Dwa cuda

Czyta się kilka minut

W Kanie Galilejskiej dopada Jezusa „urzędnik królewski” (u sy­noptyków to rzymski setnik) z Kafarnaum (zob. J 4, 43-54). Przebył całą tę drogę, by poprosić o uzdrowienie umierającego syna. Jest natarczywy i zdes­perowany – krzyczy: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko!”.

Jezus odpowiada nie jednym, lecz dwoma cudami. Pierwszy to uzdrowienie syna – rzekł do niego: „Idź, syn twój żyje”. Drugi cud opisany jest w ostatnim zdaniu epizodu: „Uwierzył on sam i cała jego rodzina”.

Pierwszy dzieje się wręcz automatycznie: drogę z Kany do Kafarnaum słowo Jezusa przebiega w sekundę; „O tej godzinie [„siódmej”, czyli 13.00], kiedy Jezus rzekł do niego: Syn twój żyje”, opuściła chłopca gorączka.

Drugi cud potrzebuje jednak czasu – potrzebuje „drogi” (bo wiara jest drogą). Droga z Kany Galilejskiej do Kafarnaum wynosi 45 kilometrów; zajęła mu jakieś półtora dnia. Od jej długości ważniejsze (z punktu widzenia duchowej interpretacji wydarzenia) wydaje się jednak coś innego: jest to droga zdecydowanego schodzenia w dół. Kafarnaum leży nad Jeziorem Galilejskim, a więc w depresji 240 metrów poniżej poziomu morza. Kana leży na wysokości 252 metrów nad poziomem morza – różnica wysokości wynosi więc 500 metrów.

Nic dziwnego, że rozmawiając z Jezusem zrozpaczony ojciec prosi Go, aby (dosł.) „zstąpił” z nim do Kafarnaum; w tekście greckim użyte jest tu słowo: katabaino – od kata, czyli „w dół”, i baino, tzn. „iść”, „spacerować” (i tak też – dosłownie – tłumaczy św. Hieronim: „rogabat, ut descenderet” – „prosił, aby zstąpił”). Konsekwentnie, dalej czytamy, że kiedy następnego dnia „zstępował”/„schodził w dół” (łac. eo descendente – w. 51), spotkał swoje sługi z dobrą nowiną, że jego syn żyje.

Na drodze dochodzenia do dojrzałej wiary – w szczególności w procesie zwanym katechumenatem (wszystko jedno, czy przed-, czy pochrzcielnym) – ów moment „zstępowania” jest niesłychanie ważny. Człowiek musi zejść w dół – do samego dna swojego pogaństwa, bałwochwalstwa i grzechu – musi zejść tak, jak się schodzi w dół po siedmiu stopniach chrzcielnicy. Dotyka w ten sposób śmierci, z której ratuje go Jezus. Od tego momentu pójdzie w górę – odkrywając siłę podarowanego mu na nowo życia. Ale najpierw musi „zejść w dół” – tak jak nasz bohater.

Ta „droga w dół” nie prowadzi go do rozpaczy – do „depresji”. Nie – ponieważ całą tę drogę towarzyszy mu słowo wypowiedziane przez Jezusa. Ze słowem Jezusowym człowiek ma odwagę „zejść” do samego dna własnego grzechu, by tak odkryć ze zdumieniem nieskończone miłosierdzie Boga. Radość, której doświadczy, wyleje się z niego tak, że udzieli się „całej jego rodzinie”. Nie będzie jej w stanie zatrzymać wyłącznie dla siebie, lecz stanie się apostołem. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2021