Duch w Rossmannie

Nudę pandemii pokryła metanuda, monotonia wlokącej się w nieskończoność katastrofy.
Czyta się kilka minut

W zeszłym roku jeszcze covidowi debiutanci, zdezorientowane pierwszaczki w akademii nudy i samotności; widzę nas, jak przerażeni nagłą deprywacją towarzyską, konsumpcyjną i kulturalną, frenetycznie szorujemy fugi w łazience starą szczoteczką do zębów. Panicznie myjemy okapy i z całą powagą katalogujemy billingi z 2017 r., byle jakoś to wszystko zatupać, zahałasować cichy pisk nudy spowijającej, wraz z jaskrawymi smugami kwietniowego słońca, mieszkanie. Dziś to już dla nas nie pierwszyzna. Nudę pandemii pokryła metanuda, monotonia wlokącej się w nieskończoność katastrofy. Dni pozbawione są treści tak dojmująco, że już nie wiadomo, jak to właściwie było kiedyś. Wtedy.

Tymczasem wiosna przychodzi ze swym dorocznym ładunkiem obietnicy. Wprawia adolescentów w niepokój, a ulice w stan pobudzenia, zgazowania, uroczystej ekscytacji. Iść gdzieś i szaleć, całować się czy runąć w spowite fluidem ropy fale oceanów, biec albo pędzić lamborghini wśród mozolących się maluchów i syren – to mam w „proponowanych”. Co z tą gorączką, z tą nieukierunkowaną namiętnością, z tym pragnieniem życia, wielu żyć jednocześnie, zrobić? Jeszcze niedawno można by było pójść chociaż do galerii handlowej i tam desperacko próbować ucieleśnić je jakimś beznadziejnym zakupem, powiedzmy (już wstępnie przecenioną) sukienką. Teraz jednak odpada nawet to; niezrealizowane tęsknoty wiszą w chmurze. Fluktuują razem z kwiatami, spalinami i zgubionymi szalikami w prześwietlonej galarecie popołudnia na Filtrowej, drżącej od jakiegoś potocznego erotyzmu i rozwichrowania. Otwarte na oścież serce domaga się wszystkiego, ale otwarty jest tylko Rossmann. W lockdownie musi on starczyć za wszystko. Za pełnię życia. Półki uginają się pod marzeniami. Namiastkami, symbolami, rekwizytami rozmaitych pragnień w żelu i kapsułkach. Kremy i balsamy kipią od treści jak eliksiry rozdymające laboratoryjne kolby magicznymi mocami. Relaksują, oczyszczają, powiększają i zmniejszają, przenoszą na Bali i wprawiają w stan kosmetycznej łaski. Okrywają oczy cieniem, a duszę blaskiem. Ich opakowania zapisane są pilnie drobnym drukiem; hipnotyzujące opisy wielokierunkowego działania nie krępują się słowotwórstwa ani poezji. Pogrążone w ekstatycznych wizjach ich użycia kosmetyczne marzycielki stoją zaczytane w alejkach. I ja chadzam tam teraz pod byle pretekstem i razem z dziewczętami wpatruję się w szminki jak sroka w gnat.

Tymczasem nagle w tym wszystkim – jakby przeszła tu właśnie przez ścianę – ta staruszka. Biała i szklista jak wielkanocny baranek z cukru. Te baranki jednak zawsze jakieś takie jube, przypakowane, stoją aż do wakacji, kurząc się i zezując na swojej zielonej miniłączce. A gdy jakieś dziecko przyszpilone głodem słodyczy wreszcie się na nie połasi, zawsze gorzko żałuje. Smak i kościana konsystencja są obrzydliwe, aż dzwoni w zębach. Stanowczo staruszka w Rossmannie nie może równać się z barankiem muskulaturą, a jedynie kostną bladością – przypomina raczej woalkę, ludzki płatek śniegu. Ledwie otwiera sobie drzwi; przypinam rower kawałek dalej na Grójeckiej i bezmyślnie gapię się na jej tragiczne wysiłki, gdybając, dlaczego dziś zamknięte. Dopiero jakiś przechodzień jej pomaga. Do sklepu wsuwają się uroczystym szeptem nogi i ręce, tak wiotkie, jakby w czasie rzeczywistym rysowano ją cienkopisem na serwetce czy folii.

 

Początek to zawsze wiadomo – włosy. Szampony i odżywki do tych pozbawionych blasku, tłustych u nasady a suchych na końcach lub odwrotnie, farbowanych i zniszczonych. Ale włosy staruszki to jakaś inna kategoria. To włosy metafizycznie przezroczyste, to zaledwie lśniąca delikatnie czaszka okolona anielskim puchem. „Jezu, koszyka zapomniałam… nie mam koszyka. Gdzie są te koszyczki. Boże, nie dojdę tam” – szepcze głośno, trochę do siebie, trochę do postronnych. Ktoś oddaje jej swój koszyk. „Moja siostra jest jeszcze starsza ode mnie” – woła słabo za nim, tak jakby zapytał ją właśnie: „Czy istnieje w ogóle ktoś starszy od pani?”. „Skończyłam właśnie 90 lat” – dodaje, jakby ją ktoś spytał: „A ile ma pani lat?”. Dodam, że nikt nie spytał. „Ja zaszczepiona jestem” – mówi już za chwilę. To jest jakieś szczególnie rozdzierające wyznanie, tak jakby ktoś spytał właśnie: „Czy aby jest zaszczepiona?” – uzależniając od tego dalszą interakcję. Tak jakby w ogóle była jakaś interakcja. „Gdzie ja idę?” – pyta więc staruszka w przestrzeń, idąc. „Dobrze idę?” – dopytuje. Jednak my, postronni, młodzi i żywi, pełni po brzegi krwinek i hormonów, o włosach lśniących tłusto życiem, dawno wróciliśmy już do swych niecierpiących zwłoki spraw farb, kremów i kociej karmy. „Nie mam maseczki” – wyznaje więc staruszka naszym plecom, omiatając pobieżnie wzrokiem dezodoranty. Ośmielam się twierdzić, że jej pot szeleści, pachnie papierem i kredą. „Nie mam maseczki, nie mogłam pójść do kościoła, więc przyszłam tutaj” – tłumaczy wreszcie nikomu, wskazując na pełne mydeł antybakteryjnych półki, które jako alternatywa dla kościoła prezentują się schludnie i zdroworozsądkowo, choć nieco technicznie. I tak biała staruszka przesypuje się ku kasie, mówiąc głośnym szeptem, czy też bardzo cicho krzycząc, jakby domagała się potwierdzenia, zaświadczenia: tak, istnieje pani jeszcze, żyje pani. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17/2021