Dymitr Szostakowicz: "Piano Concertos, 3 Fantastic Dances, 5 Preludes & Fugues"

Szostakowicz uwielbiał pisać fugi, był z nich niezwykle dumny, podobnie jak Paul Hindemith chciał zostać Bachem XX wieku i w odróżnieniu od niego został tym Bachem, choć nie dzięki swoim fugom, lecz raczej z racji tego, iż zasadniczo ilość przechodziła mu w jakość, a to się tylko Bachom zdarza.
Czyta się kilka minut

Mamy przed sobą płytę nagraną w 1958 roku, i był to właśnie rok, w którym Szostakowiczowi zaczęła schnąć ręka. Dlaczego zaczęła schnąć? Nie wiemy. Właśnie w tym 1958 roku, w Paryżu, robiąc przykrość socjalistycznej ojczyźnie, w ostatnim niejako momencie, zarejestrował Szostakowicz trochę swojej muzyki we własnym wykonaniu, znów nam dostępnej dzięki reedycji.

Najpierw Koncert c-moll, tonacja tylko dla żartu taka patetyczna, bo utwór to wesoły, chwilami aż boki zrywać, zwłaszcza w finale, gdzie trąbka i fortepian są jak Pan Lis i Pani Wrona z “Piaskowego dziadka". Z kolei Koncert F-dur, napisany dla synka Maksymka w prezencie, więc też wesoły, choć w pierwszej części wpadający w podniosłe tony (ogółem jest to bezceremonialne nabijanie się z Rachmaninowa). Teraz Trzy Tańce Fantastyczne, młodzieńcze, trochę w cierpkim stylu Satiego, i wreszcie parę Fug, wraz z poprzedzającymi je Preludiami, bardzo nas Szostakowicz tymi Fugami wzrusza, bo słychać tu po prostu, jak je kocha i jaką napełniają go dumą.

Jego styl gry jest taki, że zaczynamy się zastanawiać, jakim fuksem otrzymał wyróżnienie na I Konkursie Chopinowskim, Chopin w jego wykonaniu dopiero by nas rozśmieszył! Jakiś krytyk napisał o tej grze, że jest quite brilliant, znowu dowcip, jak może być coś “nieomal kapitalne"?, a jednak może, taka właśnie jest gra Szostakowicza. I to nie tylko z powodu tej ręki, która mu tam pomału, acz słyszalnie schnie. Z powodu raczej tego, że Szostakowicz zawsze jest taki nie do końca, półgębkiem, jak piernik do wiatraka, te jego Koncerty brzmią tak zabawnie, bo on je gra z całą powagą, w poczuciu nieuchronności przekornego Losu, odwrotnie niż Max Reger (też samozwańczy Bach), co w trakcie wykonywania swoich wzniosłych sonat rozśmieszał szeptem przewracającego mu nuty studenta. Coś ich tu jednak łączy, autor Pasji Mateuszowej też był podobno człowiekiem dowcipnym.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2003