kiedy wypowiedział w Bundestagu ostatnie słowo. A potem pełne wielkich emocji brawa. To nawet nie były brawa. To było wyklaskiwanie dłońmi rytmu, w jakim ludzkość, ludzkość pojednana, powinna zmierzać do celu. Do jedynego celu, jaki jest jej godny i jakiego ludzkość powinna być godna.

Czy to jest dyplomacja?

Oczywiście, spoglądając z zewnątrz, wydarzeniu towarzyszyły wszystkie atrybuty MSZ-owskie. I co z tego, gdy tylko głupiec mógł nie zauważyć, że rzecz jest o rzeźbiarzu, a nie o przepisie na rzeźbę. Czym zatem jest dyplomacja w wykonaniu Władysława Bartoszewskiego?

Myślę, że to po prostu negocjowanie człowieczeństwa ze światem.

Być może w skłóconym, lecz pełnym nadziei świecie potrzebny jest etat dla Dyplomaty na ambonie.

PS. Nie chciałbym jednak być dyrektorem Protokołu Dyplomatycznego w MSZ pod Bartoszewskim. Zanosiłbym prawdopodobnie codziennie modły o wysłanie mnie na front: Irak, Afganistan. Wszystko jedno. Drogi Władku i Zosiu - wybaczcie!

STEFAN MELLER urodził się we Francji; jego rodzice uczestniczyli tam w ruchu oporu, do Polski wrócili w 1946 r. Absolwent historii UW; w 1993 r. został jej profesorem. 1966-68 pracownik Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych; wyrzucony stamtąd (i z PZPR) po marcu 1968 r., miał sześcioletni zakaz wykonywania zawodu; przez ten czas utrzymywał się z pracy kasjera w spółdzielni kosmetycznej i nauczania francuskiego. W tym czasie obronił pracę doktorską i podjął pracę w filii UW w Białymstoku. Od 1975 r. wykładowca Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, 1981-84 jej prorektor. W czasie stanu wojennego pomagał represjonowanym studentom, współpracował z opozycją, publikował w "drugim obiegu". Od 1992 r. w MSZ. Był ambasadorem we Francji oraz Rosji. Od października 2005 do maja 2006 r. minister spraw zagranicznych i przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. W działalności naukowej zajmuje się historią powszechną XVIII i XIX w., historią myśli społecznej i politycznej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]