Dwa konie, dwa psy

Scenę, na którą patrzę, mógłby namalować Jarosław Modzelewski: cztery rdzawo-białe silosy, niski rudy barak, tuż obok torów pasą się dwa konie – czarny i biały.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz / / Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz / / Fot. Grażyna Makara

Mężczyzna, który je obserwuje, wygląda z daleka, jakby nosił mundur z odznaczeniami. Dopiero kiedy robię mu zdjęcie i powiększam jego sylwetkę, widać, że to nie mundur, lecz sweter w wymyślne wzory.

Jest gorąco, ale dzień wcześniej padało i na plastikowach krzesełkach wciąż jeszcze są niewielkie kałuże. Siadam na brzeżku, w cieniu, do odjazdu pociągu mam ponad godzinę. Dworzec w rumuńskiej Toplicy przypomina małe dworce w Polsce: poczekalnia nie była odnawiana od lat, szalety wyglądają tak, jakby spadła na nie bomba. Ale pani w kasie jest miła i mówi płynnie po angielsku. Nad peronem kołyszą się flagi Rumunii i Unii Europejskiej.

Kiedy nie palisz, musisz się modlić albo obserwować, inaczej nie wypełnisz tego pustego czasu niczym. Tu jeszcze pusty czas istnieje, ludzie z nudów gapią się na to, co w zasięgu wzroku, uśmiechają się do siebie, zagadują. Ich dzieci nie mają w uszach słuchawek i nie wlepiają oczu w ekraniki. Robią to, co ja robiłem czterdzieści lat temu: wieszają się na rękach rodziców, wybierają jedzenie z toreb, bawią się kamykami wydobytymi spomiędzy podkładów.

Wracam z Borsec, górskiego uzdrowiska we wschodniej Transylwanii. Kiedyś sławnego – miejscowi mówią, że latem przyjeżdżało tu co miesiąc nawet dziesięć tysięcy ludzi. Swoją willę miał tu sam Nicolae Ceauşescu, nie dowiedziałem się jednak, jak często i czy w ogóle z niej korzystał. Po upadku reżimu, który wysyłał do Borsec na wczasy rodziny robotników, miasto i zdrój podupadły, a większość okazałych budynków obróciła się w ruinę. Ale od kilku lat władze znów próbują ściągnąć turystów, stare wille są odnawiane, obok nich wyrastają nowe. Dojazd nie jest łatwy, droga wije się serpentynami, zakręty są ostre, w busie co rusz ktoś na kogoś wpada i wybucha śmiechem lub przeprasza. Ale miejscowe wody mineralne są smaczne; Mykoła pije je litrami i regularnie biega w krzaki.

Na przełomie maja i czerwca jest tu mało ludzi, nawet w weekendy. Chodziliśmy z Mykołą po górach prawie trzy godziny i nikogo nie spotkaliśmy, przyplątały się jedynie dwa psy. Przedpołudnia mamy wolne; po południu, w ramach festiwalu, czytamy wiersze, oglądamy obrazy i fotografie, Mykoła wyświetla film i gra na drumli, a Maria Chiara rozbija kolorowy namiot i czeka na gości. Namiot jest pozszywany z różnobarwnych kawałków, umieszczone są na nich napisy w językach krajów, które dotychczas odwiedziła. W każdym kraju – czy to będzie Egipt, czy Czarnogóra – stara się nauczyć miejscowych pieśni: zapisuje je w specjalnym zeszycie, który wszędzie ze sobą zabiera. Na zwoju papieru ołówkiem wyrysowała kontury poszczególnych państw i prosi, żebyśmy wpisali w nie swoje imiona. Uśmiecham się, bo Polska Marii Chiary nie ma Półwyspu Helskiego, za to poszerzyła swoje terytorium kosztem Białorusi, Ukrainy, a nawet Czech.

Polacy jeżdżą do Rumunii, żeby zobaczyć Polskę sprzed zmian. Można ją zobaczyć również w Polsce, ale z jakichś powodów wolimy oglądać ją w Rumunii. Być może w Rumunii jest w niej więcej życia. W Toplicy, w drodze na stację, natykam się na mały pistacjowy domek, cały obwieszony kwiatami w doniczkach. W niewielkim ogrodzie każdy skrawek ziemi jest czymś obsadzony, głównie cebulką. Podobne ogródki spotykam w innych miejscach, także przed blokami: równo wytyczone, starannie wypielone grządki, na których rośnie marchewka, koper i czosnek.

Podróż do Klużu trwa długo. Przecinam północną Rumunię ze wschodu na zachód. Widzę te same miejscowości u stóp coraz mniejszych gór. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2016